Dawid Dudko: Ta spoza grupy

11 stycznia 2016

O spektaklu Ewelina płacze w reżyserii Anny Karasińskiej w TR Warszawa

Ewelina płacze/fot. Marta Ankiersztejn

Ewelina płacze/fot. Marta Ankiersztejn

Nie ma rozbudowanej scenografii. Ściślej mówiąc: nie ma żadnej scenografii. Wszelkie elementy dekoracji scenicznej zostały uprzątnięte tak, by oczom widzów ukazało się całe techniczne zaplecze sceny przy Marszałkowskiej – czarne ściany kulis, przeciągnięte tu i ówdzie kable, stojące z boku głośniki czy obdarte deski podłogi z naklejonymi iksami. Na początku wydaje się, że oto mamy do czynienia z teatrem transgresji – ubrane w luźne, sportowe stroje postaci prezentują krótkie, skrupulatnie wykonywane układy ruchowe. Jednak finalnie okazuje się, że ma to niewiele wspólnego z przedstawianą rzeczywistością. Ustawiona w rzędzie czwórka aktorów zaczyna na zmianę przedstawiać się, próbując wyjaśnić, że oni to tak naprawdę grupa amatorów, którzy raczej za sprawą szczęśliwego przypadku niż wyboru trafili na osławioną scenę. Legniczanka Kasia (Adam Woronowicz), pomimo porzucenia marzeń o aktorstwie, cieszy się, że przyszło jej zastąpić wszechstronnego Adama Woronowicza. Janek (Maria Maj), zastępujący słabo znaną mu Marię Maj, niby chciałby zostać aktorem, jednak nie jest przekonany o normalności świata, w którym jego zdaniem roi się od narkotyków. Z kolei Monika (Rafał Maćkowiak) waha się czy wie, który to jest ten cały Maćkowiak (choć jak na teatromankę przystało, do TR-u przychodzi często).  Jednak mimo wszystko dziewczyna bardzo cieszy się na szansę profesjonalnego debiutu. W „eksperymentalnym projekcie” jest jeszcze Ewelina (Ewelina Pankowska) – ma 24 lata i zawsze sumiennie chodziła na wszelkie kółka zainteresowań (w tym oczywiście teatralne). Poza tym, cieszy się, że to akurat w tym teatrze, uchodzącym za najlepszy, przyszło jej dziś występować. Zastępstwo, które jej powierzono (choć trudno pozbyć się wrażenia, że wymyśliła je sobie sama) to nie kto inny, tylko Magdalena Cielecka – jej ideał aktorstwa i ludzkiej harmonii.

 

Przedstawienie TR Warszawa to w pierwszej kolejności autoironiczny i błyskotliwy komentarz aktorów do tego, jak funkcjonują w powszechnej opinii publicznej. Komentarz tym bardziej znaczący, że pochodzący od osób kojarzonych na co dzień z trudnym, poważnym repertuarem. Woronowicz wyśmiewający swoją łysinę, Maria Maj poddająca w wątpliwość własną rozpoznawalność, czy Rafał Maćkowiak przyrównujący swoją fizjonomię do „jelonka” składają się na zabawny w swojej aktualności głos komentującego – trochę przeciętnego ignoranta, trochę bezwzględnie szczerego dziecka. Największym sukcesem wydaje się jednak fakt, iż pomimo pewnej drwiny, wręcz karykatury, narracja przedstawienia nie przybiera tonu wyższości opiniowanych nad opiniującymi (aktorów nad publicznością). Przytaczane w spektaklu komentarze, jak przyznaje autorka tekstu, inspirowane internetowymi wpisami, a także w jakimś stopniu prywatnymi doświadczeniami samych wykonawców, za sprawą dobrze przemyślanego (i co istotne – wyważonego) sposobu podawania tekstu dalekie są od kabaretowych przejaskrawień. Aktorzy prostymi gestami (włożenie rąk do kieszeni, paralitycznie sztywny chód), pozostając w prywatnych ubraniach, tworzących klimat niewiele znaczącej próby, konsekwentnie oscylują na granicy rzeczywistości i scenicznej fikcji. Doskonale wyczuwająca nastrój zaśmiewających się widzów ekipa TR-u udowadnia, że nie straszne jej ośmieszenie czy nowa, „eksperymentalna” estetyka. To oni są siłą tego teatru – zdaje się gdzieś między wierszami podkreślać Karasińska.

 

Powstały w ramach projektu Teren TR 2015 spektakl Ewelina płacze, który razem z Grind/r Piotra Trojana został włączony do stałego repertuaru teatru, podejmuje także wątek hermetyczności instytucji, a co za tym idzie – tworzącego ją kolektywu. Czwarta z postaci, tytułowa Ewelina – niby też jest odgrywającą kogoś wolontariuszką, jednak jej zamierzona przez twórców nieprzystawalność (zarówno pod względem wieku, jak i doświadczenia aktorskiego) sytuuje ją w pozycji kogoś z zewnątrz, tej spoza grupy. Temat zyskuje większe znaczenie w kontekście elitarnego statusu TR Warszawa. Działający niemal od lat w niezmiennym składzie zespół tworzą czołowe nazwiska sceny i filmu. Oni „zasłużyli”, żeby znaleźć się w tym wąskim gronie. Ona to „ktoś z ulicy”. Ta zależność wyraźnie zauważalna jest choćby w osobistym podejściu do zastępowanej postaci. Tamci mogą zarówno krytykować swoje pierwowzory, jak i odnosić się do nich z uwielbieniem, ale na pewno nie rezygnują przy tym z własnej autonomiczności. Ona zaś od początku mówi, że chciałaby być, a nie tylko grać Cielecką. Dziewczyna prezentuje popisowe aktorskie scenki (np. rozpacz nad śmiercią bliskiej osoby) chcąc przypodobać się zarówno publiczności, jak i scenicznym partnerom (którzy w końcu i tak wytykają jej aktorską nieudolność), chociaż, jak sama mówi, nie ma w niej niczego z artystki. Rozpaczliwy płacz, który finalnie nie pozwala jej podnieść się z podłogi, trwa nawet wtedy, gdy pozostali dumnie wychodzą do oklasków. Ewelina się nie kłania, dla niej to było naprawdę… A poza tym, i tak nikt na tej sali jej przecież nie zna.

 

Spontanicznie uformowany spektakl Karasińskiej (autorka przyznaje, że całość zrodziła się jako owoc współpracy nad zupełnie innym projektem) okazuje się być także zaskakująco świeży w podejmowaniu kwestii działania struktur teatralnych. Reżyserka w szyderczy sposób odnosi się do oczekiwań wobec tzw. młodych twórców, czy to na osławionej wielkimi nazwiskami scenie Rozmaitości, czy w zhierarchizowanej instytucji teatru w ogóle. Z jej tekstu rodzi się niezwykle aktualny portret artystów, którzy nie zdążyli jeszcze „dorobić się nazwiska”. Dychotomia świata wielkich twórców i rzeczywistości młodych, dobrze rokujących polega na tym, że pierwszym przysługują wysokie budżety na spektakle (wspominany na scenie kilkukrotnie Grzegorz Jarzyna), a młodym – realizowane za głodowe stawki niekończące się eksperymenty (wolontariusze za swój występ dostaną tylko bilety do teatru). Dla Anny Karasińskiej, której swoistego odzwierciedlenia można doszukiwać się w postaci Eweliny, szansa realizacji przedstawienia pod patronatem kultowego szyldu TR i związana z nią presja okazały się na tyle inspirujące, że zweryfikowały jej poprzednie plany. Niewykluczone, że satyrycznie ukazana magia teatru (ku uciesze tytułowej bohaterki na scenie pojawia się w końcu armatka śnieżna, celowo pozbawiona uzasadnienia) może stanowić materializacje tęsknot Karasińskiej, która w ten sposób, podobnie jak aktorzy, wyśmiewa samą siebie. Inna ciekawie korespondująca z bieżącymi bolączkami teatru strona warszawskiego przedstawienia to swego rodzaju apel o dystans i większą otwartość środowiska. Jak dowiadujemy się na początku, zastępowani aktorzy nie mogli wziąć udziału w całym przedsięwzięciu, niby przez zmęczenie, ale bardziej przez ryzyko niepowodzenia („wiadomo, zawsze może nie wyjść”). Na dowód istnienia problemu środowiskowego narcyzmu wystarczy przywołać choćby niedawny konflikt na linii Mike Urbaniak – Małgorzata Szczęśniak spowodowany krytyką Francuzów Krzysztofa Warlikowskiego. Odzew urażonej recenzją Szcześniak, wytykającej Urbaniakowi jego ignorancję najlepiej pokazuje sens podejmowania tego typu problemu, który działa tym silniej, że nie jest ukazany dosłownie. Reżyserka Eweliny płacze, ta, która ostatecznie także okazuje się być kimś „spoza grupy”, w jednej z pospektaklowych dyskusji wspomniała o planach zaangażowania do współpracy znacznie większej liczby aktorów. Nie udało się. Czyżby większość była „zmęczona”?

 

Dawid Dudko

 

 

Ewelina płacze

Tekst i reżyseria: Anna Karasińska

Obsada: Maria Maj, Rafał Maćkowiak, Adam Woronowicz, Ewelina Pankowska

Współpraca dramaturgiczna: Magdalena Rydzewska

Choreografia: Marta Ziółek

Asystentka reżysera: Ewelina Pankowska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty + 13 =