Jan Karow: Miasto w kawałkach

2 października 2014

O spektaklu Historie bydgoskie w reżyserii Pawła Łysaka z Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy podczas 13. Festiwalu Prapremier

Historie bydgoskie/fot. M. Ankiersztejn

Historie bydgoskie/fot. M. Ankiersztejn

 

Miejmy za sobą najgorsze na początku – tak, przyjechałem na spektakl z Torunia. Nie urodziłem się w nim, ale już od kilku lat tam mieszkam, więc cała otoczka „przyjaźni” bydgosko-toruńskiej jest mi dość dobrze znana. Sam, słysząc różne złośliwe uwagi na temat miasta nad Brdą, mimowolnie się uśmiecham; równocześnie z uwagą śledzę to, co można tam zobaczyć i od pewnego czasu bez skrupułów wsiadam w pociąg i udaję się w czterdziestopięciominutową podróż. W końcu mają operę, filharmonię, słynny klub „Mózg”, prężnie działające Miejskie Centrum Kultury. Jest też teatr, i to nie byle jaki – to w ostatnich sezonach jedna z najważniejszych scen w kraju. Jaka więc jest Bydgoszcz w oczach dramaturga Artura Pałygi oraz reżysera Pawła Łysaka, który po raz ostatni przewodzi festiwalowi, gdyż zamienił dyrektorską tekę na tę w warszawskim Teatrze Powszechnym? Jest w rozpadzie…

 

Już sama forma przedstawienia jest pozbawiona ciągłości. Jest ono skonstruowane jako seria ośmiu monodramów, które jednak pozbawione są związku fabularnego; wspólny jest tylko temat. W zwykłym repertuarowym wydaniu prezentowane są losowo trzy, natomiast specjalnie na potrzeby festiwalu, w blisko trzyipółgodzinnym maratonie, pokazane zostały wszystkie. Każdy taki fragment trwa niecałe pół godziny, będąc w pełni autonomiczny. Pars pro toto, brzmi łaciński zwrot. Nie tym razem. Tak jak monodramy nie składają się w większą całość, podobnie rysuje się obraz miasta. Kilkakrotnie daje się słyszeć słowa typu: zszyta, zespawana, odcięta, wybrakowana. Tak jakby Bydgoszcz trzymała się dzięki jakimś lichym sznurkom, które w każdej chwili mogą puścić. Co tak ją próbuje rozerwać?

 

Pamięć. I jej jednoczesny brak. Brzmi to dość karkołomnie, ale ten paradoks wynika ze skomplikowanej historii. Z jednej strony, kiedy myśli się o tradycji, kojarzą się takie pojęcia, jak stabilność czy kontynuacja. Tutaj tego wszystkiego brakuje. W czasie działań wojennych armia III Rzeszy wymordowała blisko 37 tys. mieszkańców, co sprawia, że obecna ludność składa się w większości z rodzin napływowych. Natomiast, z drugiej strony, właśnie nad tymi, słabo jeszcze związanymi z miejscem ludźmi, unoszą się takie hasła-klątwy, jak Żydzi (z wielkiej społeczności po wojnie wróciło ich… siedemnastu), Naziści (tutaj powstały pierwsze podobozy koncentracyjne dla Stutthof pod Gdańskiem) czy Łuczniczka (będąca symbolem miasta, który ma pochodzenie niemieckie i której „siostry” można znaleźć w trzech miastach w państwie za Odrą).

 

O tym są Historie bydgoskie, które opowiadają różni bohaterowie związani z miastem: wieloletni pracownik „Zachemu”, który odkrywa w sobie głos właścicielki sopranu lirycznego – Klary Dux, szaman, który jako ostatni widział w dzielnicy Jachcice renifera czy kobieta zza wschodniej granicy, tłumacząca przy wsparciu wódki skąd, wzięła się nazwa miasta i czemu zawdzięcza się ją Kazimierzowi Wielkiemu. Na koniec rozbrzmiewa muzyka z „Mózgu” – na scenę wkraczają Mazzoll oraz Sławek i Qba Janiccy, akompaniując cytatom z książki Chłepcąc ciekły hel (…) Sebastiana Reraka i już jest jasne, dlaczego yass narodził się jednak tu, a nie na wybrzeżu. Wszystko celnie napisane, z dużą dozą humoru, aktorzy natomiast potwierdzają świetną renomę miejscowego zespołu. Problem w tym, że niejednokrotnie śmieje się jedynie część widowni, bez dwóch zdań są to mieszkańcy.

 

„Bydgoskość” Fordonu, wieloletnia „kariera” we wspomnianym „Zachem-ie” czy woda z Ostromecka. Wychowałem się niedaleko, więc chwytam dowcipy, ale obawiam się, że wraz z przekroczeniem granicy województwa kontekst znika błyskawicznie. Jestem przekonany, że ten spektakl powstał z miłości do tego miasta, z potrzeby wskazania i nazwania po imieniu jego problemów. „Bydgoszcz, jedyne miasto moje / tutaj ujrzałam świat” – tak lata temu śpiewała Irena Santor w piosence, którą można było usłyszeć w przerwach między monodramami. Jednak problem Bydgoszczy z jej niejednolitością jest specyficzny właśnie dla niej. Hermetyczność treści, jej lokalność na pewno działa na korzyść bydgoszczan, może jednak się okazać barierą nie do przebicia dla ciekawskiego turysty, który akurat skierowałby swoje kroki do teatru.

 

Jan Karow

 

 

 

Artur Pałyga, HISTORIE BYDGOSKIE

reżyseria: Paweł Łysak
scenografia: Ewa Machnio
występują: Mieczysław Franaszek, Alicja Mozga, Roland Nowak, Jakub Ulewicz, Małgorzata Trofimiuk, Marcin Zawodziński, Jerzy Pożarowski, Małgorzata Witkowska

 

premiera 25. października 2013

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 + four =