Hanna Rudnicka: UWAGA, SZANIAWSKA!

25 marca 2011

o spektaklu „Uwaga, złe psy” w reż. Michała Siegoczyńskiego.

Małgorzata Różniatowska

Wyznania Szatkowskiej nie od razu niepokoją. Wątpliwości wkradają się do głowy widza stopniowo i niemalże niezauważalnie – świadomość tego, że myśli i czyny żony Szaniawskiego są patologiczne uderza nas i niemalże zaskakuje.

Prozaik i dramatopisarz Jerzy Szaniawski miał już 76 lat, gdy stanął na ślubnym kobiercu. Wybranką artysty była sporo młodsza od niego malarka Anita Szatkowska. Ich osobliwe małżeństwo stało się swego czasu źródłem skandalu, który obiegł prasę całej Polski. Tajemnicza kobieta, która nie wiadomo kiedy i skąd pojawiła się w świecie autora „Żeglarza”, zamieniła jego i tak pełne zmagań z wrogim systemem życie w gehennę. Według wszelkich relacji, Anita męża biła, głodziła, izolowała od świata, więziła w komórce, otwierała korespondencję i podrabiała podpisy, pozbawiała schorowanego staruszka opieki lekarskiej. W końcu, gdy doznał udaru mózgu, sobie tylko znanymi sposobami doprowadziła do przedwczesnego wypisania Szaniawskiego ze szpitala i na własną rękę „leczyła” pojąc rozpuszczonym gipsem, aż pisarz zmarł. Po jego śmierci stopniowo doprowadziła odziedziczony po nim dwór w Zegrzynku do ruiny, by go w 1977 roku podpalić, uwięziwszy w nim wcześniej dwóch, najprawdopodobniej Bogu ducha winnych, mężczyzn. Po tym głośnym incydencie przez lata tułała się po szpitalach psychiatrycznych, by umrzeć w jednym z nich w 1991 roku.

Ta głośna kilkadziesiąt lat temu historia stała się dla Remigiusza Grzeli inspiracją do stworzenia na jej kanwie tekstu dramatycznego. Długo i wnikliwie analizował biografię pisarza, natykając się tylko i wyłącznie na jednoznaczne oceny Szatkowskiej, nazywanej potworem, wariatką, psychopatką. Choć dramatopisarza te spontaniczne reakcje opinii publicznej na historię Szaniawskich nie dziwiły, zapragnął pochylić się nad jej negatywną bohaterką. „Chciałem usłyszeć Anitę.” – mówił przed prapremierą dramatu, która miała miejsce 3 marca 2006 roku w stołecznym Teatrze Wytwórnia. „I ją obronić. Można tylko zadać sobie pytanie, czy powinno się bronić potwora? Ale co się z nią stało, że doprowadziła się do takiego stanu, że się zagubiła? Takie pytania zacząłem sobie zadawać, pisząc ten tekst.” Grzela nie pozostawił najmniejszych wątpliwości, kto w tej historii jest według niego postacią kluczową, nadając swojej sztuce formę monodramu. Prapremierowe wykonanie tekstu przez Małgorzatę Różniatowską w reżyserii Michała Siegoczyńskiego do dziś prezentowane jest na deskach warszawskiego Laboratorium Dramatu.

Małą scenę teatru przy Olesińskiej zaaranżowano jak na potrzeby konferencji prasowej. Całą przestrzeń stanowi podest, który od tyłu zamykają szarawe płyty, przed nimi mieści się wykonany z tego samego materiału stół, na jego środku mikrofon, za nim jedno jedyne krzesło. Różniatowska pojawia się w długiej, wełnianej sukience, przynosząc ze sobą gazetę, kartkę, która okaże się listem, staroświeckie okulary, papierosy. Swoją opowieść rozpoczyna nieśmiało i zwyczajnie. Delikatnie uśmiechnięta przedstawia się imieniem i panieńskim nazwiskiem. Nie dzieli się z publicznością żadnymi faktami ze swojego życia sprzed zawarcia znajomości z Szaniawskim, jakby to tło było zupełnie nieważne, nieistotne dla wejścia w jej świat. Mąż pozostanie jedynym przedmiotem jej opowieści, jedynym punktem odniesienia i zaczepienia w świecie, który uznał ją za psychopatkę i zdecydowanie odrzucił.

Anita zaczyna niewinnie. Uśmiechając się z sentymentem do swoich najpiękniejszych wspomnień, z dużą dozą ciepła snuje opowieść o zauroczeniu znanym pisarzem, o pierwszych spotkaniach, miłosnych listach, dumie, którą wzbudzało w niej bycie muzą docenianego artysty. Relacjonuje walkę o przyszłego męża z jego sekretarką i wieloletnią kochanką, drogę do wspólnego zamieszkania i zalegalizowania związku. Początkowo kreślony przez nią obraz wydaje się być sielskim rysunkiem idylli pary, która znalazła szczęście w jesieni życia i nikogo oprócz siebie do tego szczęścia nie potrzebuje. Wyznania Szatkowskiej nie od razu niepokoją. Wątpliwości wkradają się do głowy widza stopniowo i niemalże niezauważalnie – świadomość tego, że myśli i czyny żony Szaniawskiego są patologiczne uderza nas i niemalże zaskakuje. Trudno nam rozgraniczyć prawdę i urojenia, fakty i wymysły chorej kobiety. Czy gazety osądzające kobietę od czci i wiary miały absolutną rację, czy może ziarno prawdy tkwi także w zeznaniach Anity – tego spektakl nawet nie stara się rozstrzygnąć.

„Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego spektaklu ani opinie, ani oceny nie będą jednoznaczne.” – mówił Remigiusz Grzela jeszcze przed zaprezentowaniem gotowego monodramu widowni. Udało się te intencje zrealizować. Szaniawska z dramatu nie jest tą samą bezduszną sadystką, o której pisała zbulwersowana jej postępowaniem prasa. To kobieta, która męża darzyła wielką, chorą, lecz mimo to autentyczną miłością – pragnęła przychylić mu nieba, uwolnić od świata, który przynosił więcej cierpień niż radości. Autor, a w jego myśl reżyser spektaklu, zwraca uwagę na stopień komplikacji historii, której finał zdeterminowała tragiczna mieszanka gorących uczuć, fascynacji i psychicznych zaburzeń, które odebrały Szatkowskiej zdolność racjonalnego myślenia i panowania nad sobą. Twórcy monodramu nie wybielają równocześnie swojej bohaterki, nie zdejmują z niej odpowiedzialności za popełnione czyny. Nawet do niej samej, w chwilach wolności od szaleństwa, dociera świadomość zła, które popełniła. Świadomość przytłaczająca i straszna – niszcząc życie innych, Anita zniszczyła przecież również swoje, wcale tego nie pragnąc. Nie rozumie, dlaczego to właśnie ona musiała stać się sprawczynią okropności, których dopuściła się przecież w najlepszej wierze. Swoją miłość i przywiązanie szczególnie akcentuje w końcowych minutach spektaklu, gdy tworzy swoistą klamrę przedstawiając się do raz drugi, tym razem nazwiskiem męża, wymawiając je z niezwykłą emfazą. I nie pozwoli stawiać się tylko w pozycji oskarżonej. „Uwaga, złe psy” – ten napis wiszący na furtce do Zegrzynka powinien był, według Szaniawskiego, znajdować się po jej wewnętrznej stronie, by ostrzegać domowników przed wyjściem w przestrzeń pełną ludzi żerujących na innych jak hieny. Anita patrzy na publiczność z wyrzutem dając do zrozumienia, że tytułowymi złymi psami są właśnie widzowie, którzy przyszli napawać się cudzym nieszczęściem, popatrzeć przez godzinę na wariatkę jak na egzotyczny okaz w zoo…

Obsypany niegdyś nagrodami spektakl (m.in. na szczecińskim Festiwalu Małych Form KONTRAPUNKT i Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy) dziś nie robi już tak piorunującego wrażenia, jakie wywarł na widzach i recenzentach, którzy zetknęli się z nim tuż po premierze. Naturalny proces utraty świeżości nie ominął i tego, niewątpliwie wartościowego, spektaklu. Sześć lat po pierwszym przedstawieniu „Uwaga, złe psy”, choć wciąż jest w stanie utrzymać uwagę publiczności, pozostawia niedosyt – w historii opowiadanej przez twórców spektaklu czuć potencjał wywołania większego wstrząsu. Nie zmienia to jednak faktu, że rola Małgorzaty Różniatowskiej to dokonanie udowadniające klasę tej aktorki – odtwórczyni roli Anity nie popada w groteskowe skrajności, o które nietrudno przy pracy nad tego rodzaju materiałem, z podziwu godną płynnością przechodzi przez różne, sprzeczne czasem stany umysłu i nastroje swojej bohaterki. Reżyserowi Michałowi Siegoczyńskiemu chwali się dobór prostych, a eksponujących esencję dramatu środków scenicznych (choć moim zdaniem można by zredukować je jeszcze bardziej – wstawki wokalne i muzyczne w tym realistycznym monodramie niepotrzebnie go udziwniają). Mimo niedociągnięć trzeba jednak uznać, że zespół zwycięsko zmierzył się z niełatwą formą, jaką jest teatr jednego aktora. Stworzył spektakl nie pretendujący do miana arcydzieła, ale interesujący, zachwycający jakością aktorstwa i, co może najważniejsze, nie pusty i jałowy, bo przypominający prostą myśli, że nic nie jest czarno – białe. Przesłanie to może dość banalne, ale warte przypominania w rzeczywistości w której, zmuszani do ferowania szybkich wyroków, mamy powszechną tendencję do upraszczania tego, co wielowymiarowe i nieoczywiste.

Hanna Rudnicka

 

Remigiusz Grzela
„Uwaga, złe psy”
Reżyseria – Michał Siegoczyński
Występuje – Małgorzata Różniatowska
Scenografia – Wojciech Stefaniak
Premiera – 3 marca 2006, Teatr Wytwórnia w Warszawie

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen + fifteen =