Barbara Michalczyk: Betonowy koniec świata

29 listopada 2014

O spektaklu Tren dla dwunogów w reżyserii Piotra Kulczyckiego w Teatrze Wolandejskim 

Tren dla dwunogów/fot. Marta Wódz & Dorota Kaczmarek

Tren dla dwunogów/fot. Marta Wódz & Dorota Kaczmarek

Historie o końcu świata rzadko są o końcu świata, chyba że to film hollywoodzki. Podczas spektaklu zostaje jasno stwierdzone, że to nie ta bajka, zostańmy więc przy kontemplacji naszej wspaniałej, polskiej rzeczywistości. Do tego zestawu dorzućmy tezę: koniec świata w relacjach międzyludzkich mamy na co dzień. Co otrzymujemy? Bardzo nierówny spektakl.

 

Podczas trwającej apokalipsy pięcioro ludzi zostaje uwięzionych pod zawalonymi wieżowcami. Wszyscy zostali zaskoczeni przez koniec świata. Są zdezorientowani, zagubieni i nieprzygotowani. W tym momencie świat jest odległy od Miłoszowskiej wizji, nie ma pszczółek, pomidorów do podwiązania i wszyscy są doskonale poinformowani, że to już koniec. Fale uderzeniowe niszczą wszystko na swojej drodze, walą się domy, relacje międzyludzkie i kręgosłupy moralne.

 

Zapowiada się wspaniale. W kompletniej ciemności towarzyszy nam tylko głos Joanny Krupińskiej, grającej Ksienię, który wprowadza nas w sytuację. Inteligentny, mocny i intrygujący. Dlaczego później jest gorzej?

 

Po pierwsze jest ogromny problem ze scenariuszem. Maciej Kerner (Ochraniacz) i Lidia Okruta (Latawica) nie grają źle. Oni po prostu nie mają kogo grać. Ich postacie są płaskie, stereotypowe oraz boleśnie niedopisane. Do tego brakuje im motywacji – jakiekolwiek przejawy chęci działania wyrażają jedynie Ksieni oraz Strażak (Mateusz Latopolski) ich cele na przemian splatają się, to znów są na przeciwległych biegunach, co daje anemiczny rozpęd akcji. A Hiphopper (Andrzej Kacperski) jako postać służy tylko udowodnieniu tezy, że dres też może być artystą.

 

Próbą ratowania tych dość płaskich charakterów jest dodanie każdemu wielkiej traumy lub urazu z dzieciństwa. Nie ma związków międzyludzkich, rodziny się rozpadły, a do tego porzucamy zwierzątka w lesie. I za to karą jest koniec świata, lub jak wydaje się brzmieć teza spektaklu – koniec świata już trwa. Albo, że rodzina jest źródłem deprawacji w świecie. I już naprawdę nie został nikt normalny, poza dresem, ale on służy tutaj próbom odwrócenia banału.

 

Do tego za dużo jest mówienia, za mało działania. Przykładowo to, że bohater jest dziwnie spokojny na tle pozostałych postaci, powinniśmy poznać po nim, a nie z komentarza scenicznego.

 

Jednak z drugiej strony są też momenty dobre i zasługujące na dostrzeżenie. Przede wszystkim gra Joanny Krupińskiej. Jej postać jest najbardziej wyrazista, do tego charyzmatyczna, choć nieco egocentryczna. Jeśli miałabym wskazać bohatera, który prowadzi akcję i którego po wyjściu pamięta się najlepiej, bez wahania mogłabym wskazać na nią. Dobrze partneruje jej Mateusz Latopolski. Jest przekonujący, szczery i prawdziwy. Totalnym zaskoczeniem po średnim początku jest Andrzej Kacperski. Aktor rozkręca się wraz z upływającym czasem. Im bliżej finału, tym bardziej wysuwa się pod względem aktorskim na czoło grupy.

 

Do tego pozytywnie zaskakuje dbałość o detale. Aktorzy wyglądają jakby przeszli przez piekło, są brudni, pokaleczeni i ociekają krwią. Minimalistyczna scenografia dobrze to uzupełnia, twórcy postawili na wyobraźnię widza. Do tego dodano dobrze zmontowane dźwięki oraz światła, które nie psują atmosfery całości. Jasnym zabiegiem jest stopniowe przejście ze światła latarek do reflektorów, to kolejny punkt umowny.

No i zakończenie! Tutaj dopiero są prawdziwe emocje. Nie podczas opowieści o traumach, nie podczas krzyczenia na siebie w panice, czy wręcz farsowych wstawek. Ciemność, marazm i kołysanka. I gdzieś w tym wszystkim rodzi się przerażenie, które było tak doskonale odczuwalne na początku.

 

Trudno mi wyrokować, dlaczego się nie udało. Pomysł bardzo dobry, do tego dobrzy aktorzy, interesujące środki. Ale gdzieś w to wkradł się problem ze słowem i historią. Wkradł się moralizatorski ton, który ciężko jest kupić. Kogo da się ocalić spod rumowiska? Tylko tych, którzy pójdą dalej i zerwą z przeszłością. I możliwe, że to rada nie tylko dla bohaterów spektaklu.

 

Barbara Michalczyk

Tren dla dwunogów

scenariusz i reżyseria – Piotr Kulczycki

rysunki – Małgorzata Smogorzewska

współpraca reżyserska – Stanisław Kubiak

producent – Joanna Kostana

Obsada: Joanna Krupińska, Mateusz Latopolski, Maciej Kerner, Lidia Okruta, Andrzej Kacperski

tagi: | Wersja do druku | |

3 komentarzy do Barbara Michalczyk: Betonowy koniec świata

  1. Anna, 29 listopada 2014 o 12:29

    Ten spektakl psuje środowisko teatrów amatorskich. Jest fatalny. Tekst zakrawa o pomstę do nieba. Dawno nie słyszałam tylu zdań naszpikowanych tandetnymi aforyzmami przeplatanymi z nieumotywowanymi wulgaryzmami. Współczuję aktorom. Dziwę się, że nie zrezygnowali z grania w trakcie prac nad spektaklem. Dziewczyna grająca najmocniej i najgłośniej wystrzeliwała każde zdanie jakby nie rozumiała j.polskiego. Wszystko na wysokich rejestrach, począwszy od zwykłej informacji, a skończywszy na pretensji/wyznaniu, czymkolwiek. Pomysł dresa-artysty banalny do bólu. Dziewczyna ladacznica i ochroniarz – w sumie to nie ma co pisać, płasko, bez emocji, „trudne sprawy” teatru. Sceny rzekomej bliskości grane w sposób nieumotywowany, bez wcześniejszej zapowiedzi, powodu dla którego myśl miałaby się zrodzić w głowie bohatera. Zero ruchu scenicznego. Wszyscy przechadzali się z założonymi rękami od kulisy do kulisy. Zastawka stała tylko po to żeby udusić jedną z bohaterek i wystawić jej martwe nogi na pokaz? Naprawdę? Naprawdę???? Reżyser nie ma pojęcia co to znaczy opis bez wypowiadania słowa. Puenta…nawet nie warto o niej wspominać. Właściwie to wady można mnożyć bez końca. Nawet nagrania z offu były tak groteskowe, że publiczność…lała. Nie z rozbawienia, ale z zażenowania. Na początku miałam nadzieję, że to jest jakiś żart, pastisz, że puszczacie do nas oko. Nie puszczaliście. Wszyscy grali fatalnie, ale wierzę, że to wina tekstu i braku reżyserii, chociaż jak pisałam wyżej, niepokojące jest, że nie wycofali się ze spektaklu. Jedyna osoba, która jakkolwiek się broni i odniosłam wrażenie, że jest świadoma tego w czym siedzi to strażak. Bardzo przykro patrzyło się na ten spektakl. Wiele osób z niego wyszło. Dawno nie byłam na czymś, gdzie widownia głośno komentuje i śmieje się z tego co dzieje się na scenie, śmieje z politowaniem.
    Teatrze Wolandejski kolejny raz bardzo mnie rozczarowałeś, wręcz zaniepokoiłeś, bo każdemu zdarza się zrobić spektakl zły, ale odnoszę wrażenie, że jesteście tego absolutnie nieświadomi.

    • Kamil, 3 grudnia 2014 o 13:07

      Wow, Anno, rozumiem, że spektakl Ci się nie spodobał, ale po co ta ściana tekstu? Myślałem, że Teatrakcje to nie jest onet, ani gazeta.pl, gdzie użytkownicy zajmują się rzucaniem gnojeniem w innych.
      Ja generalnie widziałem kilka ich spektakli i uważam, że mieli lepsze i gorsze, ale pisanie, że „psują środowisko teatrów amatorskich” to naprawdę trąci jakąś czarną propagandą. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że Coca Cola psuje rynek napojów gazowanych, bo ich napoje są przesłodzone, mają banalne etykietki a w ogóle, to ja wolę Pepsi.
      A już najbardziej mnie zaskoczyło twoje końcowe stwierdzenie, że już kolejny raz jesteś rozczarowana, a nawet zaniepokojona. Przyszło Ci do głowy, żeby po prostu na ich spektakle nie chodzić? Chyba nikt Cię nie zmusza?

      • Dorota, 8 grudnia 2014 o 20:54

        Komentarze gnojące innych na onecie zwykle ograniczają się do kilku płaskich, bezpodstawnie agresywnych zdań pozbawionych sensownej argumentacji. Tu akurat widzę coś zupełnie odwrotnego i wydaje mi się, że bardzo cenne jest to, że na teatrakcjach wreszcie pojawił się odzew. A zarzut „jak ci się nie podoba, to nie oglądaj” jest w najwyższym stopniu gimbusiarski. Mamy prawo się konfrontować, mamy prawo oczekiwać czegoś od teatru i mamy prawo wyrażać swoją opinię. Akceptowanie wolności artystycznej nie wyklucza sprzeciwu wobec rażącego dyletantyzmu. Nie widziałam spektaklu, po poprzednich doświadczeniach z teatrem Wolandejskim jestem raczej sceptyczna, ale uważam, że kiedy czasem król jest nagi, dobrze jest o tym powiedzieć na głos. I dobrze jest rozmawiać. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 5 =