Ewa Bałdys: Wielka depresja czasu Apokalipsy

16 listopada 2011

O filmie Melancholia w reż. Larsa von Triera.

Melancholia / plakat

Melancholia to nowy twór wizjonerskiego umysłu Larsa von Triera. Reżyser nie wychyla się poza od dawna przez siebie okupowany krąg smutku i grozy – Melancholia to bowiem opowieść o końcu świata. Fantastyczny motyw Apokalipsy nie przeszkadza jednak w odbiorze dzieła jako dramatu – wnikliwego studium depresji.

Tytułowa Melancholia to zmierzająca w kierunku Ziemi planeta. Jeśli wyliczenia naukowców okażą się błędne, trajektorie lotu nałożą się, co sprowadzi całkowitą zagładę ludzkości. W bohaterach rośnie przerażenie, wszyscy po kolei pogrążają się z marazmie, spetryfikowani wizją końca. Wewnętrzne rozedrganie postaci zdaje się oddawać praca kamery – równie chaotyczna i niestabilna jak ręce narkomana z syndromem odstawienia.

Fabuła zawiązuje się wokół dwóch sióstr, wspaniale sportretowanych aktorsko przez Kirsten Dunst i Charlotte Gainsbourg. Jesteśmy świadkami wesela młodszej z nich, Justine (Dunst), organizowanego przez jej siostrę Claire (Gainsbourg) i jej obrzydliwie bogatego męża  Johna (Kiefer Sutherland). Ociekające przepychem i elegancją przyjęcie (odbywające się zresztą w szwedzkim pałacu) okazuje się doskonałą okazją do zamanifestowania dawnych uraz i rodzinnych zatargów. Nikt tu nie jest szczęśliwy – zaczynając od samej panny młodej, zmagającej się ze stanami depresyjnymi. Matka, przeciwna instytucji małżeństwa, nie kryje swoich poglądów podczas wygłaszania weselnego toastu, po czym znika. Szwagier irytuje się, że niemałe ilości pieniędzy, jakie wydał na wesele, nie zdołały uszczęśliwić zbolałej Justine.

Jedynie Claire, druga siostra, zdaje się zachowywać spokój i stanowić przeciwwagę dla choroby panny młodej. Sytuacja nie jest jednak tak prosta, harmonia nie zostaje zachowana na długo. W drugiej części również Claire dotyka melancholia związana ze zbliżającą się planetą, a co za tym idzie – niebezpieczeństwem. Z kolei Justine zaczyna przejawiać zdolności paranormalne, nie wiadomo jednak, czy można wierzyć jej złowrogim proroctwom (“All I know is life on earth is evil. I know we’re alone”).

Nie jest to obraz zachowań ludzkich w obliczy kataklizmu, działania zobrazowane w filmie są bowiem całkiem irracjonalne. Apokalipsa zdaje się tylko pretekstem dla opowieści o depresji i lęku, dalekiej od schematów czy perspektywy klinicznej.  Treść filmu schodzi jednak na dalszy plan w zestawieniu z doprawdy zachwycającymi zdjęciami – zwłaszcza typowe dla Larsa von Triera sceny w zwolnionym tempie zapierają dech. Trailer ukazuje dwa smakowite kąski – Justine w sukni ślubnej dryfującą na powierzchni wody i Justine ze srebrnymi nitkami unoszącymi się z czubków jej palców – w filmie jest ich znacznie więcej, a nagromadzone robią monumentalne wrażenie, zwłaszcza na kinowym ekranie.

Melancholia wymyka się schematom i zdecydowanie nie zapewnia gładkiej, łatwej rozrywki. Dłużyzny zniecierpliwiają, drżenie obrazu irytuje, fabuła nie chce zaprezentować się spójnie ani logicznie – ale wszelkie trudy recepcji wynagradza poczucie słodkiego przytłoczenia, z jakim zostaje widz po ostatniej scenie. To autorska wizja Apokalipsy nie porywająca się na diagnozę ludzkości, oceny moralne czy polemikę z Biblią. I całe szczęście.

Ewa Bałdys

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four + 3 =