Jan Karow: Wszystkie drogi prowadzą do Detroit

20 lutego 2015

O spektaklu Detroit. Historia ręki w reżyserii Wiktora Rubina w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy

O spektaklu Detroit. Historia ręki w reżyserii Wiktora Rubina w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy  24. lipca 1951 roku, w dniu, w którym Jolanta Janiczak rozpoczyna swoją podróż w przeszłość i przyszłość amerykańskiego snu, świętowano dwustu pięćdziesiątą rocznicę założenia Detroit. W ramach hucznych obchodów otwarto wówczas między innymi nowe muzeum. Wtedy jeszcze nikt nawet nie wyobrażał sobie kierunku, w jakim już niedługo miało zacząć zmierzać Motor City – sześćdziesiąt lat później całe miasto przeistoczyło się w muzeum ślepej wiary w ideę postępu. Jakkolwiek nieprawdopodobnie czy dziwnie to brzmi, 19. czerwca 2013 roku Detroit zbankrutowało. Jedna z największych przemysłowych potęg Stanów Zjednoczonych upadła, pozostając atrakcyjna chyba tylko dla wampirów – to tam swoją fascynującą kryjówkę ma Adam z ostatniego filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją. Miasto, bez którego fabryk alianci być może nie byliby w stanie skutecznie walczyć podczas II wojny światowej, a amerykanie nie doczekaliby się swojego „volkswagena”, czyli Forda T, zostało opuszczone – populacja spadła z około dwóch milionów do niewiele ponad siedmiuset tysięcy. Wyludnione centrum przeistoczyło się w pustynię, sprzyjając być może jedynemu zjawisku, jakie tam się jeszcze rozwija – przestępczości. Detroit to bowiem jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Ameryce. Jednak nie takie zachwyciło na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku Diego Riverę. Uwiedziony komunistycznymi ideami meksykański malarz zobaczył w fabryce Henry'ego Forda gloryfikację pracy robotniczej, co zaowocowało składającym się z dwudziestu siedmiu fresków muralem, zdobiącym ściany dziedzińca The Detroit Institute of Arts. Dzieło to tak wyraziste, że nieomal nie przetrwało szalejącego po USA McCartyzmu – skończyło się szczęśliwie na zawieszeniu tablicy, w której potępiono poglądy polityczne twórcy przy równoczesnej obronie poziomu artystycznego. Właśnie ten przebudowany dziedziniec DIA wykreował w swojej intrygującej scenografii Michał Korchowiec, umieszczając widzów w jego środku, gdzie dla większości z nich przygotowano miejsca siedzące w postaci... opon. Trudno stwierdzić, żeby siedziało się na nich przez dwie godziny wygodnie, gdyż przemieszczająca się dookoła akcja wymuszała obracanie się w różnych kierunkach. Ale także opowiadana historia uwierała w wielu miejscach. Duet Janiczak-Rubin to poniekąd specjaliści od wykorzystywania przeszłości jako kostiumu do komentarza do współczesności: były Ofelie o pozycji artysty, była polityczna (i naga) Caryca Katarzyna, byli próbujący rozliczać się z romantycznym dziedzictwem Towiańczycy, królowie chmur. Tym razem opowieść, do której się odwołują, jest wyjątkowo bliska – można by rzec, że upadek metropolii zza oceanu to historia, która dzieje się na naszych oczach. Pokazują ją do tego w taki sposób, że wraz z jej rozwojem, przy wzięciu w nawias całej symboliki, jest ona po prostu coraz bardziej przejmująca. „Without Detroit, what would this country be?” - to słowa dokumentalisty Michaela Moore'a, którego fragment filmu rozpoczyna spektakl. Oglądamy w nim byłego pracownika jednej z zamkniętych fabryk, który spytany, co uważa za najcenniejsze wspomnienie z wieloletniej tam pracy, odpowiada prosto: ludzi. To bowiem wpisane w podtytuł ludzkie ręce mają równy udział tak w zbudowaniu potęgi Motown, jak i w jego degeneracji: własnymi rękami Ford (Dominik Stroka) wnosi na ołtarz industrializacji swój silnik samochodowy, to nimi Idealna Para (Aleksandra Bednarz i Bartosz Ostrowski) – upostaciowienie american dream – w swoim tekturowym mieszkaniu, zapewne gdzieś na przedmieściach, ceremonialnie, w iście filmowym zwolnionym tempie, otwiera puszkę Coca-Coli, to z rąk do rąk ustawionych w szeregu pracowników przekazywane są niezliczone opony. Będąc leitmotivem spektaklu, przeistaczają się one wpierw w rozmaite produkty, którymi zwykli obywatele otaczają się niczym symulakrami szczęścia, by ostatecznie przyjąć formę synonimicznej z konsumpcjonizmem, warhalowskiej puszki Campbella – przecież „kupować jest bardziej amerykańskie niż myśleć”. Jednak obie sławne puszki okazują się wypełnione gruzem. Szaleńcza pogoń za towarem to jedna z dróg donikąd. Inną obsesją jest produkcja. Dwa samochody na scenie to jeszcze symbole jej sukcesu – jeden był na wyciągnięcie ręki i kieszeni każdego Amerykanina, drugi – Lincoln – przez wiele lat woził prezydentów Stanów Zjednoczonych, w tym Harry'ego Trumana (Roland Nowak), którego decyzja o kontroli cen sprzedaży po II wojnie światowej była jednym z pierwszych hamulców dla rozwijającego się imperium Forda. Na wideo widzimy także, i, co ciekawe, słyszymy Lunara (Mateusz Tłok), wyprodukowanego przez General Motors łazika księżycowego, który jest obiektem  miłosnych westchnień Szefa NASA (Paweł L. Gilewski). To wszystko okazuje się jednak niewystarczające. „Ale jak zwiększyć szybkość zawrotnej prędkości?” – pyta zafrasowany Ford. Zdanie to doprowadzi wspomniane podawanie opon do granic możliwości – coraz szybciej wygłaszane kwestie przestaną być zrozumiałe, a ostatecznie taśma produkcyjna po prostu się zatnie. Tak jak niektórzy artyści body artu czynią samych siebie treścią sztuki, tak dla robotników głównym sensem ich codzienności była praca – kilku aktorów (w pewnym momencie również sam Ford) funkcjonowało jako żywe fragmenty muralu, na których nagich torsach uniformy malował Rivera (Łukasz Stawarczyk). Robotnicy zaczynali, śpiewając wspólnie Odę do radości, z młotami w ręku odtwarzali: This is my rifle, this is my gun/ This is for shooting, this is for fun! z Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, jednak w pewnej chwili taki model stracił rację bytu. Szaleńczy wyścig osiągnął swoją metę. Wtedy też dialog w zaskakująco płynny sposób przeszedł w wiersz – wymarzone Detroit pozostało już tylko jako spowite dymem, mityczne wspomnienie. Trochę na nieco osobnych prawach funkcjonują w tej opowieści cztery postaci. Frida Kahlo (Sonia Roszczuk) przez większość spektaklu leży w łóżku szpitalnym i wydaje się tylko dodatkiem do postaci Rivery, jednak okazuje się, że bliżej niż do malarstwa męża byłoby jej dziś do muzyki Eminema (Maciej Pesta). Fenomenalna scena, w której wykonuje on Lose Yourself wywodzącego się z Detroit rapera, porywa do dzikiego tańca nie tylko ją, ale wszystkie postaci. To rzadko spotykany wir energii, w którego środku mieliśmy przyjemność się znajdować i aż szkoda, że trochę bardziej nie dała się mu porwać publiczność, czy chociaż nagrodzić go brawami. Natomiast Father Coughlin (Jakub Ulewicz), przemykając pomiędzy postaciami, przypomina trochę faustowskiego Mefistofelesa, jednak jest równocześnie niezwykle istotnym kontekstem wobec podniesionego problemu antysemityzmu Forda – to on przekonywał w cieszących się popularnością, cotygodniowych audycjach radiowych miliony Amerykanów o judaistyczno-komunistycznym spisku. W jednej z końcowych scen spektaklu Żyd (Mirosław Guzowski) staje na kilku tomach niechlubnego rozdziału w życiu motoryzacyjnego potentata, jakim jest zbiór tekstów opatrzonych tytułem Międzynarodowy Żyd. Stylizując swój monolog na przemówienia Hitlera, przytacza wypowiedzi innych postaci z przeszłości, jak Wolter, Goethe czy Wagner, którzy również właśnie w narodzie wybranym widzieli panoszącą się po świecie zarazę, oskarżając założyciela fabryki o przyłożenie ręki do Endlösung, czego skutki zostają zaprezentowane na niewyświetlonym filmie. Można w tym miejscu przytoczyć przerażającą pętlę: Ford koncept pracy przy taśmie zaczerpnął z ubojni mięsa, jest jedynym Amerykaninem wspomnianym w Mein Kampf i to jego zdjęcie znajdowało się w gabinecie Führera, nazistowskie obozy zagłady w swoim chorym rozumieniu realizowały masową eksterminację, w której ponad wszystko liczyła się wydajność. To Holocaust widziany jako prosta konsekwencja industrialnego modernizmu, którego Ford był przecież wzorcowym przykładem. Dreszcz przechodzi na myśl, że w 1938 roku został odznaczony przyznawanym przez III Rzeszę Orderem Orła Niemieckiego za Zasługi, by w 1999 roku znaleźć się na liście najbardziej podziwianych Amerykanów w XX wieku. Historia Detroit to przestroga, która pokazuje, jak skomplikowane i brutalne bywają mechanizmy współczesności. W wydaniu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina to jednak przede wszystkim świetny spektakl, w którym duet ten pokazuje potencjał, jaki drzemie w nich jako artystycznym tandemie – precyzyjny tekst został obudowany wyrazistą, efektowną, ale przy tym niebanalną oprawą teatralną, której należy pozwolić się uwieść. Gdy kilkunastoosobowa obsada opuszcza powoli zbudowane na scenie miasto, zostajemy w nim sami. Podobno jednym z pomysłów było, aby widzowie ruszyli za nimi. Droga, jaką przeszła ta amerykańska metropolia i być może podąży reszta kraju, to chyba jednak nie najlepszy kierunek – ruina trwa, ale czy jest piękna?  Jan Karow  Jolanta Janiczak, Detroit. Historia ręki  reżyseria: Wiktor Rubin scenografia i kostiumy: Michał Korchowiec muzyka: Aśka Grochulska, Tomasz Wyszomirski reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk video: Hanna Maciąg inspicjent: Hanna Gruszczyńska / Mateusz Tłok  występują: Aleksandra Bednarz (Idealna Kobieta), Paweł L. Gilewski (Szef NASA), Mirosław Guzowski (Żyd), Marian Jaskulski (Robotnik Najstarszy) , Roland Nowak (Truman), Bartosz Ostrowski (Idealny Mężczyzna), Maciej Pesta (Eminem), Jerzy Pożarowski (Robotnik-Emigrant), Dawid Rafalski (Kierownik taśmy), Sonia Roszczuk (Frida Kahlo), Jan Sobolewski (Inżynier), Łukasz Stawarczyk (Diego Rivera), Dominik Stroka (Henry Ford), Mateusz Tłok (Lunar), Jakub Ulewicz (Father Coughlin), Małgorzata Trofimiuk (Robotnik Maria), Marcin Zawodziński (Robotnik) oraz statyści.

Detroit. Historia ręki/ fot. M. Hueckel

24. lipca 1951 roku, w dniu, w którym Jolanta Janiczak rozpoczyna swoją podróż w przeszłość i przyszłość amerykańskiego snu, świętowano dwustu pięćdziesiątą rocznicę założenia Detroit. W ramach hucznych obchodów otwarto wówczas między innymi nowe muzeum. Wtedy jeszcze nikt nawet nie wyobrażał sobie kierunku, w jakim już niedługo miało zacząć zmierzać Motor City – sześćdziesiąt lat później całe miasto przeistoczyło się w muzeum ślepej wiary w ideę postępu.

 

Jakkolwiek nieprawdopodobnie czy dziwnie to brzmi, 19. czerwca 2013 roku Detroit zbankrutowało. Jedna z największych przemysłowych potęg Stanów Zjednoczonych upadła, pozostając atrakcyjna chyba tylko dla wampirów – to tam swoją fascynującą kryjówkę ma Adam z ostatniego filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją. Miasto, bez którego fabryk alianci być może nie byliby w stanie skutecznie walczyć podczas II wojny światowej, a amerykanie nie doczekaliby się swojego „volkswagena”, czyli Forda T, zostało opuszczone – populacja spadła z około dwóch milionów do niewiele ponad siedmiuset tysięcy. Wyludnione centrum przeistoczyło się w pustynię, sprzyjając być może jedynemu zjawisku, jakie tam się jeszcze rozwija – przestępczości. Detroit to bowiem jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Ameryce.

 

Jednak nie takie zachwyciło na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku Diego Riverę. Uwiedziony komunistycznymi ideami meksykański malarz zobaczył w fabryce Henry’ego Forda gloryfikację pracy robotniczej, co zaowocowało składającym się z dwudziestu siedmiu fresków muralem, zdobiącym ściany dziedzińca The Detroit Institute of Arts. Dzieło to tak wyraziste, że nieomal nie przetrwało szalejącego po USA McCartyzmu – skończyło się szczęśliwie na zawieszeniu tablicy, w której potępiono poglądy polityczne twórcy przy równoczesnej obronie poziomu artystycznego. Właśnie ten przebudowany dziedziniec DIA wykreował w swojej intrygującej scenografii Michał Korchowiec, umieszczając widzów w jego środku, gdzie dla większości z nich przygotowano miejsca siedzące w postaci… opon. Trudno stwierdzić, żeby siedziało się na nich przez dwie godziny wygodnie, gdyż przemieszczająca się dookoła akcja wymuszała obracanie się w różnych kierunkach. Ale także opowiadana historia uwierała w wielu miejscach.

 

Duet Janiczak-Rubin to poniekąd specjaliści od wykorzystywania przeszłości jako kostiumu do komentarza do współczesności: były Ofelie o pozycji artysty, była polityczna (i naga) Caryca Katarzyna, byli próbujący rozliczać się z romantycznym dziedzictwem Towiańczycy, królowie chmur. Tym razem opowieść, do której się odwołują, jest wyjątkowo bliska – można by rzec, że upadek metropolii zza oceanu to historia, która dzieje się na naszych oczach. Pokazują ją do tego w taki sposób, że wraz z jej rozwojem, przy wzięciu w nawias całej symboliki, jest ona po prostu coraz bardziej przejmująca.

 

Without Detroit, what would this country be?” – to słowa dokumentalisty Michaela Moore’a, którego fragment filmu rozpoczyna spektakl. Oglądamy w nim byłego pracownika jednej z zamkniętych fabryk, który spytany, co uważa za najcenniejsze wspomnienie z wieloletniej tam pracy, odpowiada prosto: ludzi. To bowiem wpisane w podtytuł ludzkie ręce mają równy udział tak w zbudowaniu potęgi Motown, jak i w jego degeneracji: własnymi rękami Ford (Dominik Stroka) wnosi na ołtarz industrializacji swój silnik samochodowy, to nimi Idealna Para (Aleksandra Bednarz i Bartosz Ostrowski) – upostaciowienie american dream – w swoim tekturowym mieszkaniu, zapewne gdzieś na przedmieściach, ceremonialnie, w iście filmowym zwolnionym tempie, otwiera puszkę Coca-Coli, to z rąk do rąk ustawionych w szeregu pracowników przekazywane są niezliczone opony. Będąc leitmotivem spektaklu, przeistaczają się one wpierw w rozmaite produkty, którymi zwykli obywatele otaczają się niczym symulakrami szczęścia, by ostatecznie przyjąć formę synonimicznej z konsumpcjonizmem, warhalowskiej puszki Campbella – przecież „kupować jest bardziej amerykańskie niż myśleć”. Jednak obie sławne puszki okazują się wypełnione gruzem. Szaleńcza pogoń za towarem to jedna z dróg donikąd.

 

Inną obsesją jest produkcja. Dwa samochody na scenie to jeszcze symbole jej sukcesu – jeden był na wyciągnięcie ręki i kieszeni każdego Amerykanina, drugi – Lincoln – przez wiele lat woził prezydentów Stanów Zjednoczonych, w tym Harry’ego Trumana (Roland Nowak), którego decyzja o kontroli cen sprzedaży po II wojnie światowej była jednym z pierwszych hamulców dla rozwijającego się imperium Forda. Na wideo widzimy także, i, co ciekawe, słyszymy Lunara (Mateusz Tłok), wyprodukowanego przez General Motors łazika księżycowego, który jest obiektem  miłosnych westchnień Szefa NASA (Paweł L. Gilewski). To wszystko okazuje się jednak niewystarczające. „Ale jak zwiększyć szybkość zawrotnej prędkości?” – pyta zafrasowany Ford. Zdanie to doprowadzi wspomniane podawanie opon do granic możliwości – coraz szybciej wygłaszane kwestie przestaną być zrozumiałe, a ostatecznie taśma produkcyjna po prostu się zatnie. Tak jak niektórzy artyści body artu czynią samych siebie treścią sztuki, tak dla robotników głównym sensem ich codzienności była praca – kilku aktorów (w pewnym momencie również sam Ford) funkcjonowało jako żywe fragmenty muralu, na których nagich torsach uniformy malował Rivera (Łukasz Stawarczyk). Robotnicy zaczynali, śpiewając wspólnie Odę do radości, z młotami w ręku odtwarzali: This is my rifle, this is my gun/ This is for shooting, this is for fun! z Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, jednak w pewnej chwili taki model stracił rację bytu. Szaleńczy wyścig osiągnął swoją metę. Wtedy też dialog w zaskakująco płynny sposób przeszedł w wiersz – wymarzone Detroit pozostało już tylko jako spowite dymem, mityczne wspomnienie.

 

Trochę na nieco osobnych prawach funkcjonują w tej opowieści cztery postaci. Frida Kahlo (Sonia Roszczuk) przez większość spektaklu leży w łóżku szpitalnym i wydaje się tylko dodatkiem do postaci Rivery, jednak okazuje się, że bliżej niż do malarstwa męża byłoby jej dziś do muzyki Eminema (Maciej Pesta). Fenomenalna scena, w której wykonuje on Lose Yourself wywodzącego się z Detroit rapera, porywa do dzikiego tańca nie tylko ją, ale wszystkie postaci. To rzadko spotykany wir energii, w którego środku mieliśmy przyjemność się znajdować i aż szkoda, że trochę bardziej nie dała się mu porwać publiczność, czy chociaż nagrodzić go brawami. Natomiast Father Coughlin (Jakub Ulewicz), przemykając pomiędzy postaciami, przypomina trochę faustowskiego Mefistofelesa, jednak jest równocześnie niezwykle istotnym kontekstem wobec podniesionego problemu antysemityzmu Forda – to on przekonywał w cieszących się popularnością, cotygodniowych audycjach radiowych miliony Amerykanów o judaistyczno-komunistycznym spisku. W jednej z końcowych scen spektaklu Żyd (Mirosław Guzowski) staje na kilku tomach niechlubnego rozdziału w życiu motoryzacyjnego potentata, jakim jest zbiór tekstów opatrzonych tytułem Międzynarodowy Żyd. Stylizując swój monolog na przemówienia Hitlera, przytacza wypowiedzi innych postaci z przeszłości, jak Wolter, Goethe czy Wagner, którzy również właśnie w narodzie wybranym widzieli panoszącą się po świecie zarazę, oskarżając założyciela fabryki o przyłożenie ręki do Endlösung, czego skutki zostają zaprezentowane na niewyświetlonym filmie. Można w tym miejscu przytoczyć przerażającą pętlę: Ford koncept pracy przy taśmie zaczerpnął z ubojni mięsa, jest jedynym Amerykaninem wspomnianym w Mein Kampf i to jego zdjęcie znajdowało się w gabinecie Führera, nazistowskie obozy zagłady w swoim chorym rozumieniu realizowały masową eksterminację, w której ponad wszystko liczyła się wydajność. To Holocaust widziany jako prosta konsekwencja industrialnego modernizmu, którego Ford był przecież wzorcowym przykładem. Dreszcz przechodzi na myśl, że w 1938 roku został odznaczony przyznawanym przez III Rzeszę Orderem Orła Niemieckiego za Zasługi, by w 1999 roku znaleźć się na liście najbardziej podziwianych Amerykanów w XX wieku.

 

Historia Detroit to przestroga, która pokazuje, jak skomplikowane i brutalne bywają mechanizmy współczesności. W wydaniu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina to jednak przede wszystkim świetny spektakl, w którym duet ten pokazuje potencjał, jaki drzemie w nich jako artystycznym tandemie – precyzyjny tekst został obudowany wyrazistą, efektowną, ale przy tym niebanalną oprawą teatralną, której należy pozwolić się uwieść. Gdy kilkunastoosobowa obsada opuszcza powoli zbudowane na scenie miasto, zostajemy w nim sami. Podobno jednym z pomysłów było, aby widzowie ruszyli za nimi. Droga, jaką przeszła ta amerykańska metropolia i być może podąży reszta kraju, to chyba jednak nie najlepszy kierunek – ruina trwa, ale czy jest piękna?

 

Jan Karow

 

Jolanta Janiczak, Detroit. Historia ręki

 

reżyseria: Wiktor Rubin

scenografia i kostiumy: Michał Korchowiec

muzyka: Aśka Grochulska, Tomasz Wyszomirski

reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

video: Hanna Maciąg

inspicjent: Hanna Gruszczyńska / Mateusz Tłok

 

występują:

Aleksandra Bednarz (Idealna Kobieta), Paweł L. Gilewski (Szef NASA), Mirosław Guzowski

(Żyd), Marian Jaskulski (Robotnik Najstarszy) , Roland Nowak (Truman), Bartosz Ostrowski (Idealny Mężczyzna), Maciej Pesta (Eminem), Jerzy Pożarowski (Robotnik-Emigrant), Dawid Rafalski (Kierownik taśmy), Sonia Roszczuk (Frida Kahlo), Jan Sobolewski (Inżynier), Łukasz Stawarczyk (Diego Rivera), Dominik Stroka (Henry Ford), Mateusz Tłok (Lunar), Jakub Ulewicz (Father Coughlin), Małgorzata Trofimiuk (Robotnik Maria), Marcin Zawodziński (Robotnik) oraz statyści.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × 5 =