Ewa Uniejewska: Społem to jest malowanka

1 lipca 2011

Rzecz o Weselu Stanisława Wyspiańskiego

Z tematu, zainspirowanego wydarzeniem raczej pospolitym, stworzył Wyspiański narodowe misterium, syntezę życia polskiego. Wydarzeniem tym było wesele Lucjana Rydla z chłopką, które w izbie bronowickiej zgromadziło przedstawicieli dwóch warstw: inteligencji miejskiej (uciekającej od życia w poezję) oraz masy chłopskiej. Obserwujący zdarzenia poeta dostrzega budzące się w duszach ludzkich najskrytsze tęsknoty, które przedstawia pod postacią szeregu indywidualnych dramatów. Ich rezultatem staje się zawsze niepokój, wywołany przez spojrzenie w głąb własnej istoty, w to, „co komu w duszy gra”. Chociaż pierwotnie Wesele stanowiło satyrę na pokolenie okresu Młodej Polski, z jego zakłamaniem wewnętrznym i frazeologią przejętą od tradycji romantycznej, można je stale czytać w odniesieniu do współczesności. Dramat ten sięga głęboko w nasze zakochanie we własnym cierpieniu i bezsile, ukazuje Polaków jako pozorną zbiorowość.

W Weselu historia Polski (a właściwie: polskiej mentalności) została ukazana w kategoriach marazmu i niemocy, przerywanych tylko od czasu do czasu krótkotrwałymi zrywami. Polacy głodni są czynów wielkich, jednak pospolitość i codzienność nas przerasta. Wyspiański dochodzi do smutnej konstatacji, że nam się nawet „nie chce chcieć”, jesteśmy pokoleniem w proszku, niezdolnym do wspólnych działań. Weselnicy tańczą w ścisku, klaustrofobicznie zamknięci w bronowickiej rozśpiewanej chacie. Jednak fizyczna bliskość nie czyni z nich jeszcze wspólnoty. Wyspiański, w sposób mimetyczny odwzorowując naturalny porządek ludycznych rozmów, sporów, flirtów między weselnymi gośćmi, stawia diagnozę kryzysu dialogu. Zbiorowość łączy wspólny rytm, taniec, jednak każdy tak naprawdę porusza się wokół własnych spraw i problemów. Wszelkie kontakty między ludźmi są raczej przypadkowe i pozorne.

Dramatis personae, czyli Widmo, Rycerz, Hetman, Stańczyk, Szela i Wernyhora, w zagadkowy sposób nawiedzają weselników. Trudno o jednoznaczną interpretację tych spotkań, konsekwentnie aranżowanych przez Chochoła. Zjawy, pochodzące z ukształtowanych przez literaturę, sztukę i historiografię „zaświatów narodowych”, to nie tyle „imaginacje” bohaterów, co ich kompromitacje, wzywające do międzypokoleniowego dialogu. Teatr staje się zatem cmentarzem, miejscem spotkania zmarłych z żywymi, historii ze współczesnością. Jedną ze zjaw, próbujących wyrwać weselników z marazmu, jest Wernyhora. Posługując się jego postacią, Wyspiański krytykuje powstania narodowe robione bez programu, bez myśli politycznej, w oczekiwaniu na cud, który ocali kraj. Jednak wszystkie niepokoje zjaw pozostają dla gości weselnych niezrozumiałe, dalekie. Przemowy Postaci Dramatu trafiają w pustkę. Z przeszłości „symbolicznej” zostały nam tylko „rekwizyty”, których znaczenie już dawno się nam zatarło. Tylko sznur, który „ostał się” Jaśkowi, brzmi jeszcze jak wyrzut sumienia.

A Chochoł gromadzi weselników w mrocznym tańcu, błędnym kole, z którego nie potrafimy (nie mamy chęci? sił?) się wydostać.

 

Ewa Uniejewska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen − 13 =