Dorota Sech: Gustaw, Gustaw, lep na muchy

28 czerwca 2011

o spektaklu Śluby w reż. Wojciecha Kościelniaka z PWST w Krakowie.

Śluby panieńskie / materiały PWST w Krakowie

Krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Ludwika Solskiego zawitała do Warszawy z jedną z najpopularniejszych komedii Aleksandra Fredry. Śluby panieńskie to utwór mocno zakorzeniony w świadomości polskiego widza. Za każdym razem, gdy twórcy sięgają po dramat, muszą liczyć się z tym, że odbiorca ma w stosunku do tekstu pewne oczekiwania i przychodzi do teatru z konkretnym nastawieniem. Czy Śluby w reżyserii Wojciecha Kościelniaka sprostały temu zadaniu?

Słowo w komedii Fredry jest bardzo żywe, barwne, bawi wieloznacznością. Sprawnie skonstruowane dialogi idealnie oddają napięcie, które rodzi się podczas gry toczącej się na scenie. Oto Klara i Aniela, natchnione doświadczeniem zaczerpniętym z sentymentalnej literatury, postanawiają złożyć przysięgę i na zawsze pozostać w stanie panieńskim. Tymczasem gdzieś obok krążą Gustaw i Albin, mający w stosunku do dziewcząt zupełnie inne plany…

Krakowskie Śluby inspirują się tekstem, ale czasem trudno wychwycić spójną historię. To nie słowo jest najważniejsze, ale ruch, gest, wokal aktora. Z pewnością już sam punkt wyjścia jest nieoczekiwany – Śluby to musical. Musical, który zachwyca swoją plastycznością. Z prostej scenografii udało się stworzyć niezwykle „intensywną” rzeczywistość. Wyraźnie widać, że aktorzy uczestniczą w otaczającej ich przestrzeni, bawią się rekwizytem. Akcja została przeniesiona w świat owadów. Fakt ten zdradzają bardzo subtelne aluzje, chociażby o wiele za duże przedmioty, z których korzystają „owadzi” bohaterowie czy przekomiczna postać sługi Jana – wyraźnie wystylizowana na ruchliwą muchę. Widać bardzo dużą pracę aktorów nad ciałem. Każdy ruch zdaje się być przemyślany, a na całość patrzy się bardzo przyjemnie.

W tym światku Gustaw snuje swoje sieci, wikłając miłosną intrygę. Tańcząc i śpiewając, ośmiesza postanowienie Anieli i Klary, które wskutek jego działań lgną do znienawidzonych mężczyzn jak ćma do światła. Pozostaje jednak wrażenie, że sens w żaden sposób nie wynika z tekstu sztuki. Spektakl wiele na tym traci. Przede wszystkim została mu odebrana dawka dobrego humoru. Muzyka zdaje się zagłuszać istotę konfliktu i choć jest bardzo ciekawa, nadbudowująca aurę tajemniczości wokół wydarzeń na scenie, to za mało w niej różnorodności. Momentami prowadzi to do znużenia i nie pozwala skupić się na spektaklu.

Kościelniak proponuje oryginalną interpretację komedii Fredry. Aktorzy wydziału wokalno-aktorskiego PWST w Krakowie stworzyli na scenie warszawskiego teatru Studio piękny, misternie wykreowany obrazek, na który aż  miło popatrzeć.

Dorota Sech


polecamy stronę MFST ITSelF:

http://www.festival.at.edu.pl/

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 + thirteen =