Aleksandra Reczuch: Trochę porno, trochę wysoka kultura

31 maja 2011

o spektaklu Życie seksualne dzikich w reż. K. Garbaczewskiego w Nowym Teatrze.

Życie seksualne dzikich / materiały teatru

Życie i działalność Bronisława Malinowskiego, to coś co fascynuje. I jak pokazuje niedawna premiera (14.04.2011) w Nowym Teatrze, fascynuje nie tylko antropologów, ale także twórców teatralnych. Krzysztof Garbaczewski (reżyseria) i Marcin Cecko (scenariusz) trawestując „Życie seksualne dzikich” oraz dzienniki słynnego polskiego antropologa, wprowadzają nową jakość do tekstu, który momentami może wydawać się już skostniały i nieprzystający do sytuacji badacz-badany we współczesnym świecie. Reżyserzy reinterpretują nie tylko kontekst kulturowy przedstawiony przez Malinowskiego, ale także odwracają rzeczywistość. Spektakl w porównaniu z tekstami, na podstawie których został stworzony jest tym samym czym odbitka dla negatywu. Widać to już na poziomie konstrukcji scenografii – basen na środku sceny, czarna płachta będąca alegorią wyspy, jarzeniowe mrugające światło… Nic nie jest naturalnie dzikie.

Usytuowanie zmitologizowanej „wyspy” w przestrzeni industrialnej (spektakl obecnie jest wystawiany w Domu Słowa Polskiego przy ulicy Miedzianej) oraz wykorzystanie nowych mediów  i technologii znanej nam z codziennego życia, do przedstawienia życia w „szarej strefie” jaką jest wyspa, definiuje dzikiego inaczej niż dotychczas. Czy dziki nadal jest dzikim skoro jego życie wydaje się pełniejsze niż nasze? Czy dziki to nadal dziki jeśli jego wiedza i technologia jaką wykorzystuje do ochrony swojego terytorium przewyższa naszą?

Zacznijmy od początku. Spektakl otwiera scena, w której jedna z dzikich (w tej roli Justyna Wasilewska) wspomina mit dobrej przeszłości, opowiada o szarej strefie, o strefie, która była miejscem bezpiecznym dopóki nie pojawił się w niej człowiek-europejczyk-kolonizator. W tej roli wystąpi Malinowski (Jacek Poniedziałek) i jego pomocnicy. Opowieść z jednej strony skłania do refleksji, trochę przywodzi na myśl dobrego dzikusa Jana Jakuba Rousseau, ale z drugiej strony, po chwili ja, jako widz odczuwam pewien dysonans. Budzi on we mnie niepokój. Dziki ma książki, dziki przy wejściu do szarej strefy sprawdza dokładniej Malinowskiego niż Amerykanie na lotniskach. To poczucie utrzyma się do końca spektaklu…

Kolejne sceny tylko potwierdzają, jak bardzo narcystyczne i egoistyczne jest nasze europocentryczne spojrzenie. Malinowski, który pokazany został jako podstarzały mężczyzna cierpiący z powodu braku bliskości, znajduje posążek, do którego mówiła dzika. Tłumaczy go sobie w kategoriach klasycznej antropologii: „To posążek dzikich. Dzicy, go czczą. Jest symbolem…” Już spotkanie z pierwszym dzikim pokazuje, że nie jest tak jak Malinowski myślał. Okazuje się, że zna on angielski i wcale nie chce tytoniu od badacza, bo szkodzi zdrowiu i tutaj się nie pali. To Malinowski jest skamieliną, o poglądach z początku wieku. Mentalność dzikiego bardziej podobna jest mentalności współczesnego europejczyka – to Dzicy omawiają między sobą problemy filozoficzne, nie Malinowski z Witkacym (Krzysztof Zarzecki) w scenie, która symbolizowała ich podróż na wyspę. Dla dzikich seks jest pewną metafizyką, rozmowa (między Dominiką Biernat a Krzysztofem Zarzeckim) o seksie ze zwierzętami wcale nie budzi w widzu obrzydzenia. Nawet, gdy dochodzi do aktu seksualnego ze zwierzęciem (Justyna Biełowąs), nie jest to nachalne, brutalne czy zwierzęce. Kontrastem jest to, co robi Malinowski, by zebrać materiał badawczy. Krzykiem i prawie przemocą zmusza dzikich do odbycia stosunku seksualnego. To obrzydza, napawa lękiem. Po raz kolejny pojawia się pytanie – kto jest tym barbarzyńskim dzikim?

Warto jeszcze wspomnieć o wątku, który dzieje się jakby z boku, a łączy się z całością dopiero w końcowej scenie. Dzika (Justyna Wasilewska), która otwiera swoją opowieścią cały spektakl, nie znika, ale też nie żyje z resztą wyspy. Sama o sobie mówi, że jest ostatnim mieszkańcem tego miejsca. Pojawia się w scenach, które nazwałabym przerwami od podglądania Malinowskiego. W jej scenach interakcja zachodzi między nią – wykształconą i pewną siebie dziką, a Leonem Chwistkiem (Maciej Stuhr) – poetą z przyszłości, który przypomina widzowi bardziej maszynę niż człowieka. To, co się podczas tych dość krótkich scen dzieje pokazuje alternatywną drogę wchodzenia w życie kogoś innego. Nie tyle dzikiego, co bardziej obcego, innego właśnie.

Zakończenie jest w zasadzie otwarte. Scena przy stole, będąca spotkaniem Witkacego, Chwistka i Malinowskiego podsumowuje oba wątki. I choć się one nie wykluczają, nie łączą się również. Przebiegają równolegle. A improwizowana rozmowa tych trzech postaci podkreśla (zaskakujące, że Ci panowie w rzeczywistości się znali), że co by się nie stało, życie płynie dalej, w Warszawie nie ma wysokiej kultury, jest tylko doskonała publiczność, która w odróżnieniu od tej paryskiej nie jęczy, gdy na scenie po raz kolejny pojawia się golizna i nowe media. Bez względu na to, jakie jest zakończenie.

Aleksandra Reczuch

 

 

reżyseria:Krzysztof Garbaczewski
scenariusz:Marcin Cecko
muzyka:Jakub Duszyński
koncepcja wyspy:Aleksandra Wsilkowska
kostiumy:Ania Kuczyńska
adaptacja, dramaturgia:Marcin Cecko
Obsada:
– Justyna Białowąs
– Dominika Biernat
– Sebastian Łach
– Jacek Poniedziałek
– Paweł Smagała
– Maciej Stuhr
– Justyna Wasilewska
– Krzysztof Zarzecki

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − nine =