Barbara Michalczyk: Nie będzie pokojowej rewolucji

11 listopada 2014

O spektaklu Dzienniki Majdanu w reżyserii Wojtka Klemma w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Dzienniki Majdanu/fot. Magda Huckel

Dzienniki Majdanu/fot. Magda Huckel

Teatr Powszechny razem ze zmianą dyrekcji zmienił swoje motto, wygląd strony internetowej oraz założenia artystyczne. Teatr Powszechny się wtrąca. Na pierwszy ogień, tak jak w wielkiej polityce, poszła Ukraina. Przed siedzibą teatru stanęły białe naczepy samochodów ciężarowych, jasno kojarzące się z Putinowską pomocą humanitarną. Wewnątrz otwarto Tymczasowy Uniwersytet Powszechny. Do tego ruszył projekt O co się zabijać? Wojna, Pokój, Ukraina. Nagle zrobiło się politycznie i społecznie.

 

A więc o co się zabijać? To bez wątpienia jedno z pytań stawianych w spektaklu. Natalia Worożbyt, autorka scenariusza napisała go na podstawie zbieranych na gorąco relacji uczestników Majdanu, pochodzących z różnych okresów jego istnienia. Różni ludzie, różne wspomnienia, różne emocje. Ujmując rzecz krótko, teatr faktu.

 

Na scenie siedmioro ludzi. Siedem różnych historii, których wspólnym mianownikiem jest Majdan. Każdy z bohaterów uczestniczy w nim na swój własny sposób. W ich historiach oglądamy początek tego zbiorowiska, kolejne walki o jego utrzymanie, a także jego upadek. Majdan opowiadany przez historie prawdziwych ludzi nabiera zupełnie innego znaczenia i wyrazu, niż ten oglądany na szklanym ekranie.

 

W trakcie spektaklu widać ewolucję emocji bohaterów. Od ekscytacji, nadziei i ogromnej potrzeby uczestniczenia w tym zrywie, po cynizm i rezygnację. Początkowa opowieść o wspólnocie przemienia się w opowieści o walkach, biciu i wojnie. Aktorzy w pierwszej sekwencji wnoszą na scenę zestawy ubrań. Prezentują się publiczności, zakładając to, co wpadło im w ręce. Każdy przyniósł, co miał. Każdy chroni się jak umie, kaski motocyklowe sąsiadują z rowerowymi, a tarczę można zrobić ze znaku drogowego. Wniosek? Wojna pociągnęła do walki zupełnie przypadkowych ludzi.

 

Scena została umieszczona między dwoma częściami widowni. Chcąc nie chcąc, widzowie muszą na siebie patrzeć. Świadomy zabieg? Jednocześnie brak jasno zorientowanego frontu sceny powoduje, że nie wszystko jest idealnie słyszalne. Z jednej strony znajduje się coś w rodzaju instalacji z sitowia, zwieszającej się z sufitu. To spomiędzy tych „gałęzi” wyłaniają się aktorzy, to wśród nich się miotają, co może symbolizować całą beznadziejność walki z tym systemem. Człowiek kontra silniejsi i liczniejsi od niego. Z drugiej strony sceny znajduje się zakrzywiona ku górze rampa – wbiegający na nią raz po raz aktorzy, często spadają, zsuwając się po śliskiej nawierzchni na dół.

 

Wtrącanie się? Jest obecne także w materii spektaklu. Konwencja teatralna zostaje przełamana przez wyjście w publiczność z mikrofonem i pytanie, po co oni, bohaterowie, właściwie walczą. Czy pana/panią siedzącą w teatrze to obchodzi? Reakcja publiczność prosta do przewidzenia. Spuszczony wzrok, brak odpowiedzi. Z jednej strony rozumiem ten zabieg. Z drugiej ze względu na tę reakcję, ani trochę. Czy miało to widzów zawstydzić? Wybić z marazmu? Jestem pełna wątpliwości.

 

Całość grana jest właściwie od początku na bardzo silnych emocjach. Ciężko wejść już wyżej, przez co odbiór może się okazać bardzo utrudniony. Gdybym miała ferować jakiś wyrok, powiedziałabym, że w ten spektakl wchodzi się od razu albo wcale. Oczywiście zdarzają się próby kontrowania tego nastroju dowcipem, jednak są nieliczne, nie przynoszą właściwie odprężenia. Jedynym naprawdę silnym kontrapunktem jest końcowy monolog Marii Robaszkiewicz. Wyciszony, spokojny, a jednak niesamowicie mocno oddziałujący.

 

Duże wrażenie robi ruch sceniczny, podobnie jak wpadająca w ucho muzyka. Wszystko wydaje się być dopracowane do ostatniego gestu. Kolejne elementy spektaklu łączą się ze sobą, wzmacniają przekaz i dobrze współgrają z tekstem. Aktorzy duplikują swoje gesty, odbijają je w kierunku publiczności, a rezonans tylko je podkreśla. Są dla siebie jak lustra, na tle tłumu nie są nikim wyjątkowym, a ich historie to tylko ilustracje tego, co powszechne. Zastanawia mnie tylko taniec. Nowoczesny, trochę mechaniczny. Co symbolizuje? Zawsze inicjuje go Paulina Chruściel. Jej postać zresztą przechodzi największą przemianę, od żywego entuzjazmu początków Majdanu, po cynizm upadku – „Spierdalam do Francji, bye bye, albo będę podawać naboje”. Rozczarowanie postawą Europy i świata wobec konfliktu na Ukrainie nosi w tym spektaklu jej twarz.

 

Co można powiedzieć o całości? Wiele wątków tworzy osobne historie, opowiadane pozostałym bohaterom– choć brak tu dialogu sensu stricte, aktorzy mówią do siebie nawzajem. Silne emocje, próba ukazania tego, jak było naprawdę, bez pośrednictwa dziennikarzy. A jednak to wciąż relacja, reportaż, teatr. W spektaklu padają słowa: „Nadzieja jest brakiem informacji”, coś w tym jest. Choć nie słyszymy konkretnych opowieści o tych, którzy jakiś czas temu okupowali Majdan, to wciąż istnieje nadzieja, że po tym, jak zobaczyli świat, nie dadzą się już więzić w bagażniku.

 

Barbara Michalczyk

 

Dzienniki Majdanu Natalia Worożbyt

Teatr Powszechny w Warszawie

Premiera: 24 października 2014

Reżyseria: Wojtek Klemm

Scenografia: Anna Met
Dramaturgia: Joanna Wichowska
Muzyka: Micha Kaplan
Ruch sceniczny: Efrat Stempler
Obsada: Paulina Chruściel, Paulina Holz, Maria Robaszkiewicz, Grzegorz Falkowski, Michał Napiątek, Michał Sitarski, Kazimierz Wysota

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × two =