Barbara Michalczyk: Artystyczny nieład

15 kwietnia 2015

O spektaklu Artysta w reżyserii Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej w Teatrze Młyn

Artysta/mat. teatru

To tylko fragment cudzego życia. Rzut oka na dziwne relacje, jakie buduje z mężczyznami główna bohaterka. Można gdybać – dlaczego. Z powody braku więzi z ojcem? Z braku pewności siebie? A może po prostu na takich trafia i posłusznie im ulega? Pytań można postawić wiele, spektakl jednak nie odpowiada na żadne z nich.

 

Autorzy wrzucają nas do dziwnego świata. Paulina (Agata Fijewska), buntowniczka z wyboru, skłócona ze wszystkimi profesorami ze swojej uczelni musi napisać magisterkę. Szuka promotora, wybór pada na rzeźbiarza Adama (Krzysztof Kiersznowski), którego pracami zaczęła się interesować. Od słowa do słowa zapada decyzja, że pojedzie do jego pracowni w górach. Tam rodzi się między nimi romans, który przerywa niespodziewane zjawienie się ojca Pauliny, wziętego artysty (Marek Siudym), który nigdy nie poświęcał czasu swojej córce. Całość uzupełniają dialogi z offu, w których dziewczyna zwierza się rzeźbiarzowi ze swoich traum i problemów.

 

Scenografia jest bardzo uboga. Na niewielkiej scenie w SCEKu postawiono stół, krzesła, ławkę, a przy wyjściu biurko. W tej scenografii należy naprzemiennie wyobrazić sobie profesorski gabinet oraz górską chatę. Całość uzupełnia światło, czasem muzyka. Przez tę skromność scenografii rodzą się niejasne skojarzenia z teatrem szkolnym, siłą rzeczy nisko dotowanym. Do tego nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić, czy aktorzy zawsze są widoczni. Pierwsza i ostatnia scena, obie w gabinecie Adama, odbywają się przy biurku, które stoi na wysokości drugiego i trzeciego rzędu krzeseł. Żeby zobaczyć grającego przy nim Kiersznowskiego trzeba się nieźle nagimnastykować i budzi to spory dyskomfort. A wystarczyłoby zwyczajnie postawić biurko z drugiej strony drzwi.

 

Scenariusz to zlepek scen z zaburzoną chronologią. Autorka postawiła w tym wypadku na filmową konwencję, która niestety nie sprawdziła się tutaj najlepiej. Po pierwsze i najważniejsze zwyczajnie zabrakło pomysłu na ogranie przejść między poszczególnymi epizodami. Blackout jest czymś niesamowicie banalnym, a jeśli do tego doda się niebieskie światło, świecące aktorom w plecy i jednocześnie ukazujące wszystkie niespieszne ruchy, jakie wykonują, całość zaczyna być dość siermiężna. Przez to zabawnie wypada na przykład scena, w której ze stołu spada ciasto, Paulina schyla się, żeby je podnieść. W tym momencie zapada ciemność, aktorzy niespiesznie zmieniają miejsca, następuje nowa scena, retrospekcja do wcześniejszych wydarzeń pomiędzy nią a Adamem, by po kolejnym blackoucie wrócić idealnie w punkt, gdy dziewczyna zbiera ciasto z podłogi. W niepełnej ciemności widać nawet jak z poświęceniem przyjmuje identyczną pozę, jak w poprzedniej scenie. Niektóre z wyciemnień ratują monologi z offu, w których Fijewska wydaje się być znacznie bardziej szczera i prawdziwa, niż wówczas, kiedy widać jej twarz. Jest wtedy bardzo skupiona i skoncentrowana na tym co mówi, nie przychodzi jej to tak łatwo jak w normalnych scenach.

 

Kiedy po obejrzeniu czyta się ponownie zapowiedź spektaklu stworzoną przez organizatorów, rodzi się nieprzyjemne poczucie, że wszystko zostało streszczone, bo spektakl ani o jotę nie wykracza poza zakreślone tam ramy. No dobrze, pominięto zakończenie, ale niestety jest ono rozmyte i niejasne. Zupełnie zmarnowano cały dramatyczny potencjał, bo kulminacja jest pozbawiona jakiejkolwiek energii. Samo zakończenie poprzedza kolejny przydługi blackout (który i tak okazuje się za krótki, bo Fijewska wpada na scenę w bluzce wywróconej na lewą stronę, z metką na brodzie), a wychodząc człowiek zadaje sobie irytujące pytanie – co ona zrobiła z tym ojcem? Wyjechała z nim? Olała go? Umarł? Wątek wydaje się być porzucony. Zabrakło w finale chociaż jednej porządnej sceny, która utrzymałaby rosnące napięcie i ładnie spuentowała wszystkie wątki.

 

Pomimo tych potknięć, spektakl zawiera naprawdę dobre dialogi. Toczą się wartko, płynnie i nie robią z widza idioty. Co prawda monologi są odrobinę przegadane, ale jeszcze ciągle w znośny sposób, który da się przetłumaczyć konwencją intymnych zwierzeń.

 

Nie dało się nie zauważyć, że Fijewska-Zdanowska nie do końca panuje nad swoimi aktorami. Wszystkich cechuje ta sama nadekspresywność, zamaszystość gestów i trudność w wytrwaniu w jednej pozie. Oczywiście aktorzy bardzo starają się wypaść jak najlepiej, ale mimo to nie ma w tym spektaklu porywających ról czy chwytających za serce momentów. Raczej trzeba mówić o nierównościach, skokach w górę, by po chwili spaść na dół. Przez to nie da się jednoznacznie niczego powiedzieć o tej grze, poza faktem, że zaistniała i ciągnęła akcję do przodu przez dobrą godzinę.

 

Barbara Michalczyk

Scenariusz i reżyseria: Natalia Fijewska-Zdanowska

Muzyka: Filip Dreger

Charakteryzacja/kostiumy: Joanna i Aleksandra Tomczyk

Reżyseria świateł/konsultacja scenograficzna: Mikołaj Malesza

Produkcja: Joanna Hawryluk i Agnieszka Kondraciuk

Realizacja: Fundacja Artystyczna MŁYN

dzięki wsparciu Miasta Stołecznego Warszawy

Partner: Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej

Obsada: Agata Fijewska, Krzysztof Kiersznowski, Marek Siudym

 

 

 

 

 

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one + 17 =