Iga Kruk: Bez niepotrzebnych słów

30 czerwca 2011

O spektaklu Kobieta, mężczyzna w reż. Mortezy Mirmontazemi z Teatru Uniwersyteckiego w Teheranie

Bombardowani z każdej strony agresywnym dyskursem feministycznym, zapominamy o tym, jak prosta jest w swojej istocie relacja kobieta-mężczyzna. O tym, że tak naprawdę jest między nami tyle samo różnic, ile podobieństw i tak samo trudno jest nam odnaleźć się w dzisiejszym świecie. O tym wszystkim przypomniał irański spektakl.

Za pomocą jasnych, umownych środków, twórcy pokazali życie kobiety i mężczyzny – czy też może życia, które w pewnym momencie łączą się. Zaczynamy bowiem od dwóch akwariów, w których zamknięci są bohaterowie i z których potem się rodzą. Już w tym symbolicznym ujęciu życia płodowego widać różnice między płciami – kobieta porusza się delikatnie, lekko, mężczyzna natomiast jest bardziej gwałtowny i niezgrabny. Rodzą się, odcinają sobie pępowiny, dorastają – i w końcu, oczywiście, spotykają się. Są niezwykle różni – ale jednak pojawia się miłość, razem rysują na podłodze wielkie czerwone serce. Dalej jest coraz piękniej, z ich miłości rodzi się dziecko. Ale to jednak opowieść o życiu – więc szczęście nie może trwać wiecznie. Ich drogi zaczynają się rozchodzić. On wraca z pracy zmęczony, zasypia przed telewizorem, a ona wciąż na niego czeka, wciąż stara się być piękna. Ale on przestaje to zauważać, działa na niego już tylko prosta i tandetna przyjemność, jaką mogą dać filmy erotyczne. Dziecko, które miało ich połączyć, staje się tylko kolejnym utrapieniem, przepychają je pomiędzy sobą, jak wyraz swoich wzajemnych pretensji i oskarżeń.

Pewnie banalność całej tej opowieści byłaby zupełnie nie do zniesienia, gdyby nie kilka wyraźnych zalet. Po pierwsze, wszystko jest umowne, ledwie zasygnalizowane, wymaga od widza, by sam sobie wiele rzeczy dopowiedział. Po drugie, spektakl nie kończy się na tym, co opisałam powyżej. Przesłaniem nie jest myśl, że małżeństwo jako takie jest bez sensu, że prędzej czy później i tak się rozpadnie. Oto, w finale spektaklu, bohaterowie odnajdują wodę i światło – może aż nazbyt dosłowne symbole nowego życia, oczyszczenia. Mamy więc happy end – a w dzisiejszych czasach takie zakończenie damsko-męskiej opowieści jest wyrazem nie lada odwagi.

Po trzecie – spektakl trwa zaledwie pół godziny. To bardzo mało – ale w zupełności wystarczy. Dzięki temu, że twórcy nie starali się na siłę wydłużyć swojego przedstawienia, powstało coś, w czym nie wydarza się nic niepotrzebnego. Każdy gest  i słowo mają swoje znaczenie, w którym w pełni wybrzmiewają, bez niedomówień, ale i bez przegadania.

Zapewne nie jest to tzw. „wielki teatr”. Nie niesie ze sobą ważkiego przesłania, nie debatuje nad skomplikowaniem dzisiejszego świata, tak naprawdę nie mówi nam nic nowego. Ale sądzę, że właśnie w prostocie i jasności tkwi siła spektaklu – a dzięki perfekcyjnemu wykonaniu, staje się on przyjemną chwilą oddechu, których tak mało daje nam współczesny teatr.

Iga Kruk

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − three =