Dawid Dudko: Żadnej rzeźby, żadnego obrazu, żadnego spektaklu?

11 lipca 2015

O spektaklu Kupiec Mikołaja Reja w reżyserii Michała Zadary w Starym Teatrze w Krakowie

Kupiec/fot. Ryszard Kornecki

Kupiec/fot. Ryszard Kornecki

„To bardzo stary tekst i bardzo nowoczesny teatr” – komentuje jeden z internautów krakowskiego Kupca Mikołaja Reja w reżyserii Michała Zadary. Jednych to pewnie zachęci, innych wprost przeciwnie, ale zapewniam, że przez te półtorej godziny wszyscy będziemy jakby po jednej stronie barykady. Zarówno bowiem obrońcy nierealizowanego dotądrcyprzestarzałego (bo powiedzieć archaicznego to w tym kontekście jakoś mało) tekstu, jak i teatromani hołdujący tzw. „współczesnym realiom”, znajdą tutaj coś dla siebie. Przedstawienie zdaje się wymykać klasyfikacjom w stylu upraszczających modeli typu „teatr klasyczny”, „teatr współczesny”. Autorzy spektaklu – regularnie sięgający po dawne, nieco zakurzone dramatyadara oraz współpracujący z nim przy tej okazji dramaturg Paweł Sztarbowski, nie chcą iść na przysłowiowe skróty. Obydwu Panów bynajmniej nie satysfakcjonuje zatrzymywanie się na powierzchownych łatkach – swojego spektaklu nie robią po to, żeby powiedzieć nam, że Kupiec Reja to dramat, którego nie da się wystawić. Choć oczywiście takie zdanie, zaraz na początku, się pojawia. Trudne do rozwiązania kwestie techniczne, jak choćby objętość dzieła („trzy Hamlety”), czy ogromne partie staropolskich fraz, przypisane jednej postaci, kierują krakowskie przedsięwzięcie w stronę swoistej alternatywy dla klasycznej inscenizacji. Jak czytamy w podtytule, nie jest to przedstawienie, a projekt, odbywający się z resztą w niecodziennej przestrzeni – sali muzeum przy Jagiellońskiej. Zadara i Sztarbowski poszukują nieoczywistych scenicznie rozwiązań. Twórcy analizują wzięty na warsztat tekst i zamiast dystansować publiczność „tomiskiem”, szybko ją sobie jednoczą. Na twarzach widzów co raz pojawia się uśmiech. I nie może być inaczej, skoro ze sceny emanuje bezpretensjonalność, inteligencja i szczerość, dzięki którym skutecznie udaje się nawiązać z ludźmi porozumienie.

 

O czym jest więc Kupiec Michała Zadary? W pierwszej kolejności powiedzmy może o czym na pewno nie jest. Nie jest to spektakl o tym, że ktoś cokolwiek wie od nas lepiej.  Ani reżyser, ani dramaturg, ani nawet sami aktorzy, nie próbują ukryć wrażenia mozolnego procesu, w którym tekstu się nie wystawia, a mocuje się z nim. Wydobywana z dramatu sztuczność poszczególnych sekwencji, idzie w parze z żywotnością (niedoskonałością) wykonania.  Sytuacje tworzone są tu i teraz. Niejednoznaczna pozycja aktorów, opiera często ich obecność o niewypowiedziane, sekundowe komendy – „gramy” i „przestajemy grać”. Spontaniczność tworzenia, cały ten inscenizacyjny chaos, stają się pomysłem na zmierzenie z trudną materią dramatyczną. Aktorzy w większości czytają długie, trudne kwestie z zawieszonego nad widownią promptera, nie robiąc tego dyskretnie, a ostentacyjnie. Dubingują bohaterów z Czasu Apokalipsy Coppoli, trochę szydząc z filmowego i za razem mylnie pojmowanego Rejowskiego patosu. Z kolei na wyświetlanym później krótkim filmiku, Krzysztof Zarzecki i Zygmunt Józefczak, przechadzają się po korytarzach teatru, czyniąc to bardziej prywatnie, niż będąc w roli (jeśli coś takiego w ogóle w Kupcu powstaje). Nikt tu nie ukrywa teatralnej sztuczności. Sam dramat przecież niejako się na niej opiera. Przedstawienie Zadary jest próbą odczarowania marginalizowanego tekstu, którego większość z nas nigdy nie czytała, z krzywdzących go łatek. Skoro autor potrafił w historię o duchowości włączać wymioty, puszczanie bąków i sprośne dowcipy, to nie jest konieczne podchodzenie do jego dzieła w nakolanniczy sposób – słyszymy jakby od twórców. Reżyser i dramaturg poszukują nowego wymiaru dla klasyki, która w ich wydaniu dba o to, żeby do szuflady z napisem „klasyka” (tej zamykanej upraszczającym kluczem) nie trafić.

 

Zadara proponuje nam metateatralną zabawę. Reżyser wymyśla co raz to nowe pomysły komunikacji z widzem, rozbudowuje język przedstawienia, pozwalając działać mu trochę na zasadach performansu, a trochę kabaretowego widowiska. Nie boi się przy tym ośmieszenia, tak samo jak nie obawiają się go świetni, gotowi podjąć ryzyko aktorzy. Zygmunt Józefczak i Krzysztof Zarzecki, dobrani są na zasadzie pewnych, zamierzenie kalkowych, przeciwieństw. Ubrany w „odświętny” garnitur, z elegancko zawiązanym pod szyją krawatem Józefczak, starannie akcentujący poszczególne kwestie, uosabia stereotypowy model aktora – dobrego rzemieślnika. Tego, który gra takak „zostało napisane”, a na grono jego wielbicielek składają się czule uśmiechające panie w średnim wieku.  Zupełnie inaczej, niż niestarannie mówiący i niedbale ubrany Zarzecki, który zamiast dzień dobry od wejścia przechodzi ze wszystkimi na cześć. I w ogóle lubi się wygłupiać, przedrzeźniać i pluć daleko przed siebie (wybaczcie jemu Państwo z pierwszych rzędów). Aktorzy bawią się tyle swoim sztampowym emploi, co mocno zawiłym tekstem Reja. Grają karykaturalnie, może nawet trochę jarmarcznie. Informują o tym, co będą robić za chwilę („A teraz będzie scena spotkania Kupca ze śmiercią”) i czego nie zrobią („To jest właśnie ta scena z dramatu Kupiec Mikołaja Reja, której nie będzie i następnych dwóch także nie będzie”). Świetny, zgrany ze sobą aktorski tandem, infantylnie obwieszcza nam nawetaki charakter ma dana scena, o czym mówi i po co w ogóle powstała, naśmiewając się tym samym z wyświechtanych łatek, pseudointeligenckich myśli. Specjalnie dla tych, którzy bardzo chcieliby poczuć się „zaspokojeni intelektualnie” – zdają się mówić. Przedstawienie samo w sobie żadną „interpretacyjną gratką” nie jest i  wcale być nie chce. Dobitnie informują o tym wypisane na ścianach kolorowe napisy, wyglądające jak wyjęte z nowohuckich blokowisk – „Żadnej rzeźby, żadnego obrazu”.

 

Jedna z najbardziej energetycznych scen przedstawienia (a takich tu nie brakuje) to wyjście Józefczaka z Zarzeckim przed budynek teatru przy Jagiellońskiej. Oglądamy ich w miejskim pejzażu razem z nieświadomymi całej zabawy przechodniami. Teatr, a za nim frazy staropolskiego dramatu, poszerzają możliwości komunikacji z widzem. Oglądani przez szybę aktorzy, zamiast nużącej sceny, proponują codzienną, nieskrępowaną sytuację. Słowa napisane przez Reja, które wypowiadane są do przypiętych mikrofonów, nabierają niespotykanego luzu. Można by powiedzieć – ulicznego. W rytm dobiegającej z wolna melodii This is the end Doorsów publiczność zaczyna przytakiwać głową na co raz mniej obco brzmiący jej tekst. Cieszy się z teatru, który wychodzi do ludzi. Panie Andrzeju Sewerynie, oto jest „żywa klasyka”. Proszę brać przykład, przygotowując kolejne warszawskie premiery.

 

Dawid Dudko

 

Kupiec Mikołaja Reja wg Kupca Mikołaja Reja

Reżyseria: Michał Zadara

Asystent reżysera: Jakub Porcari (WRD PWST)

Współpraca: Paweł Sztarbowski

Obsada:

Jedna z postaci – Zygmunt Józefczak

Jedna z postaci – Krzysztof Zarzecki

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 + 11 =