Dorota Sech: Jeszcze słówko o Krainerze

6 sierpnia 2012

O spektaklu Krainer w reż. Jana Zmita w Produkcji Artystycznej.

Krainer_PLAKAT

Po przeczytaniu recenzji Aleksandry Reczuch Spotkanie tego ostatniego…, dotyczącego spektaklu Krainer, poczułam pewien niedosyt, z którym długo nie mogłam sobie poradzić. Tekst bowiem nie dotykał spraw najważniejszych, stanowiących o istocie projektu Jana Zmita, a niekoniecznie związanych z kubkiem soku pomarańczowego serwowanego na wejściu.

Oczywiście, nie będę się kłócić z faktem, że Krainer momentami przypomina bardziej eksperyment w stylu Zimbardo niż spektakl teatralny. Tak jest i daje niezwykle ciekawy efekt, poprzez pełne zaangażowanie przestrzeni w „grę” aktorską. Współczesne formy prezentowania scenariusza coraz częściej wychodzą poza ciasne ramy, zakładające istnienie tzw. „czwartej ściany” etc., i chociaż wydawać by się mogło, że widz powoli zaczyna się do tego przyzwyczajać, zawsze przekroczenie ustalonej granicy relacji z aktorem wiąże się z dużym stresem i wybiciem ze schematu. To „spotkanie” poza schematem, o czym zresztą pisała Aleksandra Reczuch, nastąpiło. Niewielka grupa skupiona wokół postaci Krainera – wiekiem młodego, mentalnie starego chłopaka, muzyka, wrażliwca, wariata, nie wychodzącego z łóżka od lat. Momentami przypomina on typowego bohatera powieści modernistycznych, w których „ostatni z rodu”, wykształcony ponad miarę, gardzący społeczeństwem, umiera z nudów i gardzi całym światem, szukając rozrywki w kiczu, jakim się otacza. Różnicą jest to, że Krainer nie otacza się kiczem, nie nudzi się, karmi się własnym szaleństwem i wzgardą dla drugiego człowieka, co tylko potęguje poczucie samotności i pod tym względem przypomina bohatera powieści wieku dwudziestego. Przypomina wielu z nas.

Pojawia się wreszcie moment, w którym jawnie nie zgodzę się z moją „przedmówczynią”. Krainer nie oczekiwał od nas żadnej odpowiedzi. Bohater, tak jak bohaterowie prawie wszystkich tekstów Thomasa Bernharda (na podstawie jego opowiadania powstał również spektakl Zmita), nie oczekuje odpowiedzi, ale pretekstu. Krainer mówi po to, żeby mówić. Poddaje w wątpliwość mieszczańską mentalność, zniewalającą całe społeczeństwa, z której nie sposób się wyrwać. To świat porozwieszanych na ścianach landszafcików i krzyży, będących rekwizytem, nie symbolem sfery sacrum. Świat, na jaki Krainer się nie godzi, a mimo tego jest na niego skazany jak my wszyscy. Bohater uderza w chrześcijaństwo, w religię zniewalającą jej wyznawców, zastanawia się nad wartością artyzmu jako takiego, nad prawem do sztuki, nad hipokryzją dotykająca wszelkich aspektów ludzkiego życia. Punktem wyjścia zawsze jest negacja. Krainer nie szuka z nami kontaktu, jest to tylko pozorne i z góry skazane na porażkę, tak jak nie może nawiązać nici porozumienia między opiekującą się nim siostrą, typową przedstawicielką świata, którego on sam nienawidzi. Ich związek pokazuje jak trudne i niemożliwe do spełnienia są wzajemne stosunki. Drugi człowiek stoi po przeciwnej stronie muru, jaki każdy buduje wokół siebie – złożony ze strachu, kompleksów, obawy przed zranieniem. Krainer mówi do obcych, ale nie rozmawia. Pozwala sobie na typowy dla szaleńca akt wyrzucania z siebie myśli jedna po drugiej i nie oczekuje niczego w zamian. Krystian Lupa, który przecież zaszczepił Bernharda na polskiej scenie, nazywa ten typ bohatera „monologistą”, zwraca uwagę na to, że słowa potęgują obraz rozpadu i dezintegracji postaci. Krainer traktuje swoich słuchaczy jako uczestników eksperymentu.

Owszem, Jan Zmit w roli Krainera fantastycznie kokietuje publiczność, szczególnie na początku, zadaje pytania, zagaduje. Wszystko to sprawia wrażenie, że on sam ma dystans do swojego monologu, dodaje poczucia lekkości i tak ciężkiemu, jak zresztą wszystkie dzieła Bernharda, tekstowi. Pozwala zaangażować widza, jednocześnie uświadamiając mu, że cały czas kontrola leży po stronie Krainera. Mamy wrażenie, że Krainer bawi się nami, umiejętnie żongluje faktami, doprowadza do konkretnych sytuacji. Pod koniec spektaklu Zmit zapomina o tym, zanurza się tylko w kolejnych zdaniach, które męczą i przytłaczają z wielką szkodą dla całości. Małe pomieszczenie, w którym rozgrywa się spektakl, na początku daje poczucie intymności, a zarazem budzi pewien niepokój, na koniec jednak przede wszystkim dusi i trudno jest skupić się na wypowiadanych kwestiach, niestety nie skończonych puentą.

Wychodząc z mieszkania Krainera nie może być mowy o katharsis, ponieważ monolog Krainera nie to ma na celu. Porusza, dotyka, prowokuje do zastanowienia, nie zakłada jednak oczyszczenia. Pokazuje tragizm jednostki, ale nie daje żadnej nadziei, a wręcz ją zabiera, podważając wartość religii, sztuki, pokazując, że nie ma szans na porozumienie z drugim człowiekiem. Scenografia odzwierciedla pewną wizję społeczeństwa. Taką samą znajdziemy w głowie głównego bohatera. Podaje informacje na ten temat oraz dostarcza wiedzy o rodzeństwie, a dzięki drobiazgom wybija ze stereotypowego myślenia i daje poczucie bezpiecznego absurdu, w jakim tkwimy, wchodząc do mieszkania Krainerów. Połączenie tak zagospodarowanej przestrzeni z  umiejętnie podanym widzowi strumieniem świadomości daje pełną formę wyrazu. Właśnie dlatego Krainer jest niewątpliwie ciekawym i wartym uwagi projektem, niezależnie od tego, czy siedzimy dookoła łóżka aktora czy na widowni.

Dorota Sech

Krainer

Reż. Jan Zmit

Produkcja Artystyczna, 2012

Tekst Aleksandry Reczuch Spotkanie tego ostatniego… http://teatrakcje.pl/?p=2315

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 + 8 =