Jan Karow: Salon pierwotnych obyczajów

18 września 2014

O spektaklu Bóg mordu w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu

Bóg mordu/fot. Iwona Muszytowska-Rzeszotek

Bóg mordu/fot. Iwona Muszytowska-Rzeszotek

„Proszę, dziękuję, przepraszam” – od najmłodszych lat uczy się, że używanie tych trzech słów cechuje ludzi kulturalnych. Co się jednak dzieje, gdy w dobrze wychowanym towarzystwie pod wpływem intensywnych emocji zapomni się o tym? Prawdopodobnie przestanie być przyjemnie. A gdyby tak w ogóle nie przejmować się konwenansami, zrzucić z siebie maski i mówić dokładnie to, co ma się na myśli? Wtedy już władzę nad sytuacją przejmuje tytułowy Bóg mordu, którego inscenizację wyreżyserowaną przez Bożenę Suchocką można oglądać na Scenie na Zapleczu toruńskiego Teatru im. Wilama Horzycy.

Ten wielokrotnie nagradzany (m. in. amerykańska Tony Award i brytyjska Laurence Olivier Award) dramat Francuzki Yasminy Rezy jest wyjątkowo dobrze znany szerokiej publiczności. Zawdzięcza to Rzezi – filmowej realizacji w reżyserii Romana Polańskiego z 2011 roku. Film ten przypomina bardziej niezwykle wysokobudżetowy teatr telewizji, zaś gwiazdorska obsada (Foster, Winslet, Reilly, Waltz) prezentuje swój potencjał, tworząc cztery pełne energii postaci, które są w stanie wybuchnąć w dowolnej chwili.

 

Tak wysoko zawieszona przez Polańskiego i jego współpracowników poprzeczka powoduje, że, już zasiadając na widowni, widz, który zna jego dzieło, ma prawo mieć wysokie wymagania. Kwestią do wyjaśnienia pozostaje to, czy zostaną one spełnione. W tym przypadku werdykt jest pozytywny. Spektakl Suchockiej jest udany właśnie dlatego, że w ogóle nie próbuje iść drogą, którą już tak mocnym krokiem przeszedł twórca Dwóch ludzi z szafą. Reżyserka, umiejętnie prowadząc aktorów, wiernie trzyma się tekstu, podobnie czyni scenograf Jan Kozikowski, który proponuje oszczędnie zagospodarowaną przestrzeń, nie wykraczając poza sugestie dramatopisarki. W centralnym miejscu sceny znajduje się sofa, fotel, pufa i stolik, po bokach dwa wazony z tulipanami, zaś w głębi stoi ściana udekorowana jedynie afrykańską maską. I tutaj wydaje się leżeć klucz, który zostaje podany widzom do odczytania spektaklu.

 

Podczas gdy film – poprzez przeniesienie akcji do Stanów Zjednoczonych – jest kuksańcem wymierzonym w tamtejsze społeczeństwo, tak toruńskie przedstawienie, pozostając bliżej rozgrywającego się we Francji dramatu, stara się wydobyć z tekstu to, co wspólne dla ludzi kultury Zachodu. A przecież nieustannie zaznaczamy, że to właśnie do nich się zaliczamy. Dwa małżeństwa, wraz z rozwojem akcji, wymieniają coraz to bardziej kąśliwe, wzajemne uwagi, co przy wydatnej pomocy rumu doprowadza także do rękoczynów. Afrykańskie rytmy rozpoczynające spektakl, wspomniana maska przyglądająca się tym wydarzeniom – wszystko to sprawia, że zachowania bohaterów bardziej niż dziecinadę przypominają reguły plemienne, gdzie to najsilniejszy ma rację. Tylko kto nim jest? Trudno powiedzieć i jest to kolejny plus.

 

Czworo aktorów spokojnie przeczekuje początkowe minuty, aby stopniowo rozkręcić się i w dalszych scenach móc szarżować. Wraz z upływem czasu można by powiedzieć, że (podążając za tekstem Rezy) przestają być „wyposażeni” tylko w słowa, a stają się „uzbrojeni” również w gesty . A okazji jest sporo: są krzyki, płacz i groteskowe bójki, w których szczególnie dobrze czują się żony – Véronique (Małgorzata Abramowicz) i Anette (Maria Kierzkowska). Natomiast chwile niezręcznej ciszy są tak umiejętnie skonstruowane, że widownia zostaje w nie wciągnięta i pewną niezręczność daje się odczuć także po tej stronie czwartej ściany. Podobnie fatalnie musieli czuć się wszyscy ci, którym podczas spektaklu wibrowały telefony, kiedy oglądali Alaina (Paweł Kowalski), który to raz po raz przerywał dyskusję dla kolejnej „ważnej” rozmowy. Może trochę więcej ognia mógł czasem dać z siebie Michel w wykonaniu Jarosława Felczykowskiego, ale równocześnie jego bardziej stonowana kreacja uwypukla, że to on w swoim małżeństwie jest pod pantoflem.

 

Toruński Bóg mordu przedstawia się jako kolejna komediowa pozycja w repertuarze, która, podobnie jak chociażby Porucznik z Inishmore, pokazuje, że teatr może być miejscem, w którym zagościć może śmiech, a nie niskich lotów rechot. W końcu do teatru przychodzą przede wszystkim tak cywilizowani ludzie, jak Véronique, Michel, Anette i Alain.

 

Jan Karow

 

Yasmina Reza, Bóg mordu (Le Dieu du Carnage), przekład: Barbara Grzegorzewska

Premiera: 10. maja 2014 Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

Reżyseria: Bożena Suchocka

Scenografia: Jan Kozikowski

Czas trwania: 1 godzina 30 minut (bez przerwy)

 

Udział biorą:

Véronique Houllié – Małgorzata Abramowicz

Michel Houllié – Jarosław Felczykowski

Anette Reille – Maria Kierzkowska

Alain Reille – Paweł Kowalski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eight − 2 =