Agata M. Skrzypek: Sie macie, ludzie!

12 marca 2014

O spektaklu Skazany na bluesa w reżyserii Arkadiusza Jakubika w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

Na premierze prasowej wynikiem 3: 2 udało się przebić ilość bisów wyśpiewanych dzień wcześniej na oficjalnej premierze. Owacja na stojąco stanie się być może wkrótce czymś oczywistym dla twórców i wykonawców. Widzowie, rozpieszczeni możliwością wspólnego wygłupiania się na scenie będą zawsze reagowali z entuzjazmem, bo spójrzmy prawdzie w oczy – nie znajdzie się na tym świecie taki cynik, którego nie rozkręci, nie wzruszy i nie rozbawi Skazany na bluesa.

Skazany na bluesa/ materiały archiwalne

Skazany na bluesa/ materiały archiwalne

Przywołałabym w tym momencie jeden z tych problemów krytyka teatralnego, który nigdy wcześniej nie spędzał mi specjalnie snu z powiek – czy recenzent ma prawo się wzruszać? Po dłuższym namyśle i przeanalizowaniu wszystkich naiwnych „tak” i profesjonalnych „nie” oznajmiam, że owszem, może – umiarkowanie. W innym wypadku czarne smugi tuszu do rzęs na wilgotnych policzkach przypomną mu (jej!), że powinien (powinna) zachowywać się godnie i oglądać spektakl zdystansowanym, krytycznym okiem.

Historia jest prosta. Klasyczna i znana każdemu. Oparta została na filmowym scenariuszu i stanowi jego kwintesencję. Wybór zaledwie kilku reprezentatywnych scen umożliwił Arkadiuszowi Jakubikowi odejście od naturalistycznej maniery, która z kolei w mgnieniu oka mogłaby przeistoczyć się w sztuczny patos. Opowiadanie o życiu artysty pokroju Ryśka Riedla zawsze grozi popadnięciem w karykaturę i przesadę. Tym razem, szczęśliwie, dzięki schematycznemu prowadzeniu historii, udało się tego uniknąć. Natomiast w porównaniu do swojego pierwowzoru – czyli do filmu z 2005 roku w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego – spektakl prezentuje się wyjątkowo lekko i wyraziście. Jest dowcipny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Wypełnia go życie, humor, emocje są czyste i spontaniczne. Filmowy Skazany…, dodatkowo obciążony szaroburymi retrospektywami, nie niesie ze sobą nadziei, raczej bolesne rozczarowanie w sentymentalnym stylu. Znacznie bardziej za to skłania do poważnej refleksji. Jednakże spektakl Jakubika nadal wypada w tej konfrontacji zwycięsko, gdyż w rękawie skrywa asa… ale o tym za moment.

Na scenografię składają się elementy wyrwane z ich naturalnego kontekstu w świecie rzeczywistym, zestawione ze sobą dla symultanicznego przedstawienia spójnej, symbolicznej wizji. Trójwymiarową i wielofunkcyjną przestrzeń organizują podesty i zapadnie, ławy i pochyłe stropy, tylna wysoka scena dla zespołu muzycznego, pojedyncze ściany dwóch domów, ogrodzenie, drabiny – słowem to, co scenografia teatralna otrzymała w spuściźnie od Adolfa Appi i ekspresjonistów.

Jak na wspomnianą estetykę przystało, oświetlenie sceny odgrywa znaczącą rolę w kreowaniu onirycznych – narkotycznych? –  interludiów. Nadchodzi noc. Wszystko granatowieje, a wokoło wybrzmiewa echem drażniąca ucho, odrealniona symfonia dźwięków, jakby spod ziemi, jakby z kosmosu… Na powierzchnię wynurzają się znikąd maszkary i święci, milczący, zdeformowani bohaterowie śląskiej sztuki prymitywnej. Arkadiusz Jakubik opowiada w wywiadach o inspiracjach twórczością Grupy Janowskiej, ale nie sugerowałabym się wyłącznie tymi twórcami, bo polska tradycja sięga w tej materii jeszcze głębiej – widma przypominają bowiem Osoby Dramatu z Wesela Wyspiańskiego, personifikacje lęków i marzeń („Przestałem marzyć. A gdy człowiek przestaje marzyć – umiera” – parafrazując słowa scenicznego Ryśka), tudzież całą plejadę zjaw z II części Dziadów. Choć analiza każdej ze snujących się po scenie postaci jest kusząca, nie wydaje mi się jednak konieczna. Odbierane wszystkimi zmysłami naraz, syntetycznie, owo senne widzenie nabiera jakości lepszej od porozbieranego na czynniki pierwsze przeglądu motywów z historii kultury i literatury.

Gdyby wejść teraz w skórę kronikarza sześćdziesięciu lat życia teatralnego Polski, czyli Adama Grzymały-Siedleckiego, i w jego eleganckim tonie spróbować opisać kreacje aktorskie, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Przekonująco i bezbłędnie postać Goli nakreśliła Ewa Kutynia. Na pochwałę zasługuje wcielający się Indianera Dariusz Chojnacki, od którego nie sposób oderwać oczu. Adam Baumann, który w roli Ojca Riedla występuje po raz drugi, zdecydowanie wypada lepiej na scenie, niż w filmie. Alina Chechelska, Ewa Leśniak, Katarzyna Kowalczuk – tylko wspomnieć, bo walory ich gry wszystkim są znane”. Czemu tak zuchwale naśladuję lakoniczny styl tego akurat dżentelmena? Dlatego, że tak naprawdę cały spektakl kręcił się wokół teatralnego odkrycia sezonu 2013/2014, czyli Tomasza ‘Kowala’ Kowalskiego. To on niecnie kradnie pozostałym aktorom zasłużone wyrazy uznania ze strony krytyków. I to on swoim ciałem, głosem i umiejętnościami dał Riedlowi nowe życie.

Legenda już urosła, więc powtórzę pokrótce: ‘Kowal’ nie ma wykształcenia aktorskiego, natomiast jest wokalistą w zespole Fama Blues Band, a medialny sukces odniósł po zwycięstwie w IV edycji programu „Must Be The Music”. Próbom w Skazanym na bluesa poświęcił cały swój czas, a jego profesjonalizm chwali już każdy, kto z nim współpracował. Co otrzymaliśmy w efekcie? Zastanawiam się w tym momencie, ile znam określeń na opisanie aktorstwa tak naturalnego, wrażliwego, ciepłego, świeżego… Sporo. Jednak nie ma mowy o żadnym doktrynalnym aktorstwie, gdy stremowany muzyk raz po raz zakłada za uszy wpadające do oczu włosy, a gdyby nie to, że podczas wymiany zdań zarówno Szaforz, jak i Kutynia, Chechelska i pozostali aktorzy prowadzą go za rękę, dialogi byłyby nie do zniesienia. O dziwo, choć Kowalski przegrywa w zestawieniu aktor – amator (uogólniając ten termin), to zupełnie gładko przechodzi przez sceny z Karolem Hugetem (uczniem III klasy szkoły podstawowej, który ma za sobą już trzy role w musicalach Teatru Rozrywki w Chorzowie). Oddając jednak sprawiedliwość umiejętnościom i intuicji Kowalskiego, nie mogę zapomnieć o dwóch scenach z jego udziałem, gdzie potrafi zagrać na najsubtelniejszych emocjach – jak w lirycznej rozmowie z ojcem – bądź też zbliża się niebezpiecznie do jaskrawości, ale nie przekracza tej granicy – kiedy chory i drżący jak osika, przełamuje słabość ciała i zaczyna śpiewać w miejsce nagrania z playbacku. „Sie macie, ludzie”, mówi z uśmiechem i zaczyna śpiewać… W tych właśnie (cudownie licznych!) momentach objawia się widzom w aureoli i w tym miejscu kończy się moja zdolność do rzetelnej krytyki.

Za to dodam jeszcze dwa słowa o technicznej stronie spektaklu. Z natury rzeczy odpowiednie nagłośnienie i dobra widoczność z każdego miejsca na sali to fundamenty piramidy potrzeb każdego widza. Teatr Wyspiańskiego stanął na wysokości zadania, zapewne przewidując, że razem z Kowalskim piosenki Dżemu nucić będzie większość zgromadzonych i trzeba każdemu cichemu fanowi zapewnić komfort fałszowania we własnej strefie dźwięku, tym samym uniemożliwić wymianę zdań podczas spektaklu. Przyznam nawet, że po opuszczeniu teatru wrażliwość na dzwonek nadjeżdżającego tramwaju miałam nieco stępioną, ale nie na tyle, by miało to poważniejsze konsekwencje.

Spektakl jest wypełniony po brzegi symboliką i folklorem, w całości odegrany w mowie stylizowanej na gwarę, niosący wiele pięknych, bezpretensjonalnych prawd, dopieszczony plastycznie i upajający muzycznie. Dzięki potknięciom i niedociągnięciom nie pretenduje do tytułu demaskatora trudów życia artysty i jego wpływu na bliskich. Nie moralizuje, jedynie nakreśla szereg problemów. Widz jest skazany na samodzielne wartościowanie i ocenę.

Zatem? Do dzieła!

 

Agata M. Skrzypek

Skazany na bluesa

Teatr Śląski im. St. Wyspiańskiego

Premiera: 7 marca 2014r.

Adaptacja i reżyseria – Arkadiusz Jakubik

Ruch sceniczny – Jarosław Staniek

Scenografia – Joanna Macha

Przygotowanie wokalne i muzyczne – Adam Snopek

Kompozycja i realizacja światła – Maria Machowska

Występują: Tomasz Kowalski (gościnnie), Ewa Kutynia, Dariusz Chojnacki, Marcin Szaforz, Adam Baumann, Karol Huget, Tymoteusz Huget (gościnnie),Alina Chechelska, Ewa Leśniak, Andrzej Warcaba, Grzegorz Przybył, Zbigniew Wróbel, Adam Snopek (gościnnie), Maciej Lipina (gościnnie), Grzegorz Lamik, Katarzyna Kowalczuk, Karina Grabowska, Ryszard Zaorski, Teresa Kałuda i in.

tagi: | Wersja do druku | |

2 komentarzy do Agata M. Skrzypek: Sie macie, ludzie!

  1. ejot, 13 marca 2014 o 20:56

    Mnie również podoba się bardzo ten spektakl. Mam tu tylko drobną korektę do artykułu: nie występuje w nim pan Szaforz (zastąpił go od premierowego przedstawienia D. Chojnacki).

    • Ewa Uniejewska, 13 marca 2014 o 22:28

      Informacja ta została już poprawiona. Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 + seventeen =