Indywidualny ton polskości w teatrze

5 kwietnia 2013

Rozmowa z Bożeną Suchocką, aktorką, reżyserem i wykładowcą warszawskiej Akademii Teatralnej  w przeddzień Międzynarodowego Dnia Teatru, 26.03.2013 roku.

Zuzanna Liszewska: Jak zamierza Pani spędzić w tym roku Międzynarodowy Dzień Teatru? Czy można obchodzić to święto, gdy teatr jest miejscem pracy?

Bożena Suchocka:  Na początku roku zwrócono się do mnie z prośbą o pokazanie spektaklu dyplomowego, jaki przygotowali studenci pod moim kierunkiem na Akademii Teatralnej w tym dniu, jednak potem plany się zmieniły. Powiem szczerze, że dla mnie codziennie odbywa się święto teatru. Codziennie świętuję, czytając pozycje repertuarowe, pracując ze studentami… Staram się także dużo chodzić do teatru, w tym tygodniu byłam już trzy razy. Mogę powiedzieć, że od początku marca świętuję szczególnie, nadrabiając w tym względzie zaległości. Każde wyjście do teatru jest dla mnie swego rodzaju świętem. Bycie na widowni  to okazja do celebrowania sztuki zupełnie inaczej. Międzynarodowy Dzień Teatru wymyślono przede wszystkim dla tych, którzy przychodzą do niego od święta.  W ogóle teatr ma przecież wiele wspólnego ze świętem i nie chodzi mi tu  jedynie o jego korzenie.  Do dzisiaj większość ludzi idzie tam właśnie po to, aby oderwać się od codzienności, by przeżyć wyjątkowe chwile.

ZL: Czy czytała już Pani orędzia wygłoszone z tej okazji przez Dario Fo i Andrzeja Seweryna?

BS: Nie czytałam jeszcze prawd głoszonych przez  naszych wielkich z tej okazji. Domyślam się, że są to manifesty artystycznych postaw, mające wyznaczać pewien kierunek sobie samym i wszystkim dookoła.

ZL: A czy Pani mogłaby się pokusić o jakieś własne prognozy, przewidywania, w jaką stronę będzie zmierzał teatr?

BS: To bardzo trudne pytanie. Nigdy nie próbowałam być prorokiem, chyba nie potrafię przewidywać  zdarzeń. Ale  na podstawie  swoich wizyt w teatrze i rozmów prowadzonych  nawet z przypadkowymi widzami, którzy siedzieli obok mnie (nieraz zdołałam namówić ich na zwierzenia – ostatnio na W imię Jakuba S. w Dramatycznym czy na Paradach w Polskim)  mogę powiedzieć, że to, co się dzieje w teatrze jest odbierane przez odbiorców za głęboko polityczne. A w widzach rodzi się tęsknota za romantyzmem, emocjami…  Nie wiem, co z tego wyniknie, ale możliwe, że potrzeba ta będzie wyrażana coraz silniej i twórcy teatru zostaną zmuszeni, żeby zastanowić się, jak jej sprostać. Obecnie odnosimy nieprzyjemne wrażenie, że publiczność dzieli się na  żądną  łatwej rozrywki i na tę, którą interesuje sztuka bardzo trudna, intelektualna, hermetyczna, wysoka. Myślę, że to niesprawiedliwy podział.  Istnieją przecież ludzie, którzy idą do teatru po to, żeby rozpoznać swoje potrzeby emocjonalne, nazwać budzące się w nich uczucia, skonfrontować się z trudnymi problemami, przed którymi stawia ich rzeczywistość. Natomiast kiedy nie rozumieją wykładni spektaklu, czują się zagubieni i pominięci i potem  zniechęceni wybierają coś prostego, nie wymagającego myślenia, analizy. Niestety być może przepadł u nas teatr środka, a właśnie w nim widzę szansę na uzdrowienie atmosfery, wyrównanie sił. Taki balans mógłby być w sytuacji skrajności z jakimi mamy do czynienia, naprawdę ozdrowieńczy dla teatru. Nie możemy  zapominać, że teatr jest dla publiczności, ,,tu i teraz”. Nie piszemy przecież wierszy do szuflady, które można poprawić, albo odłożyć i które z czasem mogą nabrać jakiejś mocy. Z drugiej strony repertuar niektórych teatrów niekiedy urąga inteligencji publiczności. Musimy stawiać poprzeczkę wysoko, ale uważnie i z wyczuciem, by widz się nie zniechęcił, ale też ,,nie obniżył lotów”.

ZL: Czego życzyłaby Pani sobie, artystom i publiczności z okazji tego dnia?

BS: Przede wszystkim dobrej, nowej polskiej literatury dramaturgicznej, będącej blisko człowieka. Kłopot w tym, że nie mamy zbyt wielu ciekawych propozycji repertuarowych. Posiłkujemy się literaturą obcą, a to często nie jest to, co nam, Polakom, w duszy gra. Literatury takiej, jaką np. pisze Masłowska, nie poddając się modom,  po swojemu, o naszych problemach. Chciałabym, żebyśmy nie mieli kompleksów, nie bali się wypracowywać w teatrze  swojego indywidualnego tonu. Mamy przecież wspaniałą tradycję. To zdumiewające, że w tak koszmarnych czasach, jak czasy PRL-u, przeżywaliśmy w teatrze rozkwit. Chciałabym, żebyśmy odkrywali, szukali  w teatrze tego, co jest rzeczywiście polskie. Żebyśmy przestali ulegać niemieckim czy brytyjskim modom, kopiować wzorce z zachodu.

Życzyłabym także, aby twórcy, krytycy i widzowie mieli dla siebie nawzajem więcej  życzliwości i zrozumienia.

ZL: Dziękuję za rozmowę.

 

 

dr BOŻENA SUCHOCKA – aktorka, reżyser, pedagog Akademii Teatralnej. Asystent Andrzeja Strzeleckiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Davida Schwizera, Michaela Hacketta, Piotra Cieślaka, Filipa Bajona. Reżyserowała na scenach Teatru Dramatycznego w Warszawie, Teatru Narodowego, Teatru Ateneum, Teatru Rozmaitości, Collegium Nobilium i Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Obecnie na scenie Teatru Collegium Nobilium można oglądać ,,Noce sióstr Bronte” przygotowane przez studentów pod jej kierunkiem.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen + nineteen =