Jakub Godzic: Sorry, taka konwencja!

11 kwietnia 2015

O spektaklu Trubadur w reżyserii Laco Adamika w Operze Krakowskiej

Trubadur/fot. Marcin Kopeć

Trubadur/fot. Marcin Kopeć

Każdy z nas myśląc o operze ma pewne skojarzenia. Głownie ograniczą się do stwierdzeń: melodramatyzm i skomplikowana historia miłosna! Czy z happy endem? Ależ broń Boże! Jak zatem miałoby wyglądać takie libretto? Chcąc nakreślić typową operową opowieść potrzebujemy minimum jednej kobiety, na którą przypada co najmniej dwu absztyfikantów. I obowiązkowo muszą być oni śmiertelnymi wrogami. Powiedzmy, że jeden z nich zabija tego drugiego. A dla dodania pikanterii ustalmy, że…. właśnie zamordował własnego brata, którego poszukiwał od lat. Mało prawdopodobne, by taka historia obroniła się na scenie? Nonsens! To właśnie jest  Trubadur Giuseppe Verdiego.

 

Z perspektywy czasu może się wydawać, że to libretto jest wręcz niezrozumiałym bełkotem. I w tym stwierdzeniu jest wiele prawdy. Główna słabość libretta Trubadura polega na umieszczaniu wszystkich najistotniejszych wydarzeń i najbardziej dramatycznych momentów poza sceną lub w przerwie między aktami, a dowiadujemy się o nich z relacji poszczególnych osób dramatu. Dziś może nam się również wydawać, że główni bohaterowie tego dramatu: Leonora, Manrico czy hrabia di Luna to papierowe postaci, ale dzięki muzyce, którą Verdi skomponował z ogromna logiką, lśnią, gdy tylko zaczynają śpiewać. Dlatego właśnie od czasu premiery w 1853 roku Trubadur jest jedną z najpopularniejszych oper.

 

Otwiera ona również przed nami album średniowiecznych rycin, które są zilustrowane doskonałą muzyką. Operze Krakowskiej, która wprowadziła ten spektakl do swojego repertuaru przed dwoma laty udało się coś jeszcze: zaprezentowała zbiór obrazów, które tworzą nowoczesne przedstawienie w starym stylu. Główna w tym zasługa Barbary Kędzierskiej, będącej autorką kostiumów i scenografii, która szczególnie zachwyca w tym spektaklu. Jest ona prosta, klarowna i nieco mroczna, doskonale wpisując się w klimat opowieści. Lecz jej główną zasługą jest mobilność! Bo scenografia jest oparta na ruchowych zapadniach, które pozwalają na szybką zamianę scenografii, przy często zmieniających się scenach. To, że wszystko zmienia się na naszych oczach, jest dodatkową atrakcją dla widza.

 

Jednak cała reszta sprawia już wrażenie sztywnego, koturnowego, a momentami nawet zakrawającego o śmieszność spektaklu. Ale należy zdać sobie sprawę, że taka jest właśnie konwencja, że w tej operze akcja momentami niemiłosiernie spowalnia, wszelkie „sytuacje”, do jakich w niej dochodzi, tężeją lub budzą pobłażanie. Niestety solistom również udało się doskonale to podkreślić, bo taka też była gra śpiewaków tego wieczoru. Katarzyna Oleś-Blacha jako Leonora sprostała tej trudnej technicznie roli, prezentowała przy tym cały arsenał wokalnej wirtuozerii, dzięki czemu jej postać sprawiała wrażenie prawie wiarygodnej. Jednak była skutecznie zagłuszana przez swoich scenicznych adoratorów: zarówno Dominik Sutowicz, jako Marniko, oraz Dainius Stumbras (hrabia di Luna) sprawiali wrażenie, jakby śpiewali siłowo, dociskając głos tak, by osiągnął odpowiednią wysokość i głośność, zapominając o potrzebnym momentami liryzmie. Z niezrozumieniem spotkały się też wymagania, jakie Verdi postawił śpiewakom: hrabia di Luna w wykonaniu Stumbrasa niewiele miał z potęgi, drapieżności i pychy, a już prawie w ogóle nie było subtelności w arii z II aktu Tutto è deserto… Il balen del suo sorriso… Zaś Dominik Sutowicz jako Manrico nie wykazał się brawurą i buńczucznością, jakiej oczekiwałoby się od operowego kochanka, przez co jego deklaracje „burzy uczuć” w jego sercu były mało przekonujące. Najlepiej z rolą poradziła sobie Małgorzata Ratajczak, której Azucena była najbliższa pełnokrwistej postaci. Wspomnieć również należy o chórze: bo w tej operze ma on szczególne miejsce. W partyturze stanowi swego rodzaju luksusowy ornament, a przeznaczone mu są fragmenty niezapomniane: chór cyganów, śpiew mniszek czy uzupełnianie cabaletty hrabiego w II akcie. W tym spektaklu chór Opery Krakowskiej brzmiał wyjątkowo klarownie i był partnerem na scenie, a nie jedynie tłumem, w którym śpiewacy się gubią.

 

Siłą tej inscenizacji jest jej prostota: Manrico jest po prostu trubadurem, Leonora też nikogo nie udaje. A wszelkie jej słabości są jedynie wynikiem recepty na sukces, którą najlepiej oddał Enrico Caruso: wystarczy zgromadzić czworo największych śpiewaków na świecie, by dobrze wystawić Trubadura. Ale prawdę mówiąc… ten krakowski i bez tego ma swój urok.

 

Jakub Godzic

Giuseppe Verdi, Trubadur

Premiera w Operze Krakowskiej: 8 czerwca 2013

Realizacja:

Reżyseria: Laco Adamik

Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk

Scenografia, kostiumy Barbara Kędzierska

Przygotowanie Chóru: Zygmunt Magiera

Reżyseria światła: Bogumił Palewicz

 

Obsada:

Azucena: Małgorzata Ratajczak

Leonora: Katarzyna Oleś – Blacha

Manrico: Dominik Sutowicz

Hrabia di Luna: Dainius Stumbras

Ferrando: Wołodymyr Pankiv

Ines: Monika Korybalska

Ruiz: Marek Gerwatowski

Chór i Orkiestra Opery Krakowskiej

Dyrygent: Tomasz Tokarczyk

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 + 13 =