Barbara Michalczyk: Rosjanie w tropikach

1 maja 2015

O spektaklu Opowiadanie brazylijskie w reżyserii Marcina Hycnara w Teatrze Narodowym

Opowiadanie brazylijskie/fot. Krzysztof Bieliński

Opowiadanie brazylijskie/fot. Krzysztof Bieliński

Iwaszkiewicz nie jest Czechowem, jakkolwiek bardzo Marcin Hycnar nie starałby się tego wmówić widowni. Owszem, po pierwszej lekturze tekstu Opowiadania, pozostaje pewien posmak tej Czechowowskiej melancholii i niespełnienia, jednak jest on na tyle delikatny, że niemal niewyczuwalny.

 

Wszystkie wydarzenia, zarówno w pierwszej jak i w drugiej części, toczą się na patio domu wynajmowanego od pana Howarda (Jerzy Radziwiłowicz). Co dziwne widownia jest wypraszana w przerwie, rzekomo dla zmiany dekoracji – do niczego takiego jednak nie dochodzi. Jedyne zmiany, jakie się dokonują, są czysto symboliczne. Ktoś przestawia meble, wnosi je lub wynosi. Scenografia przedstawia trzy ściany, dwie boczne to fasady domu, zaś w środku znajduje się widoczek na morze / las, zmienny z powodu tylnej projekcji, która jest rzucana na środkową ścianę. Z niewiadomych przyczyn wyświetlane obrazy utrzymane są w błękitnej tonacji, co niweczy próby osiągnięcia wrażenia upału za pomocą natężenia świateł o ciepłej barwie.

 

Opowiadanie brazylijskie zostało przeniesione na scenę niemal jeden do jednego, dokonano jedynie kosmetycznych poprawek i jednej naprawdę znaczącej. Spektakl opowiada historię rodziny Bohdanowiczów, która od okolic połowy lat dwudziestych żyje na emigracji w Ameryce Południowej. Henryk (Tomasz Sapryk) jest inżynierem, który zajmuje się budowaniem kolei, jego żona, Klara (Aleksandra Justa) nauczycielką angielskiego. Do tego w komplecie mają trzy własne, oraz czwartą przybraną, córki. Wszystkie młode, pełne życia i gotowe na to, co przyniesie przyszłość. Z ich osiedleniem się w domu Howarda zbiega się przypłynięcie polskiego okrętu, szczodrze zaopatrzonego w młodych i przystojnych marynarzy, którzy ożywiają dom Bohdanowiczów. Do tego dochodzi wątek Howarda, gospodarza domu, który z czasem staje się członkiem tej niewielkiej społeczności oraz przyjaciela domu, malarza Florisa i jego żony Dory. Bardzo trudno streścić ten skomplikowany węzeł powiązań. Bohdanowiczowie są bardzo towarzyską familią. Niemal nieustannie towarzyszą im goście, w powietrzu wiszą zaś związki i katastrofy.

 

Wątek miłosny pomiędzy Howardem a Lilką (Milena Suszyńska) to typowe przedstawienie relacji dojrzałego mężczyzny z podlotkiem. Oboje mają nadzieję na szczęście, on jest już złamany przez życie, ona dopiero w nie wchodzi. Bez wątpienia Radziwiłowicz tworzy ciekawą kreację z wyraźnym przełamaniem i metamorfozą. W pierwszych scenach jest widocznie spięty. Porusza się sztywno, mówi powoli i wyraźnie, a wewnątrz jest podszyty pewnym wahaniem. Z czasem rozluźnia się, zarówno w geście jak i w mowie, staje się niemal swobodny. Wraz z zakończeniem powraca jednak do dawnej maniery i całej tej typowo angielskiej flegmatyczności.

 

Spektakl zahacza także o tematykę kolonializmu. Wątek dotyczy przede wszystkim Nair (Anna Ułas) oraz Julii (Joanna Gryga). W kwestii tej pierwszej, charakteryzacja jest po prostu fantastyczna, zadbano o każdy detal i bardzo ciężko rozpoznać w Murzynce o obłych kształtach Ułas. Zresztą warto tu nadmienić, zanim powrócę do myśli o kolonializmie, że jest to jedna z najlepszych kreacji w tym spektaklu. Chłód i wyniosłość, połączone z ogromną niechęcią do Bohdanowiczów, są doskonale wyczuwalne nie tylko w jej słowach, ale także w geście i mimice. Nie pojawia się na scenie zbyt często, ale każde z jej wejść jest znaczące. Na drugim biegunie gry aktorskiej znajduje się Joanna Gryga, ucharakteryzowana na Indiankę. Julka jest sierotą, przygarniętą przez Bohdanowiczów, trochę „ucórczoną” a trochę sprowadzoną do roli służącej. Proszę sobie wyobrazić, jak zabawnie, w negatywnym tego słowa znaczeniu, wygląda zaciągająca ze wschodnia Indianka. Bo Gryga, gdy się nie pilnuje, zaczyna zaciągać, co daje wprost komiczne efekty, każące się zastanowić nad jej angażem na narodowej scenie. Wątek kolonializmu przejawia się typowo w stosunkach Julia – rodzina, a także jej relacji z Nair, bo kobieta początkowo szuka w niej sojusznika. Do tego dochodzą nierealne plany dziewczyny; nauki hiszpańskiego, aby wrócić do Peru i edukować jej pobratymców, którzy uratowali się z zagłady. (Bardzo zgrabnie Iwaszkiewicz, z perspektywy roku 1949, nawiązuje tu do Holokaustu).

 

Scenariusz został ułożony na zasadzie zmiennej dynamiki, ale także powtarzalności pewnych wydarzeń. Po scenach z ruchem, krzykiem i ogólną wrzawą połączoną ze szczekaniem psa, który plącze się marynarzom pod nogami, następują sceny pełne wyciszenia i powagi. Przejścia pomiędzy kolejnymi wydarzeniami bardzo często są taneczne i żywe. Nie do końca jasnym jest, po co ta wrzawa, w którą nikt się specjalnie nie wczuwa. Wydaje się nawet odrobinę sztuczna i robiona na siłę. Jakby w tym wszystkim brakowało jakiejś głębi lub wewnętrznej iskry, która by to mocniej zabarwiła emocjonalnie.

 

Ostatecznie pozostała kwestia hybrydy Iwaszkiewicza i Czechowa. Hycnar powinien się wstydzić za cztery słowa, które włożył w usta jednej z córek. Zaznaczmy tutaj – córki, która w życiu w Polsce nie była, bo urodziła się w Ameryce. Córki, której nie w głowie jakieś powroty, a raczej marynarze i nawiązanie romansu. W tych okolicznościach, zbolałym głosem, Paulina Korthals wygłasza swoje „Do Polski, do Polski”, a recenzentowi otwiera się nóż w kieszeni. Bo owszem, to nagle otwiera klapki w mózgu, ale czy naprawdę trzeba tak nachalnie wpychać widzowi tę interpretację? Owszem, da się zestawić pułk przedstawiony w Trzech siostrach z marynarzami, którzy przypływają do Brazylii. Owszem, jest pewna paralela w losach, niespełnionych miłościach i wiszącym w powietrzu samobójstwie. Ale czy to powód, aby po scenie na samym początku prześlizgnął się cień Pani Howard (Kinga Ilgner)? Bo nie można dać już jaśniejszego nawiązania do przysłowiowej strzelby. Tylko czy to wszystko było naprawdę konieczne? Nachalne dodawanie rzeczy, których w tekście nie ma, jedynie dla uwypuklenia reżyserskich tez, wydaje się być słabym, żeby nie powiedzieć – żałosnym – argumentem za koniecznością ich zaistnienia.

 

Bardzo chciałoby się móc po spektaklu powiedzieć coś konkretnego, bo największym problemem jest zwyczajnie nijakość. Nic nie zachwyca naprawdę, nic też zbyt mocno nie irytuje. Postacie nie są ani przesadnie głębokie, ani przesadnie płytkie. Akcja nie wciąga, ogląda się to wszystko raczej ze średnim zainteresowaniem, wysilając się jedynie, aby usłyszeć dialogi podczas głośnego szczekania psa. Miała być feeria barw i emocji w mocnym słońcu tropików – wyszło jakoś tak mdło. Mentalna podróż z zimnej Warszawy do gorącej Brazylii niestety się nie powiodła.

 

Barbara Michalczyk

 

 

Tekst: Jarosław Iwaszkiewicz

Adaptacja i reżyseria: Marcin Hycnar
Scenografia: Agnieszka Zawadowska
Muzyka: Michał Lamża
Ruch sceniczny: Liwia Bargieł
Reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

 

Obsada: Jacek Mikołajczak, Edyta Olszówka, Oskar Hamerski, Robert Jarociński, Kamil Mrożek, Karol Dziuba, Kinga Ilgner, Jerzy Radziwiłowicz, Joanna Gryga, Paulina Szostak, Milena Suszyńska, Tomasz Sapryk, Paulina Korthals, Anna Ułas, Aleksandra Justa

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × 1 =