Agata M. Skrzypek: Tu prawda, tam legenda

29 października 2013
Mimo wszystko /fot. Michał Englert

Mimo wszystko /fot. Michał Englert

O spektaklu Waldemara Śmigasiewicza pt. Mimo wszystko w Teatrze Współczesnym w Warszawie.

We Francji okrzyknięta Pierwszą Damą Teatru. Na ekranie zadebiutowała rolą Hamleta. Światowej sławy aktorka, z której osobowością sceniczną mierzyć się mogła jedynie Helena Modrzejewska. Najsłynniejsza odtwórczyni ról Adrianny Lecouvreur, Fedry i Małgorzaty Gautier. Dla niej Oscar Wilde napisał Salome, a Alfons Mucha projektował secesyjne plakaty. To o jej sukcesach marzy kurtyzana Satine (Nicole Kidman) w filmie Baza Luhrmanna pt. Moulin Rouge. Fenomenalna, bezprecedensowa, wciąż obecna, podziwiana i nigdy niestrącona z piedestału – Sarah Bernhardt.

Alternatywny wstęp mógłby brzmieć inaczej: to legenda polskiej sceny dramatycznej i filmu, laureatka najważniejszych nagród teatralnych i państwowych, współpracowała m.in. z Jerzym Grotowskim, Erwinem Axerem, Krystianem Lupą, Antonim Liberą i Krzysztofem Zanussim. Odtwórczyni kilkudziesięciu ról w najważniejszych dziełach polskiej kinematografii. Aktorka, reżyser, pedagog i autorytet – Maja Komorowska. Skąd takie porównanie? Tak się bowiem składa, że w spektaklu Waldemara Śmigasiewicza nie zauważamy podziału na postać i aktorkę. Dokonała się fuzja, całkowite zespolenie. Wyważam otwarte drzwi? Nawet, jeśli owszem – pora przypomnieć, że nadal, po ośmiu latach od premiery, w Mimo wszystko jest miejsce dla prawdy. Prawdy, która przekonuje i fascynuje.

 „Nikt mi nie powie, jak mam to lepiej zagrać”, słowami swojej bohaterki stwierdza z pewnym żalem Maja Komorowska. Sarah Bernhardt, którą poznajemy, nie jest ikoną Komedii Francuskiej, lecz pełną wdzięku staruszką-filozofką. To kobieta inteligentna, kokieteryjna, stęskniona nie sławy i adoracji, lecz ducha teatru, zatracenia się w pracy. Jednak powoli gaśnie, niepełnosprawna po amputacji nóg, chora na nerki.  Towarzyszymy jej przez ostatnią dobę życia. Z pomocą kamerdynera Pitou, Sarah spisuje i porządkuje swoje wspomnienia. Gdyby jednak zechcieć potraktować tę klamrę fabularną jako potencjalne źródło informacji o słynnej tragiczce, można obejść się smakiem. Owszem, padają pewne nazwiska, miejsca i tytuły, ale roztargniony umysł Sary nie skupia się na nich dłużej, niż trwa jedno mgnienie myśli. O ironio, mówimy tu o książętach, lądzie za wielkim oceanem, słynnych przedstawieniach, tymczasem, pospiesznie wymamrotane, ulatują, jakby były nieistotne. Faktycznie, być może Sara już nie przykłada większej wagi do zagmatwanych wątków swojego życia. Z pewnością na jej wyobraźnię działa wizja powolnego wypalania się najjaśniejszej gwiazdy. Maja Komorowska słowami Johna Murrella daje słońcu dwa, góra trzy tryliony lat. Opowiada o tym jednak w taki sposób, że skłonni jesteśmy pogodzić się z myślą, że tak naprawdę to właśnie przeoczyliśmy jego ostatni zachód.

Przez cały czas obserwujemy powstawanie dwóch portretów psychologicznych. Sarah i Pitou raczej sami kreują fabułę, niżby fabuła miała kierować nimi. Bo w gruncie rzeczy na scenie nie dzieje się nic, prócz toczącej się wartkiej rozmowy. Przez oba akty spektaklu pozostajemy na tym samym, zacisznym ganku: kilka ogrodowych krzeseł, ciemnozielona winorośl, wąskie białe drzwiczki, prowadzące do wewnątrz mieszkania. Obserwujemy ogrywanie tylko kilku rekwizytów: adaptera, płyty, przyborów do pisania i maminej pelerynki.

Życie Sary i Pitou jest nieustającym spektaklem. Kamerdyner na westchnięcie swojej uwielbianej pani zrobi wszystko. Pozwoli się z siebie śmiać, wcieli się w rolę matki, zakonnicy, impresaria. Przyniesie, poda i pozamiata. Za jego pospieszną krzątaniną kryje się czułość, a zza zmieszania przy „nieskromnych” przebierankach wynurza się szacunek i zdyscyplinowanie. Kto to widział, żeby bujająca w obłokach artystka i kamerdyner…? Życie prywatne Sary Bernhardt, otoczone jeszcze większą legendą od jej (ponoć!) genialnych kreacji w Fedrze, czy Damie kameliowej, daje więcej niż inspirację do podniesienia tematu jej kolejnego romansu. Jednak w Mimo wszystko nic takiego nie zostaje powiedziane ani unaocznione. Maja Komorowska gra Sarę, która jest już bardzo zasłuchana w siebie, jedną nogą w zaświatach.

Nawet, jeśli na kartach sztuki między bohaterami jest „coś na rzeczy”, w wykonaniu scenicznym pozostaje to w sferze domysłów. Być może nie byłoby takowych wcale, gdyby Mai Komorowskiej partnerował aktor mniej przebojowy. Energiczny i pogodny Wiesław Komasa zaś przyciąga do siebie więcej uwagi, niż zostało to pomyślane dla jego postaci. Absorbuje widza do tego stopnia, że punkt ciężkości w relacji między bohaterami przesuwa się mniej więcej na środek, momentami zbytnio oddalając się od planowo dominującej Bernhardt-Komorowskiej. Komasa jest znakomity w swojej kreacji, ale ten szczególny rodzaj roli pierwszo-, lecz właściwie drugoplanowej nie jest mu pisany. Pokażcie mi sędziwego kamerdynera, który porusza się lekko i miękko niczym młodzieniaszek? Który na kaprysy swojej damy reaguje niefrasobliwym uśmiechem, a gdy sprzeciwia się, robi to z pełnym przekonaniem o słuszności swoich argumentów – choć jest tylko uniżonym sługą o zabawnie brzmiącym w naszym języku imieniu Pitou? Komorowska wraz z Komasą tworzą na scenie tak zgrany duet, że z łatwością można wyczuć swobodę podczas wspólnej pracy. Wiele możemy im wybaczyć, bo w skromną inscenizację nieskomplikowanego dramatu włożyli swoją własną mądrość, poczucie humoru, wdzięk oraz… tak, sympatię do widzów i swojego zawodu. Nie bez powodu nagrodzeni zostali owacjami na stojąco! Sarah Bernhardt na pewno znalazłaby z nimi wspólny język.

Agata M. Skrzypek

John Murrell Mimo wszystko

Premiera 19.04.2005 w Teatrze Współczesnym w Warszawie na Scenie w Baraku

Przekład: Mira Michałowska, Irena Szymańska

Reżyseria:  Waldemar Śmigasiewicz

Scenografia: Maciej Preyer

Muzyka: Krzesimir Dębski

Obsada: Maja Komorowska, Wiesław Komasa

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen − eight =