Agata Skrzypek: Semantyki nie oszukasz!

3 czerwca 2013

O spektaklu Shitz w reżyserii Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum.

SHITZ ATENEUM

Shitz, czyli jak metaforycznie ukazać marazm codziennego życia klasy średniej, żeby zadowolić publiczność i jednocześnie rozbudzić w ludziach dominujące poczucie beznadziei. Po obejrzeniu spektaklu można z przekonaniem westchnąć: „Życie jest ciężkie i nic się nie da z tym zrobić” i usprawiedliwić całe zło świata. Można długo przeżuwać poczucie dumy, że tak wzniosła instytucja kulturalna jak teatr bez pardonu pokazuje to samo ubóstwo duchowe, z jakim teoretycznie spotykamy się na co dzień.

Na poziomie fabularnym historia nie jest skomplikowana. Córka państwa Shitz jest brzydka i szuka męża. Na domówce spotyka mężczyznę, z którym nie będzie szczęśliwa (ale przecież nie o to chodzi) i zostaje sprzedana za mąż.  Między jej rodzicami także nie układa się najlepiej (to eufemizm). Życie czwórki nienawidzących się z różnych powodów ludzi obraca się wokół manipulacji, wyłudzania pieniędzy, a podszyte jest… nie, nie tęsknotą za miłością i zrozumieniem, to by było zbyt oczywiste. Podszyte jest fizjologią. Działania każdego z Shitzów motywuje żądza zysku, posiadania, seksu i jedzenia. Możemy zdobyć się na autorefleksję i uznać, że właściwie jest to cechą wspólną wszystkich ludzi, a przerysowane postaci mają nam to uświadomić. Przykre jest jednak to, że Shitzowie, prócz samolubnych instynktów, nie mają w sobie nic więcej. Ich egzystencja jest gorzka, bo została zezwierzęcona i prezentuje mizerne pozory normalności. Prawdopodobnie jednak pozory też są tworem obcym, wziętym z telewizji, bo w tej rodzinie nigdy nie było „dobrze”. Oto panorama współczesnych stosunków międzyludzkich: jest źle, może być tylko gorzej, co więcej, każdy z nas, ponieważ ma naturalne fizjologiczne potrzeby, prędzej czy później ograniczy swoje życie wyłącznie do instynktów. Wszyscy jesteśmy w grupie ryzyka, zatem, po co się męczyć, porzućmy ideały i cywilizację, a im szybciej to zrobimy, tym więcej jedzenia i pieniędzy zachowamy dla siebie!

Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że przesłanie sztuki Hanocha Levina godzi w człowieka jako istotę, która ma zaszczyt wyróżniać się od zwierząt paroma istotnymi cechami. Generalizowanie problemu dysfunkcyjnej rodziny, tonącej w konsumpcji, odizolowanej od siebie psychicznie i skazanej na wzajemną obecność nie wydaje mi się szczęśliwym pomysłem na ratowanie więzi społecznych. Ten, kto ma świadomość istniejącego problemu, nie dopuści do znalezienia się w takiej sytuacji. Natomiast ten, komu się takie nieszczęścia przytrafiły, po pierwsze – nie pójdzie do teatru, po drugie – nawet, jeżeli to mu się zdarzy, to poczuje jedynie satysfakcję, będzie bardzo zadowolony i uzna, że wszystko w jego życiu jest w porządku, skoro pokazuje to teatr. Nie przyjdzie mu do głowy, że teraz teatr częściej jest krzywym zwierciadłem rzeczywistości niż „lustereczkiem” (…powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?). Biorąc pod uwagę, że celem Levina prawdopodobnie wcale nie było ratowanie czegokolwiek, wręcz przeciwnie, stworzenie skrajnego przykładu wypaczenia emocjonalnego, jestem pełna troski o tych, którzy wezmą sobie przesłanie Shitza do serca.

Całość razi i uderza. Jest perfekcyjna w swojej obrzydliwości! Nigdy nikomu nie polecę tego spektaklu, bo skutecznie mnie zniesmaczył. Z całej siły starałam się bronić przed imputowaniem mi do świadomości nihilistycznej wizji reżysera Tyszkiewicza. Gra aktorska Wojciecha Brzezińskiego to majstersztyk krypto wulgarności: niby nic konkretnie, ale tu siąknięcie nosem, tam podrapanie się, gdzie indziej charknięcie… podobnymi sposobami swoją postać kreuje Wiktoria Gorondeckaja: wykrzywienie ust w podkówkę, męski chód, zblazowany wzrok. To detale, które składają się na potężne wrażenie całości. Każda postać jest antypatyczna, emanuje nienawiścią do świata. Wszyscy przyjmują postawę roszczeniową, a z samych siebie robią ofiary złej woli krewnych. Sytuację świetnie ilustrują brutalne rytmy techno i gra świateł dyskotekowych. Aktorzy wykonują songi, oczywiście fałszując część melodii, których treścią są niezaspokojone żądze bohaterów… o, przepraszam, chciałam powiedzieć, że ich treścią są głębokie przemyślenia egzystencjalne o samotności, braku tolerancji, niespełnieniu życiowego powołania etc., etc., etc… Jednak brechtowska tradycja jest zdecydowanie najsłabszym elementem przedstawienia, a w dodatku miejscami dezorganizuje całość. Aktorzy nawet bez piosenek a’la wewnętrzne monologi bardzo czytelnie kreowali swoich bohaterów. Na dobrą sprawę dopiero przy ukłonach zobaczyłam ich twarze rozluźnione i pogodne, tak różne od paskudnych grymasów, rozdętych nozdrzy i zmarszczonych brwi chwilę przedtem.

Nie sposób odmówić Shitzowi rozmachu, można mówić o przekroczeniu barier dobrego smaku. Nasuwa się pytanie, czy gwałtowne środki wyrazu to już jedyna możliwość poruszenia widza? Czy trzeba od razu spuszczać spodnie i siadać na sedesie, by pogłębić charakter swojej postaci? Czy rozmawiając o życiu, zawsze robimy to w kontekście niestrawności i „rzygowin”? Może ja o czymś nie wiem? O, jak to dobrze!

Agata Skrzypek

Hanoch Levin „SHITZ” (Szic)
Teatr Ateneum
przekład – Michał Sobelman
reżyseria – Artur Tyszkiewicz
scenografia – Jan Kozikowski
muzyka – Michał Kwiatkowski i Jacek Grudzień
premiera: 13 listopada 2011 r.

Występują:
Pephes Shitz – Wiktor Zborowski
Cesia, jego żona – Marzena Trybała
Szeprahci, jego córka – Wiktoria Gorondeckaja (gośc.)
Czerhes Peltz – Wojciech Brzeziński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten + 5 =