Barbara Michalczyk: Arktyczna gorączka

8 grudnia 2016

O spektaklu Pibloktoq w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w Akademii Teatralnej w Warszawie

Pibloktoq/fot. Bartek Warzecha

Pibloktoq/fot. Bartek Warzecha

Pibloktoq po eskimosku to nerwowy stan opanowujący całe ciało. Połączona z przekleństwami gorączka, która kończy się rzuceniem do przerębla. Ten kto przeżył, niewiele z tego pamięta. O tym przedziwnym stanie rozedrgania nerwowego stara się, za pomocą piosenek Marii Peszek, opowiedzieć ten spektakl.

W całkowitej ciemności nagle na tylnej ścianie zaczyna się projekcja z Placu Unii Lubelskiej w Warszawie. Rozwierają się drzwi zza których wychodzi Zakonnica (Milena Olchowska), a za nią jej podopieczni. Zatrzymuje się przed publicznością, rozkłada ramiona i zaczyna śpiewać Moje miasto. W tym samym momencie aktorzy za nią rozpoczynają układ taneczny. Wykonują dwa rodzaje figur, na zmianę. Bywają rozproszeni po całej scenie, synchronicznie wykonują te same figury, bardzo czuli na to, co robią pozostali, by po chwili zbić się w gromadkę za plecami zakonnicy. Mają podkrążone oczy, wydają się chorzy i cierpiący. Drżą z zimna lub gorączki, szarpią swoje ubrania, niektórzy pokazują widowni środkowe palce. Są blisko siebie, ale nie są ze sobą.

Wszystko utrzymane jest w bieli, beżu i błękicie, także kostiumy. Bardzo często w spektaklu powraca motyw punktowego światła, które krąży po scenie. Przywodzi na myśl przeręblę, do której za chwilę rzuci się zrozpaczony bohater. Arktyczne zimno całkowicie białej sceny z dwoma wyjściami, przełamują budujące atmosferę kolorowe światła oraz projekcje filmowe. Dochodzi do zderzenia bezosobowej przestrzeni z obrazami z ulic Warszawy, które rozdzielają od siebie kolejne sekwencje, dają czas potrzebny na wymianę dekoracji. One zresztą także są dość proste, to stworzone na bazie statywów mikrofonowych stelaże, które udają wszystko, min. lustra, kuchnię czy drogowskaz. Jedynym naprawdę materialnym rekwizytem jest szafa, która pojawia się na scenie na dwie piosenki.

Scenariusz to ciąg scen, które właściwie nie są ze sobą powiązane. Przechodzą w siebie dosyć płynnie, a wszystkie wypowiedzi prowadzą prosto do piosenek Marii Peszek, lub z nich wynikają. Całość ma charakter z jednej strony dosyć żartobliwy, z drugiej śmiertelnie poważny. Każdy dostał swój własny temat, szansę na opowiedzenie intymnej historii. Bohaterowie cierpią wewnętrznie, skopani przez świat, popadają w stan nerwowej gorączki. Zaczyna się metaforyczne zdejmowanie ubrań, w piosenkach opowiadają o swoich bohaterach i stanach ich dusz.

Tak naprawdę trudno w tym spektaklu o przestrzeń na prawdziwe popisy kunsztu aktorskiego i przeżywanie. Tutaj chodzi o pokazanie fantastycznego warsztatu wokalnego młodych aktorów oraz ich umiejętności ruchowych w kolejnych układach tanecznych. W pamięć zapadają jednak sekwencje, które są w jakiś sposób kontrowersyjne lub aktualne, które uderzają w widza. W pierwszej chwili bardzo wiele z nich bawi, refleksja przychodzi znacznie później. Na tym tle, niesamowity jest autotematyczny monolog Marty Wągrockiej, wcielającej się w postać Aktorki. Kobieta miota się po scenie, jest ogromnie energetyczna i bardzo kąśliwa. Komentuje w zasadzie wszystko, zaczynając od warunków na planie, poprzez tekst, który ma zaraz zaśpiewać, po kondycję polskiego teatru. Wszyscy robią farsy, a Wyspiańskiego to już nikt nie robi! Jest w tym tekście i wykonaniu coś niesamowitego, szczególnie w zderzeniu z piosenką, którą śpiewa zmysłowo, jakby nagle zmieniła skórę.

Wrażenie robi także szafa, a właściwie jej zawartość. W środku bowiem znajdują się dwie Indianki – lesbijki, Lidia Pronobis oraz Dominika Kachlik. Na tak małej przestrzeni wykonują niezwykle energetyczny taniec, który towarzyszy Ciału wykonywanemu przez Pronobis. Z  przyjemnością słucha się głosu tej młodej aktorki, ale także z niesamowitą ciekawością obserwuje dokąd doprowadzą ewolucje, które dziewczyny wykonują w szafie. Prosto z tej sekwencji przechodzimy do wyprawy po fajki, reflektory gonią po scenie Pronobis, a z balkonu, niby wielkiej kazalnicy, Piotr Kruszewski opowiada o wszystkich możliwych patologiach, w tym o zwyrodniałych dzieciach uwodzących księży z powodu braku miłości w domu. Zderzenie przelęknionej dziewczyny z tak absurdalnymi tekstami, które niestety są autentyczne, oddaje status jaki nadal ma homoseksualna mniejszość w Polsce. Nic więc dziwnego, że prostą konsekwencją staje się piosenka o wspólnym samobójstwie z miłości.

Muzyka Marii Peszek w jakiś sposób powraca w kolejnych dyplomach robionych w Akademii. Tutaj poświęcono jej cały spektakl, choć tak naprawdę, co zostało wypunktowane w spektaklu, teksty same w sobie często nie mają sensu. Dopiero połączone z muzyką i interpretacją stają się nośnikiem sensów. Tak samo jest z tym spektaklem, który działa dopiero jako całość.

Barbara Michalczyk

Reżyseria i scenariusz: Wojciech Kościelniak

Teksty piosenek: Maria Peszek, Piotr Lachmann

Muzyka: Maria Peszek, Andrzej Smolik, Michał Król, Wojciech Waglewski, Fisz, Emade, Maciej Goliński
Aranżacja: Jacek Kita
Choreografia: Liwia Bargieł
Przygotowanie wokalne: Anna Serafińska
Asystent reżysera: Marta Wągrocka
Opieka scenograficzna i kostiumograficzna: Bożena Ślaga
Projekcje: Agata Rucińska

Występują:
Zakonnica – Milena Olchowska
Anka – Dominika Kachlik
Karolina – Joanna Balas
Samotny tata – Piotr Kruszewski
Panna młoda – Olga Kalicka / Marta Wągrocka
Indianka – Lidia Pronobis
Uchodźca – Kamil Studnicki
Aktorka – Marta Wągrocka
Pacjentka – Ewa Prus
Natala – Ewelina Bator
Eskimoska – Maria Sobocińska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 + seven =