Dawid Dudko: Po co do teatru?

22 października 2015

O spektaklu Romeo i Julia w reżyserii Marcina Hycnara w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Romeo i Julia/fot.E. Krasucka

Romeo i Julia/fot.E. Krasucka

 

Najnowsza premiera krakowskiego Teatru m. Słowackiego, czyli wystawiany przez wszystkie zespoły świata tragiczny romans Szekspira, reklamowana jest jako „wierna tekstowi źródłowemu, a jednocześnie współczesna”. O ile z pierwszym stwierdzeniem trudno jest się nie zgodzić (odsuwając na bok problematyzowanie kwestii wspomnianej źródłowości – różne tłumaczenia), o tyle „współczesność” przedstawienia, w ogólnym rozrachunku, okazuje się być kwestią mocno dyskusyjną.

 

Owszem, reżyser Marcin Hycnar, aktor Teatru Narodowego i zarazem młody absolwent wydziału reżyserii AT, już od pierwszych scen stara się serwować widzom stary, wyjątkowo dobrze znany na masową skalę tekst, chcąc wpleść weń ducha młodości i wigoru – do tego celu pomocny okazuje się być mu taniec. Ten, potraktowany w pierwszych minutach spektaklu na dwa odmienne sposoby, staje się swoistym antraktem w snuciu opowieści o kochankach z Verony. Pierwsza scena – klasyczna choreografia odtworzona w dawnych kostiumach, niejako obwieszczająca ruchem zasady dworskiej etykiety, nawiązuje jakby do wspomnianej na początku wierności wobec tekstu (czyli, mówiąc kolokwialnie, będzie „po bożemu”). W drugiej z kolei, na deski z przytupem wkracza młodzież, której swobodne zachowanie i pasujący do niego strój, stanowią emanację witalności, niepokornego ducha. Tym razem jest już współczesna choreografia i towarzyszące jej żywo rozchodzące się po sali dźwięki. Należy jednak sobie od razu powiedzieć, że oprócz nie zawsze przyjemnej dla ucha muzyki, modnych strojów, czy kilku sumiennie wykonanych układów tanecznych, zbudowanie dla utworu kontekstu tu i teraz, idzie twórcom niestety dość nieudolnie.

 

Marcina Hycnara – reżysera pracującego nie po raz pierwszy na scenie przy św. Ducha, kojarzę głównie z prezentowanym gościnnie w Krakowie przedstawieniem Jakobi i Leindental, na podstawie dramatu Hanocha Levina. I choć był to Levin dużo bardziej ugrzeczniony od pamiętnego Kruma Warlikowskiego, czy Sprzedawców gumek Tyszkiewicza, to śmiało można go uznać za udaną reprezentację tzw. teatru środka. Inteligentny, bardzo post brechtowski humor, czy nieoczywiste postaci warszawskiej adaptacji Levina, okazują się być jednak kompletnym zaprzeczeniem świata przedstawionego w krakowskim Szekspirze. Romeo i Julia rozczarowują niemal na każdym polu. I na nic zdają się samo nasuwające się tropy interpretacyjne, za którymi można by śmiało podążyć, wznosząc przedstawienie ponad nużącą i do bólu przewidywalną sztukę, pisaną jakby na siłę przez duże „s”. Weźmy chociażby lustro – główny (początkowo jedyny) element minimalistycznie pomyślanej przestrzeni. Niebagatelnych rozmiarów, zapełniające właściwie całą scenę i podzielone na części, zza których wyłaniać będą się najważniejsze elementy świata bohaterów (przykładowo łóżko Julii). Brzmi ciekawie? Tak, ale tylko, jeśli poza oczywiście praktycznym zastosowaniem, reżyser powiązałby obecność zwierciadła z tragicznym losem swoich bohaterów. Uczyniłby je wtedy choć trochę interesującymi i, co ważne, wartymi poświęcenia im trzech godzin uwagi. Poza tym, sceniczna rzeczywistość stałaby się może wówczas mniej papierowa i tautologiczna. Bo autorzy niby próbują zaskoczyć widza (a co bardziej złośliwy powie – obudzić) rozgrywaniem wielu sekwencji wśród publiczności, czasem nawet nawiązując z nią kontakt, jednak przybiera to raczej charakter nieudolnych zabiegów, tyleż niepotrzebnych, co zwyczajnie trącących już myszką.

 

Przede wszystkim, mówiąc o Romeo i Julii w kontekście apoteozy młodości i zabawy, która finalnie musi zostać skonfrontowana z beznadziejną śmiercią (tak oto, pewnie na wyrost, pozwalam sobie określić zamierzenia twórców), trudno nie dostrzec nieustannych kalek, którymi posługuje się reżyser. Przyznam, że oglądając przedstawienie do głowy przychodziły mi filmowe produkcje rodzimych reżyserów o młodych, irytująco stereotypowych bohaterach. Albo też pewna kinowa adaptacja, która na dowód uaktualnienia klasyki, wkłada w ręce każdej z postaci telefon komórkowy. Trudno o inną definicję połączenia zupełnie niepasujących do siebie sekwencji tanecznych (wyglądających trochę jak wyjęte z jakiegoś dance – talent show) z wypowiadanymi „na baczność” monologami Romea.

 

Jednak pośród scen pretensjonalnych, jak ta zamykająca przedstawienie (monolog Ojca Laurentego), zrealizowana wizualnie i aktorsko na nieznośnie ckliwych nutach, czy moment samobójstwa Julii, przywodzący na myśl szkolne przedstawienia o charakterze profilaktycznym, jest i ta, w której para kochanków spogląda na siebie samych prześmiewczym okiem. Dokładnie mam tutaj na myśli przybycie Romea pod okno swojej wybranki, kiedy to pierwszy raz będą mogli wyznać sobie miłość. On najpierw używa górnolotnych słów, żeby za chwilę, kiedy tylko Julia opuści z niego wzrok, zdać sobie sprawę z ich teatralności. Ona z kolei, stara się go kokietować, żonglując przy tym dziewczęcymi/kobiecymi atutami. Niejako też dopasowuje się przy tym do pewnego wzorca i zdaje się, że jest nawet trochę tego świadoma. Chce uczynić „idealnym” moment, na który tak długo czekała, a jednocześnie chowa się za filarem, niedowierzając absurdowi nieudolnie składanych słów. Cała ta zabawna gierka obnaża śmieszność sytuacji, w której zakochani my, to już jakby mniej my, a bardziej ktoś inny. Scena, z dystansem zagrana przez Marcina Wojciechowskiego i Ewę Jakubowicz, budzi na chwilę w widzu coś, o co zdawałoby się powinni cały czas zabiegać twórcy przedstawienia – wiarę, że ta dwójka to ktoś z nas.

 

Generalnie, dziwne jest to przedstawienie. Z jednej strony autorom jakby chodziło o prostotę, zarówno w formie scenograficznejak i na poziomie adaptacji samego tekstu. Z drugiej, poza udanie rozegraną (i wreszcie wiarygodną) wspomnianą sceną miłosną, od poszczególnych sytuacji bije niepotrzebny patos (spotkania z ojcem Laurentym). Z jednej strony, spektakl realizuje doświadczony teatralnie aktor, z drugiej, ktoś, kto nie potrafi poprowadzić wykonawców z dala od wyświechtanych kalek w stylu „zgorzkniała piękność” (Pani Capuletti), czy „serialowo piękni nadwrażliwcy” (Romeo i Julia). Z jednej strony postaci podśpiewują popowe piosenki, dzielnie podrygując w ich rytm, z drugiej, wykrzykują fałszywie brzmiący w tej sytuacji tekst. Z jednej strony, możemy zauważyć zapożyczenia z teatru poszukującego (lustro, czyli znak rozpoznawczy przestrzeni budowanych przez Maję Kleczewską), z drugiej, zamiast autorskiej wypowiedzi, otrzymujemy koncepcje rażące swoją archaicznością. I w taki oto sposób, nie dalej jak po przekroczeniu progu teatru, nie pozostaje w naszej głowie ani jedna myśl. No przecież nie tak miało być.

 

Jeśli trudno dopatrzeć się w Romeo i Julii (i spektaklom jemu podobnym) konkretnego tropu interpretacyjnego i tzw. odautorskiego rysu, nie dopowiadając przedstawieniu tego, czego w ogóle w nim nie ma, to pozostaje pytanie: po co nam takie przedstawienie? Czy aby na pewno potrzebujemy oglądać kolejną inscenizację losu nieszczęśliwych kochanków, która poza swoją beznamiętną narracją, pielęgnującą w nas poczucie pewności tego, co się za chwilę wydarzy, nie ma nam nic więcej do przekazania? Nawet, jeśli przyjąć za fakt wspomnianą przeze mnie próbę stworzenia atmosfery „ducha młodości”, świeżości za sprawą nuconych songów i zsynchronizowanych układów, to wówczas lepszym rozwiązaniem może okazać się pójście do nowo otwartego teatru muzycznego. Będzie pewnie znacznie bardziej efektownie i „z pompą”. Niemniej jednak, stanowczo nie zgadzam się na teatr będący swoistym „brykiem” dla nieczytających gimnazjalistów, więc pytanie o to, czy publiczność chce oglądać taki teatr, pozostawię retorycznym. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to przedstawienie okaże się kolejną już w repertuarze krakowskiej sceny im. Słowackiego, obowiązkową pozycją dla wszystkich szkół i leniwych Pań polonistek. Szkoda tylko, że odmieniany przez wszystkich „teatr klasyczny”, w tym przypadku to teatr po prostu zły.

 

Dawid Dudko

 

 

William Szekspir

Romeo i Julia

Przekład: Stanisław Barańczak

Reżyseria: Marcin Hycnar

Scenografia: Julia Skrzynecka

Kostiumy: Martyna Kander

Opracowanie muzyczne: Anna Malarowska

Choreografia: Maciej Prusak

Reżyseria światła: Maciej Igielski

Asystent reżysera: Rafał Sadowski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × three =