Barbara Michalczyk: Hipsterzy i prowincjuszki

21 czerwca 2014

O spektaklu Dziewczyny do wzięcia w reżyserii Piotra Ratajczaka w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Dziewczyny do wzięcia /fot. Magda Hueckel

Dziewczyny do wzięcia /fot. Magda Hueckel

Warszawa śni się ponoć po nocach wszystkim dziewczynom z małych miast lub wsi. Wydaje się miejscem, w którym wielkie marzenia się spełniają, a co więcej, można poznać fajnego faceta. Z takiego założenia wyszli twórcy spektaklu, budując postacie Edyty, Grażyny i Justyny, ruszających na spotkanie z Mike’iem oraz Wiktorem. Co im z tego wyszło? Jak to się ma do rzeczywistości?

Cała akcja opiera się na zderzeniu ze sobą dwóch skrajnie różnych światów. Dziewczyny od progu zostały wystylizowane na głuchą prowincję, gdzie wciąż największym hitem jest Piosenka księżycowa Anity Lipnickiej. Faceci zaś, jak na mieszkańców stolicy przystało, stronią od mainstreamu, pracując w sieciówkach. Jedynym, co ich łączy, jest rozpaczliwa chęć poznania kogoś. W tym pomaga niezawodny Internet – rozmowa na czacie prowadzi do spotkania, które jest tematem całego spektaklu.

Dekoracje są proste, ale nadzwyczaj pomysłowe. Tło stanowią trzy ściany, z których wysuwają się meble. Przejścia między scenami odbywają się przy zmianie świateł i dźwiękach disco, podczas gdy aktorzy nie ustają w ruchu; tańczą, spacerują lub biegają. Rekwizyty właściwie nie istnieją, dając nam szansę na użycie wyobraźni.

Podczas spotkania Wiktor i Mike, obawiając się o swoją reputację, postanawiają zabawić się kosztem dziewczyn. Zabierają je w miejsca, które niewiele kosztują, a pasują do ich oczekiwań. Nie są szarmanckimi gentelmanami, brak im drobnych i to kobiety fundują wszystkie atrakcje. Spacer po Warszawie pokazuje jej dwa oblicza – jedno „popularne”, drugie „OFF-owe”. Dziewczyny jednak, jak na mieszkanki prowincji, są niezwykle kulturalne. Pierwszym pomysłem na spędzenie czasu jest wizyta w teatrze, która generuje dyskusję o tym, co warto oglądać.

 Sytuacja jest  dość nieprawdopodobna, ale rodzi pytania. Bo czy zamiast wyśmiewać to, że nie poznały się na teatrze „Grzesia” czy „Krzysia”, nie powinniśmy się cieszyć, że w ogóle chcą chodzić do teatru? W końcu o gustach nie powinno się dyskutować, nawet jeśli ktoś, zamiast wysokiej sztuki, wybiera czystą komercję.

Więc w czym leży problem, skoro jak się wydaje, temat jest świetny, a jego realizacja już raz się powiodła? Myślę, że właśnie w adaptacji. Zapędzając się w uwspółcześnianie tekstu, Piotr Rowicki miejscami zagubił prawdopodobieństwo. I o ile jestem w stanie uwierzyć w przerysowanych do granic możliwości hipsterów, tak naiwność dziewczyn daleko wykracza poza granice mojej wiary. One przecież czytają kobiece czasopisma, korzystają z Internetu i oglądają telewizję śniadaniową. Pomijając śmieciowość tych mediów, to jednak są dobrymi przewodnikami po współczesnym świecie. Zachwyty dziewczyn wypadają więc tanio i nieprawdziwie. Takie założenia w pełni zadziałałyby jeszcze dziesięć lat temu, dzisiaj już niekoniecznie.

Bez wątpienia najlepiej wypada na scenie Katarzyna Maria Zielińska. Dżasta jest uroczo naiwna, wierzy w miłość i pozostaje sobą. Ma najwięcej cech indywidualnych, postać w przeciwieństwie do pozostałych posiada pewną głębię psychologiczną i od razy zyskuje sympatię. Dużo gorzej jest z pozostałymi kobiecymi postaciami. Grażyna (Eliza Borowska) pracuje w sklepie mięsnym, ubiera się w klimatach mroczno różowych i została zabrana jako typowa „koleżanka do towarzystwa dla kolegi”. Edyta (Agnieszka Przepiórska) jest tą, która umówiła się na randkę przez Internet. Pracuje w domu kultury i darzy uwielbieniem kierownika. Dla odmiany jest uosobieniem różu, choć daleko jej do delikatności. Wie czego chce i nie obawia się po to sięgnąć. Jednak większe różnice pomiędzy ich postaciami, pozwalające mówić o indywidualności, zanikają. Zabrakło tu pewnej głębi dramaturgicznej.

Podobnie sytuacja ma się w wypadku Mike’a i Wiktora (Grzegorz Falkowski i Michał Napiątek), oni także niespecjalnie się do siebie różnią. Pozują, szafują nazwiskami i pielęgnują własne ego. Całe spotkanie moderują tak, aby zyskać sobie jak największą sympatię dziewczyn, bo cały czas liczą na seks. Jednak do niczego między nimi nie dochodzi, choć dziewczyny usilnie próbują przejąć inicjatywę. Mężczyźni w tym świecie okazują się być dużo słabsi od kobiet.

Grający znanego prezentera pogody Piotr Ligienza jest właściwie tym, na kogo mężczyźni chcą pozować. Choć pojawia się epizodycznie, staje się symbolem sukcesu, w zestawieniu z nim Mike i Wiktor wiele tracą w oczach dziewczyn. Wiemy, że on również opowiada o sobie kompletne bzdury, działa tu jednak magia szklanego ekranu. Jest prawdziwy w swojej nieprawdzie, czarujący i szarmancki. W jego wykonaniu ładnie wypada nawet przerysowane nawiązanie do pewnego prezentera i problemu z brudnym stołem.

I choć to wszystko powoduje, że spektakl jest znacznie słabszy niż mógłby być, to jednak zmusza do myślenia. Gdzieś pod powierzchownością relacji czai się pytanie o męskość i kobiecość. Czy wszechobecne wyzwolenie seksualne i obyczajowe nie przynosi tak naprawdę ogromnych ograniczeń?

Na tle całości zakończenie wybrzmiewa nadzwyczaj mocno. To lekkie widowisko nagle staje się gorzkie i smutne, demaskując prawdę o młodych ludziach. Wszyscy desperacko pragną czegoś ponad pustymi relacjami. Tylko czy w dzisiejszych czasach jest to jeszcze możliwe?

Barbara Michalczyk

 

Dziewczyny do wzięcia Teatr Powszechny im. Z. Hübnera w Warszawie

Premiera: 16.05.2014

Autor: Janusz Kondratiuk

Reżyseria: Piotr Ratajczak

Adaptacja: Piotr Rowicki

Scenografia: Matylda Kotlińska

Opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak

Scenografia i kostiumy – Matylda Kotlińska

Ruch sceniczny – Arkadiusz Buszko

Reżyseria świateł – Tadeusz Perkowski

Inspicjent – Ewa Kancler-Żeleńska

Obsada: Eliza Borowska, Agnieszka Przepiórska, Katarzyna Maria Zielińska, Grzegorz Falkowski, Piotr Ligienza, Michał Napiątek

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen − 1 =