Jan Karow: Nasze miny, gęby i grymasy

28 grudnia 2014

O spektaklu Miny polskie w reżyserii Mikołaja Grabowskiego w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu

Wielu krytyków regularnie powtarza, że w repertuarach brakuje tzw. teatru środka. Że jest jest albo zbyt pod publiczkę albo zbyt ambitnie. Nie spodziewałem się, że odpowiedź na tę potrzebę odnajdę akurat w toruńskim teatrze. Mikołaj Grabowski przygotował spektakl, który miejscowa publiczność powinna potraktować jako gwiazdkowy prezent – oby grany on był co najmniej do następnej Wigilii.

 

Nie ma teraz dobrego czasu dla historii. Manipuluje się nią, przeinacza, niejednokrotnie obśmiewa albo po prostu nie zwraca uwagi. Artystom wygodnie jest przywdziewać maskę cynika – można rozliczać się z przeszłością, ale najlepiej w towarzystwie zjadliwego rechotu. Jednak to właśnie dzięki historii w ogóle doszło do wystawienia Min polskich – spektakl powstał w ramach Konkursu na Interpretację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”. Wszystko to z okazji obchodów 250-lecia teatru publicznego w Polsce. Stąd Bogusławski, Wyspiański (osią całości było Wyzwolenie) i Gombrowicz – już taki tercet autorów, których teksty złożyły się na scenariusz autorstwa Grabowskiego i Nyczka, budził zaciekawienie. Jak zostali spleceni? W sposób humorystyczny. Tylko wybuchający na widowni śmiech nie był spowodowany czymś w stylu: „Ale znowu dopiekli temu Wyspiańskiemu!”. Nie, nikt tu nie próbował nikogo zdyskredytować, ale pokazać, że można się naszym pełnym cierpiętnictwa, poromantycznym stosunkiem do własnej historii bawić. Nie trzeba było żadnych uwspółcześnień, żeby zobaczyć, że jesteśmy – jako Polacy – nadal tacy sami, jak bohaterowie na scenie. Stroimy tytułowe miny.

 

Szybki kurs, jak robić to w starym, ale ongiś skutecznym stylu, przeprowadził Bogusławski z dwójką swoich aktorów. Niemal każdy ich popis, a szczególnie unikatowy taniec Mirosławy Sobik, nagradzany był oklaskami. Można by stwierdzić, że pełnili oni funkcję szpilki – kiedy balon patosu i powagi niebezpiecznie rósł („Do góry, bracia, do lotu,/ do wyżyn, uniesień ducha,/ pod gwiazdy, duchem wzwyż./ Patrzajcie, oto krzyż!”), pojawiali się, momentalnie odmieniając nastrój („Dykcja!”). Właśnie żonglowanie humorem i koturnowością było  najjaskrawszym atutem tego spektaklu. Można było sądzić, że założono po prostu dwa plany: Wyspiańskiego i Bogusławskiego, do których jakoś tam, na doczepkę, zostanie wpleciony Gombrowicz. Jednak ten prosty schemat pojawił się tylko na początku i wraz z rozwojem spektaklu następowało coraz dalej posunięte przemieszanie wątków, doprowadzając np. do sytuacji, w której wspomniany Gombrowicz dyskutuje z wyjętym z mickiewiczowskich Dziadów Konradem. Obawiałem się również, że zajmujące w pierwszej części sporo miejsca projekcje wideo, w których wykorzystano toruńskie lokacje (cały tył sceny był wielkim ekranem) zostaną nadużyte, ale i to odpowiednio wyważono. Swoją funkcję spełniło także świetne opracowanie muzyczne (m. in. Paweł Szymański, Mozart i… Elvis Presley). Dobrane kompozycje okazały się sojusznikiem wykonawców, uwypuklając klimat konkretnych scen (wspomnieć warto świetne partie śpiewane Agnieszki Wawrzkiewicz jako Harfiarki). To wszystko składało się na spokojny, ale wyraźny rytm spektaklu, dzięki któremu uwaga widza była skupiona tam, gdzie powinna – na scenie.

 

Miny polskie/ fot. Wojtek Szabelski

Miny polskie/ fot. Wojtek Szabelski

Osobne miejsce należy oddać aktorom (a zaangażowano do tego przedstawienia niemal cały miejscowy zespół). To tak, jak z orkiestrą – kiedy przyjedzie dobry dyrygent, to nie wiadomo do końca dlaczego, ale nagle wszystko zaczyna brzmieć lepiej. Tak się właśnie stało w Minach. Grabowski umiejętnie poprowadził każdego z osobna, co zsumowane, dało minimalnie jeszcze coś ponad. Wymieniłem wcześniej parę nazwisk, kusi mnie, żeby wskazać co najmniej kilka kolejnych, jednak w gruncie rzeczy nie chciałbym nikogo wyróżniać z osobna, ponieważ naprawdę wszyscy pokazali, na co ich stać. Niezależnie od tego, czy szarżowali w scenach zabawnych, wręcz farsowych, czy uderzali w poważne tony, wszystko się udawało. Niespotykane. Niezwykle ujął mnie także szacunek wobec tekstu – miałem nieodparte wrażenie, że podczas prób reżyser chodził między nimi i powtarzał: „Spokojnie, nie spiesz się, pozwól wybrzmieć frazie”. Dzięki temu wiersz, który rzadko gości na scenie, okazał się niezwykle przejrzysty i przez to w pełni zrozumiały. Po prostu polszczyzna pod taką postacią, w której słuchało się jej z przyjemnością.

 

Biorąc pod uwagę lokalne warunki, Min polskich po prostu przegapić nie można. To inteligentna rozrywka, która nikogo nie obraża, nie szuka skandalu, nie próbuje na siłę być kontrowersyjną, a pokazuje jak z naszym dziedzictwem można dyskutować, przy okazji serwując blisko półtorej godziny dobrej zabawy. Skrojony ze smakiem spektakl, który pod historycznym płaszczem mówi o nas, a równocześnie czuje się, że twórcy zrobili go przede wszystkim dla nas.

 

Jan Karow

 

Miny polskie

na podstawie Mimiki Wojciecha Bogusławskiego, Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego, Ślubu, Dzienników, FerdydurkeOperetki Witolda Gombrowicza ułożyli Tadeusz Nyczek i Mikołaj Grabowski

 

Reżyseria, scenografia, ruch sceniczny, opracowanie muzyczne: Mikołaj Grabowski

Kostiumy: Katarzyna Kornelia Kowalczyk

Realizacja wideo, reżyseria światła: Michał Grabowski

 

Obsada:

Bogusławski – Michał Marek Ubysz

Aktorka z Mimiki – Mirosława Sobik

Aktor z Mimiki – Arkadiusz Walesiak

Wyspiański – Paweł Kowalski

Konrad/Syn – Łukasz Ignasiński

Muza – Maria Kierzkowska

Wróżka/Córka – Małgorzata Abramowicz

Mówca/Córka – Ewa Pietras

Kaznodzieja – Anna Romanowicz-Kozanecka

Samotnik – Jolanta Teska

Harfiarka – Agnieszka Wawrzkiewicz

Prymas – Jarosław Felczykowski

Karmazyn – Marek Milczarczyk

Starzec – Niko Niakas

Hołysz – Paweł Tchórzelski

Prezes/Ojciec – Grzegorz Wiśniewski

Gombrowicz – Tomasz Mycan

 

Prapremiera: 20. grudnia 2014 r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five + 4 =