Barbara Michalczyk: Kompleks polski

26 września 2014

O spektaklu Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł… w reżyserii Remigiusza Brzyka wystawionym podczas 39. Zamojskiego Lata Teatralnego

 

Był sobie Polak.../fot. Bartłomiej Sowa

Był sobie Polak…/fot. Bartłomiej Sowa

Teatr Osterwy wrócił do Zamościa po prawie dwudziestu latach od otrzymania ostatniej nagrody publiczności. Wrócił ze spektaklem mocnym, zaskakującym oraz w pewnym sensie bolesnym. Tekst Pawła Demirskiego, choć liczy sobie już kilka lat, nie zestarzał się. Nadal celnie uderza w polską rzeczywistość.

 

Akcja toczy się w długiej i wąskiej, wyglądającej jak poczekalnia klatce. Przestrzeń wypełniają krzesła, kanapa, fotel oraz przedmioty, które przynieśli ze sobą bohaterowie. Kolejne historie wzbogacają ją o ogłoszenia i transparenty, a zespawane ze sobą więzienne prycze pozwalają na ich wygodne rozwieszanie. Dopiero z czasem staje się jasnym, że to „miejsce przed”. Nie wiadomo jednak, przed rajem czy piekłem.

 

Jedynym pewnikiem jest fakt, że wszyscy są na siebie skazani. W pierwotnym układzie najbardziej „na zachód” siedzą Gwiazdka (Marta Ledwoń) oraz Turysta (Przemysław Gąsiorowicz). Ona wybiła się ponad przeciętność, marzyła o wielkiej karierze i życiu, które będzie dziełem sztuki. Wszystko układało się świetnie, dopóki nie dopadł jej nagły koniec życia. Scena, w której miota się w plastikowym worku na zwłoki jest bez wątpienia najbardziej groteskową w całym spektaklu. Turysta zaś jest Niemcem, marzącym o wolnym od polskiej okupacji Gdańsku  oraz seksturystyce w Europie. Polska, jego zdaniem, leży w Azji, a poziomem rozwoju dorównuje Tajlandii. Bo co to za kraj, gdzie psy srają na ulicach. Mężczyzna jest groteskowy, obleśny, a mimo to pasuje do tej układanki, bo przecież ginie z ręki jednego z Polaków.

 

Poza rozrachunkami z teraźniejszością, na tapetę brana jest także historia. Polsko – polskie relacje w przeszłości były równie skomplikowane. Wzajemna zawiść, niechęć, a także chciwość stają się kanwą opowieści Wandy, „co chciała Niemca” (Marta Sroka). Kobieta, ubrana w obozowy pasiak, wypełza spod krzesła, aby podzielić się swoją historią. Postać jest wewnętrznie złożona, o prawo pierwszeństwa walczą w niej dwie osobowości: upiorzyca o ochrypłym głosie ze skrzywdzoną dziewczynką. Łącznikiem historii Wandy z teraźniejszością jest Staruszka (Halszka Lehman), której stałymi atrybutami są figura Matki Boskiej oraz ogromna tektura z napisem „Jak żyć”. Kobieta przeżyła obóz, ale nie umie sobie poradzić z przeciwnościami losu. Stale powtarza, że hitlerowcy traktowali ją bardziej po ludzku niż współczesna administracja.

 

Jednak nie tylko ich historie są tragiczne. Chłopiec w body z orłem (Daniel Dobosz) jest eurosierotą, porzuconą przez rodziców. Jedynym, co mu pozostawili, był numer do domu dziecka. To właśnie on wchodzi w najszersze interakcje z pozostałymi bohaterami, rozmawia właściwie z każdym. Stanowi coś w rodzaju łącznika, prowokatora dialogów. W opozycji do niego stoi Dresiarz (Wojciech Rusin), kibic Motoru Lublin, nieszczęśliwy w miłości, który swoją agresją chce naprawić świat. Scena, gdy „uczy życia” Chłopca jest jedną z najbardziej komicznych w spektaklu, a jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że gdybyśmy to my byli na miejscu bohatera Dobosza, wcale nie byłoby nam do śmiechu.

 

Taki właściwie jest cały ten tekst – tragikomiczny. Śmiech ze strony publiki miesza się z uderzeniami w widownię ze sceny. To, co widzimy, ma jasne przełożenie na życie i „narodowe kompleksy”. Aktualne tematy i aktualne problemy pokazują, jak niewiele polska rzeczywistość zmieniła się przez te kilka lat. Można by mówić o pewnej alegoryzacji bohaterów. Znamy ich cechy charakterów, a to prawie tak, jakbyśmy znali ich samych.

 

Mała przestrzeń i przymusowe obcowanie ze sobą są pretekstem do podejmowania dialogu przez bohaterów. Nie jest on jednak głównym środkiem przekazu, bo spektakl opiera się niemal w całości na monologach, które przybliżają nam sylwetki kolejnych postaci. Są opowieści o traumach, problemach i niemożliwości życia w tym kraju w sposób normalny. Przez to wszystko spektakl staje się opowieścią o „umieraniu po polsku”. Aktorzy mówią językiem zwykłych ludzi, klną, robią wtręty z angielskiego, nawiązują do znanych wypowiedzi. Są chwile, gdy ten spektakl przez swój brutalizm, dosłowność i realność boli niemal fizycznie.

 

W pierwszych minutach spektaklu największe wrażenie robi charakteryzacja. Każda postać (poza Biskupem) nosi jasne znamiona powodu swojej śmierci. Niemal wszyscy wyglądają jak postacie rodem z horroru: mają zwęglone twarze, rany postrzałowe, czy wypływające mózgi. To wszystko zaś zostało szczodrze obsypane białym pudrem i doprawione soczewkami, zmieniającymi oczy w czarne punkty o białych źrenicach. Czy życie w Polsce przypomina więc horror?

 

Po spektaklu miałam mocne poczucie, że wszystkich nawiązań i smaczków nie da się wychwycić za jednym razem. Że muszę wrócić, aby ogarnąć pełnię i wszystkie poukrywane sensy. W głowie kołatało mi się wiele myśli, z niektórymi tezami postawionymi w spektaklu miałam ochotę się zgodzić, z innymi gorąco spierać. Wychodząc z sali, nie mogłam pozostać obojętna.

 

Bo czy nie do tego próbują zachęcić twórcy? Ostrymi uderzeniami wybić z marazmu, zmierzyć się z teraźniejszością. Wszyscy jesteśmy Polakami. Znamy takich ludzi, a już w szczególności ich charaktery. A wady narodowe? Były obecne w komplecie.

 

Barbara Michalczyk

Był sobie Polak, Polak, Polak i Diabeł, Teatr im. J. Osterwy w Lublinie

Reżyseria: Remigiusz Brzyk

Scenografia: Remigiusz Brzyk

Współpraca scenograficzna: Iga Słupska, Szymon Szewczyk

Kostiumy: Iga Słupska, Szymon Szewczyk

Muzyka: Jacek Grudzień

Obsada: Marta Ledwoń, Marta Sroka, Halszka Lehman, Daniel Dobosz, Wojciech Rusin, Przemysław Gąsiorowicz, Krzysztof Olchawa, Paweł Kos

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × 5 =