Barbara Michalczyk: Igraszki

20 marca 2015

O spektaklu Fredraszki w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym w Warszawie

Fredraszki/fot. Krzysztof Bieliński

Fredraszki/fot. Krzysztof Bieliński

Lekko, z ogromnym wdziękiem i wyjątkowo zabawnie, tak grają w tym spektaklu aktorzy. Fredrowskie komedie zanurzono w scenografii stylizowanej na lata pięćdziesiąte. Dodano pasujące stylistycznie kostiumy, fantastyczną jazzową muzykę oraz piosenki. Podkręcono tempo przez błyskawiczne zmiany sytuacji, do tego rozhulała się komiczna powtarzalność, a Jan Englert-Fredro patrzył na to przez cały spektakl łaskawym, reżysersko-autorskim okiem.

 

Widz wchodzi do tego świata nie będąc do końca pewnym, czego się spodziewać. W pierwszej chwili całe zamierzenie scenograficzne wydaje się niejasne. Jakiś stół na środku, krzesła, fotele, szafy… Salonik? Buduar? Przez chwilę na pewno knajpa. Ale potem rozbrzmiewa muzyka i wszystko staje się jasne. Nie wiem, co było pierwsze – scenografia czy muzyka, ale razem tworzą bardzo przyjemne estetycznie doznanie.

 

Scenariusz, jak w przypadku innych podobnych realizacji, składa się w większości ze skompilowanych tekstów komedii Fredry. Całe wątki i pojedyncze sceny mieszają się na oczach rozbawionej widowni. Pierwsza połowa jest grana bardzo na tempo, aktorzy błyskawicznie zamieniają się miejscami, wyskakują z szaf i wskakują za kulisy. W tych komicznych przeplatankach i suspensach niezastąpiona jest właśnie jedna z dwóch ogromnych szaf ustawionych w głębi sceny. Bo gdzie najlepiej upchnąć kochanka? Pewnym odwróceniem banału jest więc fakt, że właśnie z niej on niejednokrotnie wyskakuje.

 

Druga część spektaklu jest w większej mierze, przynajmniej dla mnie, czymś w rodzaju quizu ze znajomości twórczości Fredry. Tutaj odpowiedź na pytanie: „co, kto i z którego utworu” jest już znacznie mniej oczywista. Za to bez wątpienia jest tu najładniejsza (i mówiąc najładniejsza naprawdę mam na myśli najprzyjemniejszą dla oka) scena rozmowy o polityce, rozgrywana w płaszczach i kapeluszach. Wygląda prawie jak czarno-biały film z epoki.

 

Te dwie połówki da się wyróżnić dzięki przerywnikowi, momentowi złamania konwencji i zerwania masek z twarzy. Bo nagle aktorzy zaczynają mówić o samym Aleksandrze Fredrze. Odczytują pisma z epoki, wchodzą sobie w słowo, jakby chcieli w końcu tego autora poderwać z krzesła. Bo grający go Englert, jest właściwie nieustannie obecny na scenie. Wszystkie monologi, normalnie wygłaszane do publiczności, kierowane są w jego stronę.

 

Ten motyw w spektaklu niejasno przywodził mi na myśl Dowód na istnienie drugiego w reżyserii Macieja Wojtyszki,  wystawiany w tym samym teatrze. Tam poruszano kwestię bycia autorem i człowiekiem, ale z perspektywy kogoś innego. Tutaj jest pewien autotematyzm, pewne borykanie się z niechęcią krytyki, samotnością i w końcu krańcowe zniechęcenie do pisania. Przez chwilę jest naprawdę gorzko.

 

Wydawałoby się, że zgrzytem w tym pięknym obrazku są pojawiający się kilkakrotnie panowie z taczkami lub tablicami informacyjnymi. Pierwsze skojarzenie – strajk w teatrze? Wszystko jednak wyjaśnia się coraz bardziej, im bliżej do końca spektaklu. Suspens oparto na rolach, które powierzono Janowi Englertowi. Niczego więcej nie zdradzę.

 

Pod lupę wzięto rozbuchane uczucia towarzyszące bohaterom sztuki. Żar miłości, uniesień i pożądania tli się w powietrzu, a dodatkowo jest on źródłem kolejnych komicznych sytuacji, gagów oraz wielu krzywo pozapinanych guzików.

 

Jeżeli chodzi o obsadę kusi, aby zadać jedno pytanie. Dlaczego wszystkie aktorki są blondynkami? Epokowa moda? Sympatie reżysera? Braki kadrowe? Nie wiem. Za to mogę stwierdzić, że wszystkie grają na jednakowo dobrym poziomie. Podobnie panowie. Nie ma w tym spektaklu słabych ról, czy wielkich pomyłek. Aktorsko wyróżnia się Grzegorz Małecki. Gra z ogromną charyzmą i dowcipem. Jest w nim ogromna energia, jego gesty są zamaszyste, ale nie brakuje mu w tym wszystkim lekkości. Kiedy pojawia się na scenie, skupia na sobie większość uwagi, bezczelnie kradnąc sceny pozostałym aktorom.

 

W foyer, po wyjściu z sali teatralnej, czeka na widzów ostatnia niespodzianka. Te same tablice, które przez chwilę pojawiły się na scenie, teraz tworzą mini wystawę poświęconą Aleksandrowi F. oraz jego kontaktom ze sceną Narodową i jej dyrektorem. Dobre, jubileuszowe podsumowanie, ładnie wpisujące się w ten wyjątkowy sezon. W zestawieniu ze spektaklem to żywy dowód na to, że Fredro, choć już od dawna pełnoletni, wcale się nie zestarzał.

 

Barbara Michalczyk

Scenariusz: Jan Englert, Tomasz Kubikowski
Reżyseria: Jan Englert
Scenografia: Barbara Hanicka
Muzyka: Maciej Małecki
Reżyseria światła: Marek Kozakiewicz

Obsada: Katarzyna Gniewkowska, Paulina Korthals, Milena Suszyńska, Beata Ścibakówna, Jan Englert, Piotr Grabowski, Grzegorz Małecki, Mateusz Rusin, Krzysztof Wakuliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × five =