Barbara Michalczyk: Tacy jak my

10 listopada 2015

O spektaklu Krum w reżyserii Jacka Stachowicza w wykonaniu grupy teatralnej Dziary na klacie

Krum/Helena Urszula Hajdukiewicz

Krum/Urszula Helena Hajdukiewicz

Wszyscy znamy tę dziwną estetykę teatrów szkolnych. Zbyt duże okno sceny w stosunku do występujących, z tylną ścianą obitą ciemną materią. Wstydliwie wiszące po bokach ciemne kurtynki oraz, obowiązkowo, kryjące się w kulisie pianino. Wymarzona sceneria wszystkich możliwych szkolnych akademii, okraszona lśniącymi materiałami i rekwizytami zdobytymi po kosztach. Czy w takich warunkach da się stworzyć coś naprawdę wartościowego?

Na scenie za pomocą prostych środków – pojedynczych mebli i sprzętów, stworzono kilka przestrzeni. Przed sceną ułożono materac, symboliczne mieszkanie Tugatiego (Piotr Puzynowski), z którego wspinaczki na scenę, miejsce właściwej akcji, za każdym razem były komiczne ogrywane. Na samej scenie można wydzielić trzy przestrzenie. Z przodu dwa krzesła, które są miejscem spotkań, nie do końca określoną przestrzenią wyciągającą bohaterów sceny na pierwszy plan. Po lewej stronie ustawiono stół, za którym przez bite czterdzieści minut, nic nie robiąc sobie z pozostałych bohaterów, ucztują Dulce (Stanisław Giziński) oraz Felicja (Aleksandra Weszpińska). Trzecią przestrzenią jest stolik po prawej, przy którym okresowo odbywają się spotkania lub randki. Dzięki tym zabiegom wiele scen toczy się symultanicznie. Stachowicz nie wykorzystuje w swoim spektaklu banalnych blackoutów, stawiając raczej na płynne przechodzenie w siebie kolejnych scen.

Krum to historia młodego mężczyzny, który właśnie powraca do domu z Europy. Okazuje się, że nie osiągnął absolutnie niczego, jego życie się nie zmieniło, ale on sam nie przestaje marzyć o odmianie. Po powrocie odnawia kontakty z dawnymi znajomymi, nawiązuje romans i próbuje poradzić sobie ze skomplikowaną emocjonalnie więzią z matką. Na każdym kroku odkrywa bolesną prawdę – tak naprawdę nic już się nie wydarzy w jego życiu. Ludzie, których napotyka, żyją z dnia na dzień, zadowalając się tym, co mają. Jak poradzić sobie z takim nawałem beznadziei? I czy w ogóle jest sens odrzucać stabilność dla pogoni za nieosiągalnym marzeniem?

Zdziwił mnie fakt, że naprawdę wciągnęłam się w tę dość dobrze znaną mi historię. Aktorzy-amatorzy w dwugodzinnym (kolejne szaleństwo, jak na ten rodzaj teatru) spektaklu dali z siebie naprawdę dużo, kreując przedziwną atmosferę, na przemian napięcia i rozluźnienia, stale połączonego z wciąganiem widza w opowiadaną historię. Jacek Stachowicz poradził sobie z trudnościami, jakie wielu twórcom sprawia Levin, wyciągając jego esencję, a więc tragizm ze sporą dozą elementów komicznych. Spektakl jest przesiąknięty poczuciem beznadziei. Są momenty, gdy aktorzy zupełnie bezpośrednio zwracają się do publiczności, zdradzając kondycję psychiczną swoich bohaterów, ale także wygłaszają myśli charakteryzujące całe ich pokolenie. Chociażby Krum (Hubert Kowalczys), kiedy mówi, tuż po swoim powrocie, o tym, że za granicą nie osiągnął niczego, teoretycznie zwraca się do matki, ale tak naprawdę zwraca się wprost do widowni. Jakby chciał przekazać – was też to dotyczy.

Wszystko toczy się warto, bez większych dłużyzn, choć sceny mają bardzo zróżnicowane tempo. Od tych bardzo powolnych, choćby gdy Taktyk (Maksymilian Walewski), robi dla Trudy (Maria Matosek) herbatę, podśpiewując radośnie, po te pełne energii – gdy Truda ćwiczy razem z Dupą (Karina Jankowska) i rozmawiają o pierwszych wrażeniach. Faktem pozostaje, że uwaga widza jest niemal cały czas skupiona na akcji i problemach bohaterów. Niezwykłe wrażenie robi ostatni monolog Kruma, kiedy Kowalczys, pomimo faktu, że spektakl trwa już nieprawdopodobnie długo, skupia na sobie całą uwagę i umie to napięcie utrzymać niemal do końca. Widać ogrom wysiłku, jaki został włożony w przygotowanie tych młodych ludzi do występu. Kilka miesięcy pracy dało złożone kreacje aktorskie. Co prawda, miejscami nie da się uciec od skojarzeń z innymi, znanymi adaptacjami tego dramatu, ale są to skojarzenia bardziej z kategorii przedstawienia postaci w poszczególnych scenach, niż samych scen. Takie myśli rodzą się choćby w kontekście Anny Płazy, grającej Matkę, z powodu dużego podobieństwa do kreacji Stanisławy Celińskiej. Trudno jednak oczekiwać, że licealistka poradzi się z rolą osoby kilka razy starszej niż ona sama, o innych problemach i mentalności. Może warto spojrzeć na to jako na sposób radzenia sobie z trudnościami w kreowaniu postaci?

Na wiele spraw trzeba więc nałożyć pewną poprawkę, nie zapominając o tym, że są to aktorzy amatorzy i zdarzają im się warsztatowe braki, które starają się pokryć chęciami i swoim zaangażowaniem w spektakl. Bo po tych młodych ludziach widać, że naprawdę chcą grać i mają do tego zadatki. Poczekamy, zobaczymy – w końcu była to ich pierwsza, poważna próba mierzenia się z teatrem.

Barbara Michalczyk

Krum Hanoch Levin
Reżyseria: Jacek Stachowicz
Światło: Grzegorz Szumniak
Muzyka: Jan Belszyński, Piotr Prelewicz, Jakub Radziwilski
Obsada: Hubert Kowalczys, Anna Płaza, Piotr Puzynowski, Stanisław Giziński, Aleksnadra Weszpińska, Maria Matosek, Maksymilian Walewski, Karina Jankowska, Julia Szałajska, Krzysztof Godlewski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four + 16 =