Barbara Michalczyk: Kto dzisiaj czyta recenzje?

30 września 2015

Apetycie na Melpomenę – zbiorze recenzji Piotra Kitrasiewicza 

 

Apetyt na Melpomenę/mat. wydawnictwa

Apetyt na Melpomenę/mat. wydawnictwa

Powiedzmy sobie szczerze – to dość ironiczne, że książkę człowieka, który napisał, że w recenzjach zamieszczanych w sieci „dominuje dzisiaj powierzchowność i niechlujstwo wynikające z pisania na jednej nodze, zwykle z pozycji <<szkiełka i oka>> internetowego filozofa”  otrzymała do zrecenzowania właśnie redakcja internetowa. Pominę milczeniem zdania, które padają we Wstępie stronę wcześniej, mówiące o tym, że autor jasno odcina się od pseudokrytyki uprawianej na akord w teatralnych portalach recenzenckich oraz planuje ją zwalczać. To mogłoby zdecydowanie dodatnio wpłynąć na poziom zjadliwości tej recenzji.

 

Ale nie o tym miałam! Zacznijmy od kwestii estetycznych. Po pierwsze okładka, która nijak się ma do tytułu. Jak wszystkim wiadomo tytuł ma być nawiązaniem do zbiorków międzywojennych, kiedy wszystko się z tą biedną Melpomeną robiło, więc teraz też się próbuje. W porządku – mamy tym razem apetyt. Dlaczego więc na okładce pojawia się zdjęcie z teatralnego morderstwa? Do słynnego Gwałtu na… pasowałoby znacznie lepiej. A tu? Ni ziębi, ni grzeje, nawet specjalnie nie przykuwa wzroku. Warto dodać, że to zdjęcie z Irydiona z Teatru Polskiego – ta informacja jednak nie pojawia się obok informacji o autorze zdjęcia. Można śmiało żyć w błogiej nieświadomości aż do momentu niemal całkowitego przeczytania książki, bo Irydion wszedł na deski Polskiego dopiero w 2013 roku.

 

Jednak to nie okładka wzbudziła we mnie największe porywy serca, lecz jej wewnętrzna strona. Drodzy państwo, kiedy otworzymy książkę, rozchylimy urokliwe skrzydełka ujrzymy… no właśnie co? W pierwszym skojarzeniu ulotkę z supermarketu lub sklepu technologicznego. Jedną z rodzaju tych, które są nachalnie wrzucane do skrzynek lub porzucane na wycieraczkach. Dość… niechlujne? Ale rozumiemy sponsor czy też partner płaci – więc wymaga! Nawet jeśli przeciętny teatroman nie ma bladego pojęcia, czym owe machiny są, to jednak nadal jest reklama. (Ja się dowiedziałam dopiero po zajrzeniu na stronę internetową – partner produkuje zasilacze awaryjne.)

 

Teraz powiem szczerze, w tym tomiku recenzji najbardziej urzekł mnie Wstęp. Widać w nim temperament autora, jasno postawione cele i sporo obaw. Styl jest żywy i miejscami można się nawet uśmiechnąć pod nosem nad celną uwagą lub uroczym komentarzem. Wstęp rozbudza oczekiwania wobec reszty tomu, nawet jeśli autor jasno zaznacza, czym ta książka z pewnością nie jest. Niestety same recenzje wzbudziły we mnie znacznie mniej pozytywnych emocji.

 

Piotr Kitrasiewicz zaznaczył bardzo jasno, do czyjego stylu chce się odnosić, kogo podziwia i uznaje za wzór. Niestety nie jest Boyem, Słonimskim, Irzykowskim ani Parandowskim. Bardzo by za to chciał, a nawiązania niejednokrotnie zmieniają się w „przetworzenie schematu”. Spójrzmy choćby na recenzję ze strony sześćdziesiątej (Miasto kobiet) i pomyślmy przez chwilę o typowej budowie recenzji Słonimskiego. Na początku pojawiała się wypowiedź na temat samego dramatu, potem trochę na temat wykonania i ogólna puenta – schemat za każdym razem ten sam, ale styl w jakim były pisane powodował, że były wyjątkowe. Kopiowanie schematu, odcinając od tego styl i pozostawiając samą formę, niestety pozostawia wiele do życzenia. Prawdopodobnie, gdyby pochylić się równie dokładnie nad pozostałymi recenzentami, na których powołuje się Kitrasiewicz, wyszłyby i inne „zapożyczenia”. Rodzi się za to pytanie, po co? Czy dużo bardziej interesujące nie byłoby hodowanie własnego stylu? Owszem, można się zgodzić, że kiedyś recenzje były zupełnie inne niż dzisiaj, być może lepsze. Powrót do dawniej wyznawanych wartości wydaje się być chwalebny. Nie można jednak zapomnieć, że recenzje pełniły wówczas inną funkcję. Recenzent zajmował inne miejsce w hierarchii społecznej i ktoś to, co on napisał, nawet czytywał. A dzisiaj? Rubryki poświęcone na teatr coraz bardziej się kurczą, mało kogo naprawdę interesuje, co ma do powiedzenia pan X. No, chyba że pan X ma znaną w telewizji twarz, jest kontrowersyjny i lubiany. Bądźmy jednak szczerzy – z powodu złych recenzji nikt już nie zdejmuje spektakli z afisza. Krytyka nie ma takiej siły.

 

Poziom recenzji w tym tomie jest bardzo nierówny. Nawet sąsiadujące ze sobą relacje bywają zupełnie różne. Ponownie sięgnijmy po książkę i pochylmy się nad Śmiechem i zadumą, która jest bardzo konkretną recenzją ze Ślubów panieńskich, które nadal da się zobaczyć. I to nie tylko na scenie, bo z recenzji wyłania się obraz inscenizacji. Co innego już dwie strony dalej w Dwóch artystach i Hitlerze, gdzie recenzja jest streszczeniem dramatu i kilkoma linijkami nijakich informacji o twórcach. Skąd taka rozbieżność?

 

Nie da się nie zauważyć, że Kitrasiewicz bardzo dużo miejsca poświęca na streszczanie sztuki, szczególnie jeśli jest ona mniej znana. Daje to pewien obraz czytelnika, do którego kieruje recenzje. Jego teksty kojarzą się niejasno z recenzją filmową, skupioną raczej na zrelacjonowaniu przebiegu wydarzeń i tematyki, niż na tym, jak wyglądała całość lub jak została odegrana. Niejednokrotnie zdradza przy tym zakończenie dramatu, co bez wątpienia mogło zepsuć przyjemność tym, którzy zachęceni pozytywną opinią planowali wybrać się na spektakl. Owszem, powiedzenie, że w Hamlecie prawie wszyscy na końcu giną nie jest grzechem. Ale zdradzenie w recenzji zakończenia mało znanej farsy, której główną siłą jest niespodzianka, wypada znacznie mniej pozytywnie.

 

Aktorzy w tych recenzjach schodzą na dalszy plan, niejednokrotnie wymieni w rządku gdzieś pod koniec tekstu, nie zostają nawet połączeni ze swoimi rolami. Tak jakby większa część recenzji – poświęcona opracowanemu tekstowi, nie miała za wiele wspólnego z tym, kto się w kogo wcielił. Kitrasiewicz bardzo rzadko operuje konkretem w kontekście gry aktorskiej. W wypadku, kiedy opisze czyjąś kreację aktorską (np. Ewę Wencel na stronie dwieście pięćdziesiątej dziewiątej) bez wątpienia rola ta musiała porządnie wstrząsnąć recenzentem. O scenografii zazwyczaj pada jeszcze mniej słów. Właściwie na podstawie recenzji nie da się wyobrazić sobie przebiegu przedstawienia. Nie i już. Większość opisanych tu spektakli stała się już przeszłością, nie ma możliwości powrotu do nich, zostały nam tylko recenzje. Dla historyka teatru ten zbiór nijak nie będzie pomocny. Owszem, patrząc na ewolucję stylu, jaka zachodzi i fakt, że końcowym wypowiedziom znacznie bliżej do felietonu teatralnego niż do recenzji, może dawać obraz życia teatralnego tego okresu. Jednak mimo wszystko pracy choćby o tym, jak wyglądały inscenizacje w Teatrze Ateneum w latach 2008-2012 na tej podstawie napisać się nie da.

 

Po co więc wydawać swoje własne recenzje? Szczególnie, że powiedzmy sobie szczerze, nie jest to zbiór wybitny. Ot, przeczytać, poznać kilka nowych sztuk, zapomnieć. Z perspektywy czasu, po przeczytaniu tej książki niewiele zostało mi w głowie. Bez wątpienia recenzje mogły być przydatne w okresie ich publikowania. Kiedy deliberowało się nad tym, czy wyjście do kina, czy jednak do teatru. Pisane prostym językiem, niezbyt skomplikowane, zdecydowanie kierowane są do przeciętnego miłośnika teatru, który nie bywa tam może za często, ale mimo wszystko. Takie recenzje są potrzebne, szczególnie jako przeciwwaga dla całego tego naukowego sztafażu, stosowanego w poważnych pismach branżowych. Są potrzebne, ale „na teraz”. Niekoniecznie jako tomik na półce, do którego nikt nie sięgnie – chyba, żeby wspomnieć swój własny sukces teatralny. Mało kto czyta recenzje na co dzień. Czy w wydaniu książkowym cokolwiek miałoby się zmienić?

 

Barbara Michalczyk

Piotr Kitrasiewicz Apetyt na Melpomenę

Wydawnictwo: Biblioteka Analiz

Warszawa 2015

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − one =