Agata M. Skrzypek: Przejrzani

2 stycznia 2016

O filmie Nad morzem w reżyserii Angeliny Jolie-Pitt

Nad morzem/fot. Universal Pictures

Nad morzem/fot. Universal Pictures

Wiedzą o sobie wszystko. Prawie nie rozmawiają, nie muszą. Po wejściu do hotelowego apartamentu przez chwilę omiatają go spojrzeniami i bez słowa rozpoczynają przemeblowanie. Biurko ląduje naprzeciwko drzwi balkonowych. W najjaśniejszym punkcie pokoju znajdują miejsce dla maszyny do pisania.

 

Roland Bertrand (Brad Pitt) razem ze swoją żoną, Vanessą (Angelina Jolie-Pitt), przyjeżdża do nadmorskiej wioski znajdującej się gdzieś w południowej Francji. Oboje w okolicach czterdziestki, wyglądają na bardzo bogatych, swobodnie porozumiewają się w obcym języku i pochodzą ze Stanów Zjednoczonych. Niepiszący pisarz, próbujący przenieść na papier choć kilka zdań, spędza długie godziny na zakrapianych rozmowach z właścicielem pobliskiej restauracji, wdowcem Michaelem. Cierpiąca na depresję Vanessa otumania się środkami uspokajającymi i całe dnie samotnie opala się na balkonie. Wkrótce do sąsiedniego pokoju wprowadzają się nowożeńcy, stanowiący idealne przeciwieństwo głównych bohaterów – towarzyscy, radośni, roznamiętnieni, dużo młodsi, lecz równie piękni. Między dwoma małżeństwami nawiązuje się znajomość, przeradzająca się szybko w bardzo nierówną rozgrywkę, która stawia związek młodych pod znakiem zapytania. Choć wszystko zdaje się rozsypywać, związek Vanessy i Rolanda powoli i z trudem wydobywa się z ruin.

Czwarty w dorobku reżyserskim Angeliny Jolie film jest formalnie dopieszczonym cackiem. Historia ma w sobie coś z ducha Ibsena – trauma bohaterów wysysa ich energię życiową, a na wyjaśnienie jej podłoża trzeba cierpliwie poczekać, przeżyć z bohaterami wiele podobnych dni w sennym miasteczku w malowniczej scenerii Malty. Dzieje się rzecz niezwykła – otoczenie, zamiast dać głównym bohaterom ukojenie, ulega ich neurotycznym stanom. I tak białe skarpy, morskie kamienie, wypłowiałe od słońca zbocza stromej góry i rozrzucone po plaży sieci rybackie zaczynają irytować bezcelowością swojego istnienia, zaczynają nią przerażać.

Już w trakcie oglądania filmu pojawia się niepokojące pytanie o sferę prywatną, którą Angelina Jolie i Brad Pitt naruszyli i wykorzystali w konstruowaniu swoich postaci. Film opowiada przede wszystkim o relacji dwojga ludzi, których związek jest dojrzały i nierozerwalny, a jednak pogrążony w strasznym kryzysie. Podobnego studium miłości małżeńskiej, łączącej ludzi w wieku, w którym łatwiej się rozwieść, niż cokolwiek ratować, nie sposób znaleźć we współczesnym kinie. Być może dlatego, że ten portret niejako namalował się sam. Można za pomocą narzędzi aktorskich stworzyć świetne charakterystyczne postaci, ale nie da się podrobić chemii, gdy przychodzi do grania długich i intymnych scen. Podobny efekt autentyczności nie byłby możliwy, gdyby role Vanessy i Rolanda grali aktorzy sobie obcy. Wszak Jolie i Pitt należą do czołówki hollywoodzkich aktorów nie tylko dzięki niezaprzeczalnym walorom fizycznym i działalności charytatywnej. Nie można jednak zaprzeczyć, że zażyłość tej dwójki w życiu prywatnym zdecydowanie pomaga stworzyć ten robiący ogromne wrażenie obraz.

Bardzo efektownie prowadzony zostaje motyw podglądania. Z jednej strony ma on znaczenie na poziomie fabularnym, gdy Bertrandowie dość perwersyjnie relaksują się, obserwując przez dziurę w ścianie to, co dzieje się w sypialni Lei i Françoisa. Zresztą, ten dość spory i wydłubany na wygodnej do zapuszczenia żurawia wysokości otwór nie tylko pozwala pofolgować voyeurystycznym tendencjom bohaterów, ale też zbliża ich do siebie, stając się przyczynkiem do kłótni, intrygi i rozmowy. Z drugiej strony – podglądają nie tylko bohaterowie. Wiele ujęć i kadrów opiera się na wykorzystaniu wszystkich możliwych płaszczyzn, które odzwierciedlają odbicie. Kamera filmuje zza zasłon, szyb, z różnych punktów widzenia. Zabieg ten sprawia, że podglądający, wszystkowidzący obiektyw urasta do rangi szóstego bohatera. Taką samą wagę ma to, co widz może zobaczyć – seks, fale uderzające w skarpę, sztuczne rzęsy Vanessy – oraz to, co zostaje ukryte, zasłonięte, niedokończone. Skupienie widza podtrzymuje żonglerka detalami, tajemnicze przebłyski wypartych wspomnień Vanessy, maleńkie rytuały bohaterów, których uczymy się, a następnie czerpiemy przyjemność z ich powtarzalności. Raz po raz potykamy się u niuanse.

Jolie starała się zapewne stworzyć dzieło głęboko poruszające, zamyślone, powolne, nawiązujące do tradycji europejskiego kina lat 60. i 70.  Można mu jednak zarzucić zbytnią lekkość formy w stosunku do ważkości tematu. Nadmiar pięknych i wymuskanych zdjęć buduje dystans. Większość scen nie angażuje emocjonalnie, choć te rozgrywające się między dwójką głównych bohaterów generują niesłychanie silne napięcie. Wszystko to jednak asekuracyjnie zatrzymuje się w pół drogi i pozostawia widza bezpiecznego w wygodnym fotelu. Paradoksalnie, właśnie z powodu tej odczłowieczonej bezbłędności i braku jakiegokolwiek pęknięcia, które ociepliłoby jego formalną nieskazitelność, Nad morzem pozostaje estetyczną gratką. Skądinąd, może to i lepiej dla naszej psychiki.

 

Agata M. Skrzypek

 

By the sea (Nad morzem)

Scenariusz i reżyseria: Angelina Jolie-Pitt

Zdjęcia: Christian Berger

Muzyka: Gabriel Yared

Produkcja: Francja, USA

Premiera: 5 listopada 2015 (świat), 20 listopada 2015 (Polska)

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × 3 =