Agata M. Skrzypek: Wspaniale, cudownie, oddzwonimy do pana!

3 lipca 2013

O spektaklu Kamienie w kieszeniach z Akademii Sztuk Scenicznych w Sarajewie.

Ile razy zdarza nam się westchnąć z utęsknieniem, gdy na ekranie filmowym widzimy urokliwy pejzaż – dajmy na to – ciemnozielonych toskańskich pagórków, wznoszących się nad iskrzącymi się srebrzyście falami rzeki Arno? A gdy w kolejnym ujęciu bohater popija na owiniętej bluszczem białej werandzie parującą kawę, że aż czujemy jej aromat – czy nie chcemy wyciągnąć rąk ku temu obrazkowi i wejść w ekran? Powiecie, że już nie, bo kino przyzwyczaiło nas do nastrojowych obrazków. Ale porzućmy ten zimny cynizm, bo w końcu tego typu widokówki sprawiają, że w umyśle każdego z nas rysuje się konkretna wizja utopii, świata idealnego, raju na ziemi!

Tak to widzimy, gdy dzieło jest gotowe. Jak natomiast wygląda to wszystko z punktu widzenia twórców? Kamienie w kieszeniach ukazują kulisy bezowocnej pracy hollywoodzkiej ekipy filmowej, gdy Irlandia w żaden sposób nie chce przypominać tej, której ideę pielęgnuje w sobie zblazowany reżyser. Zdarzają się sytuacje rodem z najbanalniejszej farsy, żeby już nie porównywać do akcji malowania trawników na zielono za czasów Gierka. Apogeum frustracji wśród statystów, czyli rodowitych mieszkańców wioski, następuje w momencie, gdy dochodzi do prawdziwej tragedii. Ta nie ma już nic wspólnego z tym, czy krowa wygląda „jak prawdziwa”, ale paradoksalnie powoduje kolejne tego typu problemy. Jednak show-business nakarmi się do syta każdym nieszczęściem, wobec czego ze śliniaczkiem obłudy pod szyją nadrabia stracone pieniądze. Mechanizmem napędzającym okazuje się oczywiście ambicja w swojej najbardziej złowieszczej odsłonie – bezwzględnym wyścigu po sukces. Lecz także wśród „uciśnionych” Irlandczyków dominuje żądza pieniądza, płonna nadzieja na american dream, który comes true. Dlatego co roku podejmują niewdzięczną pracę statystów – są zdolni znosić upokorzenia ze strony producenta i widzimisię divy, by zakosztować choć odrobinę splendoru świata, który uwielbiają i którego nienawidzą. Ta bezwzględna charakterystyka to tylko jedna strona medalu – spektakl zdecydowanie broni statystów, którzy są zabawni i sympatyczni, a na pewno wrażliwsi od „rekinów z Hollywood”.

Jaki los skazał spektakl Bośni i Hercegowiny na kategorię OFF? Pod względem aktorskim wypadł rewelacyjnie. Rzadko zdarza się sytuacja, w której mnogość ról do odegrania nie pozbawia postaci głębi. Zgadzam się, że Kamienie w kieszeniach nie prezentowały sobą skomplikowanych charakterologicznie bohaterów, za to odkrywały przed widzami przekrój społeczeństwa – równie irlandzkiego, jak chociażby polskiego, czy jakiegokolwiek innego. Dwójka aktorów udźwignęła dynamiczne tempo akcji i utrzymywała równy poziom energii przez cały spektakl. Aż żal, że uwaga widza musiała być rozdwojona na aktorów i na ekran z napisami – umysł nie zdołał zarejestrować wszystkich ciekawych gestów, min i momentów przeobrażeń z jednej postaci w drugą. Tak skonstruowany scenariusz ma jeszcze jedną zaletę – pozwala zmieniać dostojne sceny w krótkie gagi. Przyjmując formę filmu, uniemożliwia dłużyzny i zapobiega „przegadaniu”. Zważając na to, że jednak tekstu w całej sztuce było bardzo dużo, udało się zachować proporcję między grą a dialogiem.

Przedstawienie z założenia miało być demaskatorskie, miało wyśmiewać małoduszność „sławnych i bogatych” oraz poczucie niższości statystów. Udało się ukazać to czytelnie i elegancko, bez uciekania się do karykatury, chociaż momentami bywało bardzo blisko. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że na widowni wytworzyła się bardzo przyjemna atmosfera, jakiej nieraz brakuje podczas spektakli. Scenografię zaś zaprojektowano skromnie i z pomysłem. Doświadczenie pokazuje, że nie ma nic poręczniejszego od dwóch krzeseł i jednego symbolicznego rekwizytu, który zastępuje parasol, walkie-talkie, kanapkę i bukiet. Takiego sprzętu nawet nie trzeba ze sobą przywozić, skoro już tyle mówimy o oszczędności kosztów transportu…

Już drugi raz na festiwalu zostaje postawione pytanie: „Co wybierasz: film czy teatr?” I ponownie widzimy, że na scenie można obejrzeć dobre kino, ba! I nie zepsuć sobie wzroku promieniowaniem ekranu! Drodzy państwo, toż to rewolucja!

Agata M. Skrzypek

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × one =