Barbara Michalczyk: Jest mnie dwie

24 kwietnia 2014

O spektaklu Błękitny Zamek w reżyserii Barbary Ciastoń w Teatrze Wolandejskim

 

Spektakl oparty na motywach powieści L. M. Montgomery – Błękitny zamek, rozpoczyna się sennym koszmarem, dręczącym Joannę Stirling w przededniu jej dwudziestych dziewiątych urodzin. W błękitnym świetle, kojarzącym się ze światłem telewizora, słyszymy bluesa i odgłosy rodzinnego przyjęcia – rocznicy ślubu, oraz (przy okazji) urodzin głównej bohaterki, zwanej przez rodzinę Bubą. Cały horror dla Joanny opiera się tutaj na docinkach, jakie prawi jej rodzina, które nie płyną jednak ze złośliwości, ale z dobroci serca i niezbyt lotnego poczucia humoru. Choć nikt nie chce jej skrzywdzić, to mało kto byłby w stanie znieść taką dawkę uroczych uwag, jak „masz już dwadzieścia dziewięć lat, najwyższa pora się ustatkować”. Co w takiej sytuacji może zrobić młoda kobieta?

Błękitny zamek/ materiały archiwalne teatru

Błękitny zamek/ materiały archiwalne teatru

Adaptacja sceniczna tekstu została bardzo dobrze wykonana, wszystkie pozostawione sceny są konieczne dla przekazania treści, a wycięcie wątku Ryczącego Abla i jego córki, zrozumiałe. Największym zarzutem, jaki mogę jej postawić, jest pojawienie się w tekście życiowych mądrości z Paulo Coelho. W książce były to fragmenty poetyckich opisów przyrody – zastąpienie ich cytatami z autora Alchemika spłyca ogólny wydźwięk spektaklu oraz osobowość głównej bohaterki. Właściwie cały wątek traktujący o książkach został tu na tyle zmarginalizowany, że można by się obejść bez niego.

Z tym wszystkim bardzo dobrze komponuje się światło, które częściowo rekompensuje brak dekoracji, których w tym spektaklu właściwie nie ma. Całość gry oparta jest na minimalnej liczbie rekwizytów, uzupełniana także przez odpowiednie efekty dźwiękowe, co pozwala widowni na uruchomienie wyobraźni. Aktorzy, grający w spektaklu, niemal cały czas pozostają w zasięgu wzroku widowni, sami sobie będąc pomocą techniczną w scenach, w których akurat nie występują.

Urodziny stają się cezurą w życiu bohaterki. Tego dnia bowiem, cudem wybawiona od rodzinnego pikniku, dowiaduje się, że został jej ni mniej, ni więcej jak rok życia. Angina pectoris nie wybiera, należy unikać wstrząsów, niebezpiecznych emocji i spokojnie czekać na nieunikniony koniec. Ten grom z jasnego nieba sprawia, że kobieta po raz pierwszy w życiu przestaje się bać. Pozwala sobie pożyć naprawdę, bo jej dotychczasowe życie, można nazwać zaledwie wegetacją.

Jednocześnie z ukrycia wychodzi jej drugie oblicze, starannie skrywane przed światem. Na scenie, podczas większości wydarzeń, możemy dzięki temu obserwować dwie skrajnie różne Joanny – w tych rolach Agata Maczkowska oraz Marta Łącka. Początkowo grają w sposób lustrzany, z czasem ujawnia się między nimi coraz większa dysharmonia. Pierwsza z nich jest Joanną neurotyczną, przytłoczoną przez nadopiekuńcze kobiety: matkę (Bartek Burtea) oraz ciotkę (Andrzej Kacperski). Brak jej odwagi, aby cokolwiek zmienić. Druga z nich jest odważna, przebojowa i niezwykle egzaltowana. Wydaje się dużo bliższa czternastolatce niż trzydziestolatce, co jeszcze bardziej uwypukla kontrast między nimi. Zdarzają się momenty, gdy obie walczą o kontrolę – przejmuje ją raz jedna, a raz druga, co daje bardzo interesujący efekt i pozwala lepiej przyjrzeć się temu, co dzieje się we wnętrzu bohaterki. Monologi wewnętrzne postaci są prowadzone na głos, mamy więc szanse zrozumieć większość motywów kierujących Joanną.

Biorąc życie w swoje ręce, Joanna postanawia wyjść za mąż. W tym celu oświadcza się Edwardowi (Tymon Kokoszka). W ten sposób wyprowadza z równowagi całą rodzinę, ale daje sobie szansę na szczęście – choć wszyscy są przekonani, że oszalała. Snaith jest postacią bardzo tajemniczą, niewiele mówi o sobie i swojej przeszłości, skupia się na „tu i teraz”. Edward jest wewnątrz głęboko zakompleksiony. Książę z bajki, za jakiego uznaje go Joanna, nie jest pozbawiony wewnętrznych skaz i ścigających go demonów.

Drugi wątek spektaklu skupia się na relacjach rodzinnych w klanie Stirlingów. Sylwetki członków rodziny są przerysowane i karykaturalne. Na największe pochwały za kunszt aktorski i umiejętność wejścia w postać zasługuje bez wątpienia Bartek Burtea, w podwójnej roli matki Joanny oraz ojca Edwarda. Pomimo tego, że gra kobietę, ani razu nie puszcza oka do widowni. Nie sili się na komizm, trzyma się wyznaczonej linii gry – dumnie unosząc podbródek i utrzymując wyprostowaną sylwetkę. Podobnie wygląda sytuacja, gdy wchodzi w rolę ojca, stając się gadatliwym staruszkiem – doktorem Chodaczkiem, wynalazcą wspaniałych medykamentów. Dobry duet tworzy z nim Andrzej Kacperski, który kreuje ciotkę Wellington jako odrobinę cieplejszą i mniej odpychającą niż w książkowym oryginale. On jest już jednak w całości postacią komiczną, świadomą swojej komediowej roli, peruki oraz dyndających mu u uszu klipsów z pereł. W ten nurt wpisuje się demoniczny wuj Jakub (Łukasz Napiórkowski), który opowiada żenujące dowcipy o starych pannach i posiada domalowany kredką wąs. Postać jest świadomie przerysowana, czasem jednak aktor idzie w zbyt mocne środki i jego rola z „dogranej” staje się niestety „przegraną”. Za to wcielająca się w jego córkę – Oliwię, Joanna Pocica, świetnie sprawdza się w roli niezbyt rozgarniętej blondynki.

Członkowie tej rodziny budzą w widzach śmiech oraz ogólne zrozumienie. Jednak komizm scen rodzinnych jest poprzetykany scenami dużo poważniejszymi. A im bliżej końca, tym go mniej, by ostatecznie śmiech zamarł nam na ustach przy zakończeniu. Bo Joanna, która odeszła od męża, gdy okazało się, że jest zdrowa, wcale do niego nie wraca. On zaś przekonany, że chodzi o bycie synem twórcy czerwonych pigułek, wybiega trzaskając drzwiami – tak za Joanną zamykają się drzwi od jej Błękitnego Zamku. Za nim po chwili wybiega „druga Joanna” – ten lepszy i odważniejszy element osobowości kobiety. Razem z Edwardem znika więc coś bardzo cennego. W ostatniej scenie Agata Maczkowska zostaje zupełnie sama i przegrana. Lecz my – jako widzowie nie możemy zrozumieć, dlaczego? Bo tak naprawdę żadne rozsądne wyjaśnienie tego stanu nie pada, poza słowami „nie mogę”, gdy mężczyzna wyznaje jej miłość. W pewnym sensie, choć zakończenie jest mocne, pozostawia widza z niedosytem i zagubieniem w sytuacji, która nie jest do końca jasna.

Widać jednak, że całość została gruntownie przemyślana. Szczególnie ładnie wypada tu scena ukazująca upływający czas – Joanna Pocica, w roli uroczej prezenterki, rwie kartki z kalendarza, a bohaterowie krążą wokół widowni, pojawiając się na scenie w krótkich scenkach, informujących o upływie czasu. Jedynym zgrzytem pozostaje moment, gdy Oliwia pada na kolana, aby pozbierać kartki.

Błękitny Zamek staje się opowieścią o marzeniach oraz o tak częstej niemożliwości ich spełniania. Bohaterowie, jak prawdziwi ludzie, borykają się z wewnętrznymi problemami, kompleksami i trudnymi relacjami rodzinnymi. A my, widzowie, śmiejemy się tak długo, jak starcza nam sił, by na końcu zrozumieć, że jeśli nie wyjdziemy naprzeciw naszym marzeniom, same się nie spełnią.

 

Barbara Michalczyk

 

Błękitny Zamek, Teatr Wolandejski w Warszawie

Premiera: 01.02.2014

Reżyseria: Barbara Ciastoń

Montaż dźwięku: Marcin Tkaczyk

Producent: Mateusz Mikuczyński

Producent wspierająca: Joanna Kostana

 

Obsada: Agata Maczkowska, Marta Łącka, Tymon Kokoszka, Bartek Burtea, Andrzej Kacperski, Łukasz Napiórkowski, Joanna Pocica.

Głosy z offu: Barbara Ciastoń, Stanisław Kubiak, Piotr Kulczycki, Marta Werbanowska.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × one =