Dominika Mądry: Czego się bała Virginia Woolf?

1 grudnia 2016

O spektaklu O szczytach rozpaczy i śmiechu stewardessy, czyli found footage o chorobie Agaty Baumgart w Teatrze Nowym w Poznaniu

O szczytach rozpaczy/fot. Bartosz Górka

O szczytach rozpaczy/fot. Bartosz Górka

Debiutancki spektakl Agaty Baumgart O szczytach rozpaczy i śmiechu stewardessy, czyli found footage o chorobie, którego premiera miała miejsce w Teatrze Nowym w Poznaniu, traktuje o niezwykle trudnym temacie, jakim jest depresja. Reżyserka podejmuje próbę wytłumaczenia na czym polega ta choroba i jak sobie z nią radzić. Jednym ze sposobów jest autoironia i dystans i w takim właśnie tonie utrzymana jest całość sztuki.

Reżyserka oraz dramaturg Michał Pabian stworzyli scenariusz techniką found footage, polegającą na połączeniu tekstów wcześniej już powstałych oraz własnych, autorskich przemyśleń. W tym wypadku realizatorzy korzystają między innymi z eseju filozoficznego Na szczytach rozpaczy Emila Ciorana, eseju O chorowaniu Virginii Woolf i  książki Virginia Woolf’s psychiatric history Malcolma Ingrama, dodając wycinki ulotek farmaceutycznych oraz autoironiczne komentarze. Powstaje z tego dość prosty, a czasem wręcz infantylny przekaz, lecz dlaczego by nie mówić o tak ciężkim temacie w sposób lekki i przyjemny dla widza?

Jak przyznaje Agata Baumgart, jest to jej sposób zmierzenia się z problemem, który ją osobiście dotyka, bowiem sama od ośmiu lat choruje na depresję. Traktuje ten spektakl jako coming out, chce nim pokazać, że przyznanie się do tej choroby zdecydowanie nie powinno być powodem do wstydu. Jednak praca nad tą sztuką nie stanowi dla niej formy terapii, od tego są specjaliści. Reżyserka, odnosząc się do artystów, próbuje także zwalczyć zastany mit, że choroba to stan wyjątkowego natchnienia. Stara się również zwrócić uwagę widza na nadużywanie słowa „depresja” ­– podkreśla różnice pomiędzy chwilowym załamaniem a stanem chorobowym.

Tak oto spotykamy w onirycznym świecie trzy bohaterki: Stewardessę (Dorota Abbe), wzorowaną na postaci Justyny Kowalczyk, mistrzynię świata (Martyna Zaremba) oraz wielką pisarkę, postrzeganą jako symbol twórczej melancholii Virginię Woolf (Bożena Borowska-Kropielnicka). Co łączy te trzy bohaterki? Choroba. Jednak każda z nich przeżywa ją inaczej, każda z nich ukazuje widzowi inne spojrzenie. Głównej bohaterce, co noc śni się ten sam koszmar – jest stewardessą , która panicznie boi się latać. Dowiadujemy się z niego, że od lat cierpi ona na depresję, ale nie potrafi się z nią zmierzyć. Wymyśla kłamstwa, aby nie musieć tłumaczyć dlaczego nie ma siły wstać z łóżka. Nikogo nie obchodzi, że można mieć gorsze dni. Wiecznie przyklejony do twarzy uśmiech stewardessy jest ikoną dzisiejszych czasów, w których nie ma miejsca na słabości i prawdziwe uczucia. Pod pozorem szczęścia ujawniają się problemy, niezadowolenie z życia i presja, której bohaterka jest poddawana na co dzień.

Samolot rozbija się – wszyscy pasażerowie giną – przeżywa jedynie mistrzyni olimpijska, dla której choroba to kolejne sportowe wyzwanie. Tak, jak wcześniejsza bohaterka ukrywa swoje niedoskonałości, jednak nie pod pozorem uśmiechu a sukcesu. Do perfekcji ma wyćwiczoną triumfalną pozę, której fani od niej oczekują, nie ma miejsca na łzy. Uważa, że pokonanie granic daje jej szczęście, ale sama nie potrafi sobie odpowiedzieć dlaczego. Po kolei wymienia sukcesy, aż w końcu przypomina sobie największą porażkę w swoim życiu i nie jest to przegrana w zawodach, lecz poronienie. Jednak, jak na sportsmankę przystało, nie załamała się. Jej lekarstwem stały się treningi, nie pozwoliła sobie na chwilę słabości.

Nagle, prosto z rzeki przychodzi Virginia Woolf, jeszcze z wodą w butach, w brudnym od błota płaszczu i nieschludnej fryzurze, jakby powstała ze zmarłych. Tytułowa Stewardessa utożsamia się z pisarką i prosi ją o przytoczenie fragmentów słynnej powieści Pani Dalloway, przy których się wzrusza. Virginia sprzeciwia się jednak, aby odczytywano jej twórczość, jako wielkie romanse. Chciałaby, żeby dostrzeżono w nich walkę i ironię życia. Uważa, że nie powinno się utożsamiać depresji z artystycznym natchnieniem, ponieważ choroba nie stanowi podstawy inspiracji i intelektualnych rozważań. Główna bohaterka pokazuje w odpowiedzi wykresy wykazujące punkty styczne między kryzysami emocjonalnymi a okresem twórczym – wszystko w dzisiejszych czasach da się rozrysować, wytłumaczyć obliczeniami nawet załamania nerwowe. Tak, jak na wszystko da się znaleźć lek w świecie opanowanym przez koncerny farmaceutyczne.

Jest to ciekawy, polityczny wydźwięk spektaklu, szkoda tylko, że nie do końca dobrze poprowadzony, a jedynie potraktowany po macoszemu. Sztuka zaczyna się reklamą produktu na depresję. Zadawane są pytania retoryczne typu: „Czy twoje życie straciło sens?”, „Czy nic już nie sprawia tobie przyjemności?”, „Czy chce ci się non stop płakać?”, „Czy chcesz popełnić samobójstwo?”. Producenci podają objawy depresji i tratują ją jako coś, dzięki czemu możesz osiągnąć sukces, stać się sławnym i zarobić grube miliony. A oprócz tego i możesz stać się konsumentem ich cudownego, enigmatycznego produktu. Pod koniec spektaklu puszczony zostaje drugi spot, który zachęca do kupienia tabletek na tę chorobę, które sprawiają poprawę samopoczucia, lecz przy okazji wywołują nieskończoną liczbę skutków ubocznych. Dzisiejszą cywilizacją zawładnęły firmy farmaceutyczne – same bohaterki wymieniają się lekami. Każdy z nich jest przepisany na inną dolegliwość: problemy ze snem, nadmierną potliwość, brak sił na wstanie z łóżka itd.

Agata Baumgart i Michał Pabian próbują zwalczyć stereotypy związane z postrzeganiem ludzi cierpiących na depresję. Robią to w sposób trochę ironiczny, groteskowy, przerysowany i kiczowaty. Chcą się odbić od patosu mówienia o tym problemie, tak jak bohaterki odbijają się od wielkiej trampoliny ustawionej na scenie. Symbolizuje ona wzloty i upadki, chwiejność nastrojów i życiową niestabilność. Tylko odbijając się od dna można sobie poradzić z chorobą. Skakanie jest jak nieustająca walka o wyzdrowienie. Pod koniec spektaklu bohaterki kładą się zrezygnowane i wypowiadają bardzo krzywdzące słowa, które mogłyby dotknąć osoby cierpiące na depresję, traktujące o tym, że choroba w gruncie rzeczy jest wygodna, bo dzięki niej nie muszą spełniać oczekiwań współczesnego świata, mogą zdezerterować.

Faktycznie w onirycznym świecie Stewardessy jest miejsce na śmiech, ale nie ten przez łzy. Temat depresji został potraktowany niestandardowo, czyli lekko – przystępnie i dobrze – może takie wydarzenia artystyczne wpłynął na zmianę jej metaforyki i konotacji. Reżyserce Agacie Baumgart i dramaturgowi Michałowi Pabianowi udało się stworzyć przyjemny spektakl o chorobie. Czy to nie jest największa ironia?

Dominika Mądry

 

O szczytach rozpaczy i śmiechu stewardessy, czyli found footage o chorobie
Teatr Nowy w Poznaniu
premiera: 12 listopada 2016

 

reżyseria: Agata Baumgart
dramaturgia: Michał Pabian
scenografia: Kaja Gawrońska, Karolina Ochocka
kostiumy: Natalia Borys, Valerya Khiliuk, Zuzanna Malinowska, Ireneusz Zając
reżyseria świateł: Szymon Kluz
muzyka: Filip Szymczak
video: Dominika Olszowy
konsultacje Choreograficzne: Katarzyna Sikora
inspicjent: Krzysztof Przybyłowicz
Obsada:

Dorota Abbe
Bożena Borowska-Kropielnicka
Martyna Zaremba-Maćkowska

 

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 + 3 =