Jakub Godzic: Wagner dla początkujących

9 stycznia 2015

O spektaklu Lohengrin w reżyserii Antony’ego McDonalda w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie 

Lohengrin/Fotorzepa fot

Lohengrin/Fotorzepa fot

Moja znajoma zapytana z czym kojarzy jej się Wagner, dość szybko i sprawnie odpowiedziała: walkirie, Czas Apokalipsy i dłużyzna! Takie są skojarzenia przeciętnego słuchacza opery, ale czy taka jest rzeczywistość?

 

Okazuje się jednak, że jedną z najpopularniejszych i najczęściej wystawianych oper Wagnera jest Lohengrin. Stanowi on ważną pozycję w dorobku kompozytora. Sama fabuła każe myśleć, że jest to jeszcze opera romantyczna. Świat nadprzyrodzony miesza się tu ze światem realnym: nieznany nikomu szlachetny rycerz ratuje z opresji brabancką księżniczkę Elzę oskarżoną o zabicie brata. Zakochują się w sobie miłością czystą i bezwarunkową, lecz nienawistna Ortrud wraz ze swym nikczemnym mężem Telarmundem knują spisek przeciw nieznajomemu i jego wybrance. W libretcie znajdzie się też szlachetny i mądry król pojawiający się w najbardziej zawiłych momentach akcji niczym deus ex machina. Odnajdziemy tu cały zakres romantycznych inspiracji – z literatury, filozofii, teatru, a nawet polityki. Naszym oczom ukaże się łabędź, Grall, ale i świat realny potraktowany z historyczną wiernością. Mimo tak wyraźnych tradycji opery romantycznej na każdym kroku można wyczuć w Lohengrinie nadchodzące zmiany. Chociażby już w warstwie muzycznej, gdzie Wagner spróbował przekształcić operę w coś na kształt symfonii. Wciąż da się zauważyć tradycyjny podziały na numery (arie, duety, sceny zbiorowe), ale coraz wyraźniejsze stają się dążenia, aby stworzyć dzieło o jednolitej i płynnej narracji. Nawet główny bohater różni się od frazesowo bohaterskich francusko-włoskich odpowiedników. W całym utworze dominuje powściągliwość uczuciowa, zmierzająca do szlachetniejszego rodzaju teatralności.

 

I tę powściągliwość da się wyczuć w warszawskiej inscenizacji Lohengrina, która jest kooprodukcją z Welsh National Opera z Cardiff. Reżyser i scenograf w jednym, Antony McDonald,  potraktował ten utwór z należnym mu szacunkiem. Mimo przeniesienia akcji z czasów średniowiecznych do połowy XIX wieku, fabuła nie ucierpiała. Głównie z uwagi na dochowanie wierności historii. Nie odnajdziemy w tej inscenizacji żadnych nadinterpretacji. Przestrzeń jest prosta, realna, ale nie dominuje nad całością. Dzięki temu możemy skupić się na warstwie muzycznej.

 

W ubiegłym sezonie wszyscy zachwycali się, jak doskonale muzycznie została przygotowana premiera Lohengrina. Do realizacji spektaklu zostali zaproszeni ci sami artyści. Za pulpitem dyrygenckim znów zobaczyliśmy Stefana Soltesza, węgierskiego dyrygenta, który z warszawskiej orkiestry wydobył doskonałe brzmienie już od pierwszych taktów. Mimo iż zespół został poszerzony o kilka grup trąbek (rozmieszczonych na balkonach) całość brzmiała niezwykle przejrzyście. Lecz Maestro współpracował doskonale również ze śpiewakami. W pełni kontrolował dramaturgię, ale co równie istotne, doskonale wyeksponował śpiew.

 

I choć w głównych partiach nie usłyszeliśmy głosów typowo wagnerowskich, pełnych mocy, bogatych i ciemnych, które zdolne są „przekrzyczeć” ogromną orkiestrę symfoniczną, ten Lohengrin nie stracił na uroku w warstwie muzycznej.

 

Zachwycały przede wszystkim dwie panie: Amerykanka Mary Mills, w partii Elzy, która  dysponując sopranem o pięknym i ciepłym brzemieniu wykreowała wzruszającą postać. Anna Lubańska wcielająca się w Ortrud, ziejącą nienawiścią rywalkę Elzy, stworzyła postać czytelną, ale i pogłębioną emocjonalnie. Thomas Hall (jako Telramund) oraz Bjarni Thor Kristinsson (Henryka Ptasznika) wypadli dobrze. Jednak Peter Wedd jako Lohengrin urzekał tego wieczoru najbardziej. Jego głos mógł wydawać się zbyt delikatny do roli wagnerowskiego bohatera. Jednak jego Lohengrin był w najważniejszych momentach liryczny, a głos doskonale oddawał zróżnicowaną ekspresję. Ważną rolę w tej operze odgrywa również chór, który nie tylko sprawnie poruszał się po scenie, ale i równie sprawnie wybrzmiał.

 

Po ubiegłorocznej premierze, która została przyjęta z dużym entuzjazmem, dominowały głosy obawy, że nie spotkamy się już więcej z tym tytułem. Cieszy mnie fakt, że niepokój okazał się płonny. Bo warszawski Lohengrin jest doskonałym spektaklem, by rozpocząć przygodę z Wagnerem.

 

Jakub Godzic

Dyrygent: Stefan Soltesz

Reżyseria, scenografia, kostiumy: Antony McDonald

Choreografia: Lizie Saunderson, Philippe Giraudeau

Przygotowanie chóru: Bogdan Gola

Reżyseria świateł: Lucy Carter

 

Obsada:

Heinrich der Vogler: Bjarni Thor Kristinsson
Lohengrin: Peter Wedd
Elsa von Brabant: Mary Mills
Herzog Gottfried: Karol Miękina

Friedrich von Telramund: Thomas Hall
Ortrud: Anna Lubańska
Herold Królewski: Dariusz Machej
Czterech brabanckich szlachciców: Mateusz Zajdel, Łukasz Rosiak, Damian Wilma, Robert Dymowski
Czterech paziów: Bożena Bujnicka, Joanna Dubiela, Marta Motkowicz, Wanda Franek

Chór i Orkiestra Teatru Wielkiego – Opery Narodowej

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eleven − five =