Agata Skrzypek: Galopem ku końcowi

1 grudnia 2012

Relacja z szóstego dnia Festiwalu Teatru Lalek i Animacji Filmowej dla Dorosłych.

Marcin Bartnikowski i Marcin Bikowski z Teatru Malabar Hotel we współpracy z reżyserem Michaela Vogela z Figurentheater Wilde & Vogel stworzyli kolorową makabreskę i zatytułowali ją Głośniej! Od samego początku otaczają nas ciepłym poczuciem humoru, lekko zabarwionym kolorem dymu z płonących wież World Trade Center. Z przyjemnością odpowiada się w cichości ducha na pytania zadawane przez dziecko, większość z nich zaczynających się na „A co by było, gdyby…”. Groza nadchodzi w momencie, gdy zestawiamy ze sobą niewinność przedszkolnego wystroju pokoju z jego właścicielem: dzieckiem o twarzy starca, mówiące schrypniętym, zgorzkniałym głosem. Tego typu kontrast pojawia się niemalże na każdym kroku. Określenie przedstawienia jako czysto rozrywkowe rozminęłoby się z prawdą, gdyż fabułę oplatają zagadnienia śmierci, samotności, miłości, zachowana jednak zostaje bardzo rozrywkowa forma. Twórcy zasłaniają poważny ton humorem, ironią, świetnym wyczuciem komizmu, dzięki czemu unikają opowiadania historii na serio. Bardzo dobrze – łatwo byłoby im bowiem wpaść w patos. Umieszczenie akcji w kontekście zamachu na budynki World Trade Center już jest krokiem w tę właśnie stronę. Granica przekroczona zostaje w momencie pokazania na ekranie nagrań płonących wież; to już za dużo – przecież wszyscy wiedzą, ba, pamiętają!

Żeby nadać fabule charakteru i umieścić ją na odpowiednio wysokim poziomie, syn i matka rozmawiają ze sobą tekstami z Hamleta, a w szkole, do której uczęszcza główny bohater, wychowawcy przeprowadzają próby dziecięcej wersji tegoż dramatu. Mamy zatem gotowe zaplecze kulturalne. Efekt jest dwojaki: potraktowany bardzo swobodnie tekst Szekspira pasuje jak ulał i nabiera kolejnych znaczeń. Znów pojawia się kontrast, uderzające zestawienie tak dobrze znanych nam już wypowiedzi z nową ich odsłoną. Jednak ja po raz kolejny zachwycam się przede wszystkim fenomenalnym tekstem, a nie do jego przewrotną interpretacją. W końcu to zasługa Szekspira, że tak umiejętnie potrafił układać dialogi! Nie chcę odbierać chwały Hotelowi Malabar – pomysł był strzałem w dziesiątkę.

Po przedstawieniu nie powstaje refleksja o wyobcowaniu w świecie i szukaniu zrozumienia, takie można snuć także bez konieczności oglądania spektaklu. Po głowie chodzą jednak pytania, które zadaje główny bohater: trafne, przenikliwe, o fundamentalnym znaczeniu dla ludzkości. Sami przecież często znajdujemy gdzieś z tyłu umysłu szereg niemożliwych rozwiązań, które mogłyby ułatwić funkcjonowanie w świecie. Dopiero jednak gdy zostaną ubrane w słowa, zaczyna się proces rozważań nad nimi. Widać wtedy bardzo jasno, jak trudno jest przeskoczyć pewne odgórnie ustalone zasady myślenia, jak wąskie jest nasze pojmowanie rzeczywistości, niezdolne do wyjścia poza utarte schematy, choć zręcznie lawirujące w ich granicach.

Sąsiedzi z Czech zaproponowali interesujący rodzaj przedstawienia, które zyskuje przy podzieleniu go na elementy, natomiast traci, gdy pomyśli się o nim jako o całości. Jak podane jest w opisie (bo niestety, znajomość czeskiego jest niezbędna do samodzielnego nadążania za fabułą), akcja rozgrywa się w latach 1943 – 1953 i dotyczy przemian zachodzących w społeczeństwie, przy czym nie określono, o jakie państwo chodzi, uniwersalizując problem do tej części Europy, która po wojnie znalazła się pod wpływem radzieckim. Pokazuje degrengoladę relacji międzyludzkich i systemu wartości. Tak określony sens przedstawienia ułożono w szereg etiud. Najczęstszym motywem było zakładanie końskich masek i wcielanie się w zwierzęce postacie. Nieraz oglądaliśmy wyścigi konne, nieraz gwałtowną przemianę z człowieka w rozwścieczonego ogiera, nieraz próby poskromienia i ujeżdżenia, nieraz znęcanie się nad nim, a wszystko to w najmniej spodziewanych momentach, jakby jedyną możliwością spuentowania sytuacji była przemiana w konia. W kilku przypadkach miało to wyraźny sens, co jednak nie zmienia faktu, że dokonano pewnego nadużycia. Kolejny element układanki to rola muzyki. Aktorzy dysponowali całym zapleczem orkiestrowym: pianinem, kontrabasem, perkusją, akordeonem, grzechotkami i pięknymi głosami. Gdy zaczynali śpiewać, nucić czy przygrywać, byłam skłonna wiele im wybaczyć. Chociaż, nawiasem mówiąc, więcej do wybaczenia jest organizatorom, którzy nie zadbali o nawet częściowe tłumaczenie przedstawienia.

Sąsiadach nie pojawia się klasyczna lalka. Jej rolę przejmują duże maski, nie tylko końskie, lecz także karykaturalne twarze, poza tym dużo gra się ruchem. Choreografia to właściwie podstawa spektaklu: aktorzy bez przerwy wykonują kroki baletowe, jednocześnie podając tekst. Na festiwalu pokazali się w naprawdę świetnej kondycji fizycznej, tym bardziej, że nieraz ich akrobacje kończyły się rozmyślnie upadkami i zderzeniami ze ścianą z desek. Te, luźno zamontowane, odpadały z impetem, odkrywając powoli drugi plan scenografii. Nie był on jednak zbyt często wykorzystywany.

 Gdy wydawało się, że już wszystko zostało pokazane, a jeśli nawet nie wszystko, to na pewno już nic więcej festiwal nie ma swojej publiczności do zaoferowania – pojawił się zespół z Kostaryki. Czego można się spodziewać było po ostatnim spektaklu, skoro już dzień wcześniej odbyły się wstępne narady jury i decyzje w zasadzie zapadły? Zadaniem Panienki w Kostaryce miało być upewnienie jury w ich werdykcie. Ku zgrozie zgromadzonych na widowni, przedstawienie wcale nie okazało się smaczną wisienką na torcie.

Nie jestem osobą, dla której zachętą do przeczytania książki czy obejrzenia filmu jest okrzyknięcie tejże rozrywki skandalem bądź aferą roku. Nazywam zatem spektakl Panienka w Kostaryce skandalizującym nie w celu zrobienia mu reklamy. Ponadto ponowne obejrzenie przedstawienia jest znacznie utrudnione, gdyż goście z Divano Occidentale Orientale nie zabawili w Polsce na dłużej, a wycieczka do Ameryki Południowej nie należy do najpopularniejszej formy spędzenia wolnego popołudnia. Atmosfera skandalu wytworzyła się już w momencie pierwszej gwałtowniejszej sceny – dowódca wojskowy zaczyna gonić swoją podwładną po scenie, oboje biegną na złamanie karku, jakby od tego zależało ich życie. Dopada ją, nawet nie rozbiera, lecz już lądują na podłodze. Wszystko w ascetycznym świetle jednej żarówki, zawieszonej na długim kablu bardzo nisko nad ziemią. Światło jest rażące, dlatego często zasłaniane kloszami i chustami. Później skandal jest już sprawą oczywistą i wszyscy wiedzą, że ta jedna scena to nie przypadek, że cały spektakl będzie właśnie taki: nagość, brutalność, dosłowność, namiętność, wszystko żywe i trochę deprymujące. Chcemy w tym znaleźć sztukę: coś subtelnego, co wysączy się spomiędzy niezrozumiałej treści i silnych wrażeń. Napięcie sięgnęło zenitu w momencie, gdy do akwarium z wężem wrzucono ruchliwą, białą myszkę. W ciągu tej minuty, gdy już wszyscy wiedzieli, co się zaraz stanie, a zwierzątko jeszcze bawiło się na dłoni aktorki, w sali nastąpiło poruszenie; widzowie gromadnie opuszczali przedstawienie. Co sprawiło, że inni pozostali? Ciekawość? Sadystyczne skłonności? Mnie – ni jedno, ni drugie. Bez wątpienia nie jestem fanką zabawy w gladiatorów. Światło zgasło momentalnie, akwarium odjechało, akcja potoczyła się dalej, a oszołomieni widzowie szykowali się na przyjęcie kolejnego ciosu dla psychiki. Nagość męska jest dopiero oswajana w polskim teatrze, nie jest tak powszechna jak kobieca, lecz naturalną koleją rzeczy pojawia się właściwie dość często. Co jednak miał symbolizować występ pseudobaletowy w wykonaniu nagiego mężczyzny – w dodatku eunucha? Korci mnie, by kontynuować tę wyliczankę, ale powstrzymam się dla dobra twórców Panienki w Kostaryce.

Pewnym wytłumaczeniem dla tak kontrowersyjnego pomysłu na spektakl jest zupełnie różna od naszej mentalność południowoamerykańska. Pamiętajmy, że ich emocjonalność to dla nas egzaltacja, ich namiętność jest naszą histerią, ich stosunki damsko-męskie jawią się dla nas jako zachowania patologiczne. Skrajny patriarchat jest w spektaklu punktem wyjścia. Podobnie trzeba traktować przedstawiony nam świat, który z założenia jest bezwzględny, zhierarchizowany, brutalny, w którym życie sprowadzone jest do walki o przetrwanie. I pojawia się kobieta, która chce temu życiu nadać sens, kształt, zindywidualizować swój los; ma odwagę unieść głowę i podjąć niecodzienną decyzję. Przybywa do wojska i musi liczyć się z tym, że będzie wykorzystywana, traktowana protekcjonalnie i przedmiotowo. Ona godzi się na to, wręcz mówi do uwielbianego przełożonego: „Rób ze mną, co chcesz!”, więc na jego życzenie biega, czołga się, tarza, rozbiera…

Dwójkę bohaterów, początkowo zupełnie sobie obcych, zbliża poczucie krzywdy. Oboje mają za sobą ciężkie doświadczenia z młodości, które zdeterminowały ich myślenie o życiu. Dochodzą do uniwersalnej prawdy o tym, że właściwie wszyscy jesteśmy sobie podobni, tacy sami, na równych prawach. Symbolem poznawania siebie i akceptacji jest tutaj ogranie jajek ugotowanych na twardo i złotych grzechotek. Stają się motywem, trochę żartobliwie potraktowana jest dwuznaczność hiszpańskiego słowa: „jajko”.

Mamy zatem rzecz klasyczną, tragedię młodej kobiety, którą zawiódł świat. Poza tą jedną historią rozgrywa się kilka pomniejszych; finał przedstawienia nie jest jasny, a potrójne podejście do zakończenia bardzo myli widza. Podpowiedź dla organizatorów przyszłorocznej edycji – naprawdę warto wcześniej zaplanować tłumaczenie, w takiej oczywiście formie, by nie przeszkadzało przestawieniu. Problem niezrozumienia spektaklu z powodu braku znajomości języka w przypadku Panienki w Kostaryce osiągnął apogeum.  W teatrze podstawową siłą wyrazu powinna być gra emocją, uniwersalna dla każdego – tak, ale często sama forma nie wystarcza dla prawidłowego odbioru spektaklu. Dlaczego mamy sobie odmawiać przyjemności docenienia go w pełni? Być może opinie na temat Panienki nie byłyby tak podzielone, gdyby każdy mógł zrozumieć fabułę. Z drugiej strony – mimo tego, że zespół z Kostaryki pokazał się jako ostatni, jego występ nie przeszedł bez echa.

Koniec końców, wniosek z Międzynarodowego Festiwalu Teatru Lalek i Animacji Filmowej dla Dorosłych Lalka też Człowiek brzmi następująco: uczmy się języków!

Agata Skrzypek

Głośniej!

Teatr Malabar Hotel oraz Figurentheater Wilde & Vogel

Reżyseria: Michael Vogel

Muzyka: Charlotte Wilde

Lalki: Marcin Bikowski

Występują: Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski

Sąsiedzi (Sousedi)

Continuo Theatre

Scenariusz: Pavel Štourač

Scenografia: Helena Štouračová

Muzyka: Alessandro La Rocca and Continuo Lianca Pandolfini

Światło: Christoph Siegenthaler

Występują: Kateřina Šobáňová, Zuzana Smolová, Martin Janda, Ivo Jurečka, Michal Puhač, Alessandro La Rocca

Panienka w Kostaryce (Maiden in Costa Rica)

Divano Occidentale Orientale

Reżyseria: Giuseppe L. Bonifati

Występują: Alberto Martinez Guinaldo, Paula Sancho Fernandez

Światło i dźwięk: Giuseppe L. Bonifati

Produkcja:  Marielos Fonseca (TPMS), Divano Occidentale Orientale

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 − 7 =