Barbara Michalczyk: Być Najnajem jeszcze raz…

18 grudnia 2014

…czyli opowieść o przygodach na Frymarku Świątecznym w Instytucie Teatralnym w Warszawie

 

Mili Państwo, zanim przejdziemy do wyjaśnienia enigmatycznego tytułu niniejszego elaboratu, zacznijmy prościej. Frymark. Słowo uroczo furkoczące na języku,  obcego pochodzenia i w pierwszej chwili równie obco brzmiące. Po bliższej przyjaźni z Wikipedią i słownikiem okazuje się, że frymark w staropolszczyźnie oznacza nierówną wymianę. Przykładowo, gdy król odbierał ziemię szlachcie i czynił ją swoją domeną. Po głębszym namyśle można jasno stwierdzić, że chyba do okoliczności zastanych w IT takie wytłumaczenie nie bardzo pasuje. Szukając głębiej, dochodzimy do słownika synonimów. I tu, niby pierwsza gwiazda, błyska wśród słów „kupczyć”, „sprzedawać”. Ciepło, ciepło, gorąco!

 

Opowieść o tym, jak omijając manifestację i jadąc nieomal przez Wilanów, dotarłam do celu, odłożę na kiedy indziej i dla grona bardziej zainteresowanego. W końcu clue programu pozostać musi Instytut oraz jego nadprogramowa, świąteczna zawartość. A było co podziwiać!

 

Po pierwsze zapach. Wszyscy wiedzą, jak pachną święta, prawda? Cynamon, goździki, pierniki i temu podobne. Tak właśnie pachniał budynek pod wdzięcznym adresem Jazdów 1. Niestety bez pomarańczy, ale każdemu się zdarza. Jak brzmiał ten budynek? Głośno. Wielu ludzi w przyjaznej atmosferze rozmawiało, dzieci pokrzykiwały (na te popłakujące spuśćmy zasłonę milczenia) a do tego muzyka. Trochę jak rodzinne święta, tylko głośniej i bardziej. Była świąteczna atmosfera? Ależ oczywiście!

 

Było kupczenie, sprzedawanie i wszelkiego rodzaju wspaniałe dobra, na które skromnego recenzenta i studenta WOT-u nie stać? Było! Sala teatralna w Instytucie wraz z przedsionkiem wybuchła kolorami i to dosłownie. Czego tam nie było! Gdybym poszła tam z zamiarem obkupienia prezentami całej rodziny, bez wątpienia wyszłabym na tym korzystnie. Po pierwsze masa cudownego rękodzieła. Biżuteria – z dowolnych materiałów. Kolczyki, jakie tylko sobie można zamarzyć, bransoletki, naszyjniki, broszki… Metalowe, filcowe, z koralików! Kształty? Przeróżne. Staram się unikać dosłownego reklamowania producentów, ale proszę Państwa! Pewne filcowe myszy dosłownie podbiły moje serce… Do tego były ubrania, figurki, ceramika, a nawet kafelki. Wybór zadowoliłby każdego, nawet najbardziej wybrednego teatromana.

 

Oprócz tego książki. I to był pierwszy moment głębokiego żalu, że najlepsze lata (najnajowe!) mam już za sobą. Większość proponowanych pozycji była bowiem dla dzieci. Jedynie stoisko Teatru Dramatycznego wystawiło na sprzedaż swoje ostatnie publikacje dotyczące pisania dramatów, co sprawiło, że w tym zacnym gronie pojawiło się coś dla starszych czytelników. Jak to w Instytucie, nie zabrakło informacji teatralnych. Jednak ponownie kierowanych głównie do dzieci, a konkretnie do ich rodziców, bo to oni mieli zabrać swoje pociechy na mocno reklamowane spektakle (ulotek dotyczących repertuaru dla starszych widzów było znacznie mniej).

 

Drugi moment głębokiego żalu nad dawno utraconym „najnajwiekiem” nastąpił, gdy zaczęłam baczniej lustrować zebrane w IT towarzystwo. Plasowałam się mniej więcej w połowie. No dobrze, bliżej mi było do rodziców niż do dzieci. Ale mimo wszystko, starałam się wtopić w tłum, aby zebrać potrzebne informacje! Wtapianie szło jednak opornie i w szeroko reklamowanych warsztatach nie wzięłam udziału. Rozpychanie się wśród przedszkolaków i ich młodszych kolegów mogłoby być dość nie fair. Pozostało jedynie bierne obserwowanie cudów tworzonych przez dzieci. I łezka w oku, że oto oglądam przyszłość narodu. Bardzo zdolną i od dziecka przyuczaną do sympatii dla teatru. (O zdolnościach marketingowych i smutnych oczkach podczas prób sprzedania mi płyty z kolędami być może wspomnę innym razem).

 

Jak było? Przemiło! Ciepło, bo pogoda nie dopisywała na zewnątrz. Aromatycznie, bo coś stale było pichconego, a później jeszcze to szalone pieczenie pierników… Głośno, bo dzieci, rodzice, muzyka i Bolek i Lolek (kreskówki puszczane w tle były elementem programu). Sympatycznie, bo prawie wzięto mnie za Najnajnaja i nieomal dopuszczono do białego wigwamu, którego jednak nie udało mi się przebadać. Świątecznie? W każdym calu.

 

Barbara Michalczyk

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − eight =