Julia Lizurek, Agata M. Skrzypek: OFFOWI LUZERZY

7 czerwca 2016

CZĘŚĆ PIERWSZA: O tym, czym jest teatr offowy, czy różni się od instytucjonalnego i jaki ma potencjał

fot. Patrycja Wróbel

fot. Patrycja Wróbel

Rozmowa z dr Artim Grabowskim – performerem (Teatr Porywaczy Ciał, Fort Sztuki), wykładowcą na ASP w Krakowie, członkiem Rady Programowej Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, Maciejem Dziaczko – aktorem, performerem, reżyserem, pedagogiem, realizatorem światła i dźwięku (Teatr Gliwicki 9a, Teatr Rawa, Suka Off z Katowic, Stowarzyszenie Teatralne A Part z Katowic, Teatr Porywaczy Ciał, Teatr Cogitatur, Śląskie Laboratorium Pedagogiki Teatru), Kubą Palaczem – aktorem (PWST w Krakowie), performerem, muzykiem, reżyserem (Teatr Eloe Theater of Noise), właścicielem Kawiarni Naukowej i Tomaszem Stefanowiczem – teatrologiem, aktorem (Teatr Panopticum z Lublina oraz miejskiego teatru KTO z Krakowa).

Agata Skrzypek: Nasz panel nosi tytuł „Offowi luzerzy”. Chciałyśmy z Julią już na wstępie sprowokować was do refleksji nad tym, kim jest osoba, która działa w teatralnym podziemiu. Czy trafia do niego przypadkiem, czy poniosła porażkę w instytucji, a może wygląda to jeszcze inaczej? Jakie są początki offowego luzerstwa?

Maciej Dziaczko: Wszystko zadziało się przypadkiem – a może właśnie przypadku w tym nie było. Po skończeniu podstawówki, czas było wybrać jakąś szkołę. Ważne dla mnie było, żeby szkoła znajdowała się blisko od domu i tak trafiłem do liceum profilowanego. Do wyboru były cztery kierunki: dziennikarstwo, które już wtedy wydawało mi się podejrzane, informatyka – tu sprawa była jasna, bo oprócz Commodore 64 nie miałem komputera, kierunek menadżerski, na którym  do dzisiaj nie wiem czym się zajmowali, oraz estradowo-teatralny. A że w tym czasie miałem już na swoim koncie całkiem pokaźną liczbę zagranych koncertów na pogrzebach, spakowałem swój puzon i poszedłem na przesłuchania. To było jedyne co potrafiłem, więc tym się zająłem. Zawsze najpierw podejmowałem działanie, a potem zastanawiałem się co dalej. Zatem warsztaty i drobne działania sceniczne na początku w szkole, a potem coraz częściej poza nią; na początku raz w tygodniu, w wakacje, w niedzielę i w święta zamiast kościoła, aż w końcu w każdy wieczór, każdego dnia, a potem nawet w nocy – bo zamieszkałem w teatrze przy ulicy Gliwickiej 9a w Katowicach, czyli w Teatrze Cogitatur. Nie byłem świadomy, że trafiłem do teatru offowego, choć wiedziałem, że to jedyny rodzaj teatru, który mnie interesuje.

Arti Grabowski: Kiedy zostaliśmy zaproszeni do udziału w evencie o tym dwuznacznym tytule – odebrałem to jako lekki pstryczek w nos. Bo rzeczywiście przez te ostatnie lata trochę się „sfrajerzyliśmy”. Kilka undergroundowych zębów siedzącym tu szczurom ubyło. Z perspektywy miejsca gdzie obecnie się znajduję, nie mogę powiedzieć, że nadal jestem offowym artystą. Po pierwsze jestem dość mocno uzależniony od dwóch instytucji; pracuję na Akademii Sztuk Pięknych i od kilku lat współpracuję z Państwową Galerią Sztuki w Sopocie. Po drugie i co ważniejsze: została wypracowana formuła, w której zachowałem niezależność merytoryczną i programową. Dopóki będę czuł, że nie sprzedaję tyłka, a instytucje to docenią – tak długo będziemy współpracować. Dodam: mam wiele szczęścia, że mogę sobie na tak wiele pozwolić programowo i pedagogicznie w tych miejscach.

Swoją pracę w teatrze zaczynałem w Teatrze Porywaczy Ciał w 2000 roku. Miałem w tym czasie okazję poznać te legendarne teatry, które były alternatywą dla wszystkiego: Teatr Ósmego Dnia, Stefa Ciszy, Biuro Podróży, Kana czy ruch Pomarańczowej Alternatywy. I to było fascynujące, ale to czasy chyba sprzyjały przyjęciu alternatywnej, buntowniczej postawy. Zajmowałem się wtedy głównie sztuką performance. Szyliśmy przedstawienia z resztek, kombinowaliśmy, byliśmy całkowicie poza marginesem, nawet tym alternatywnym. Performance nie było ani w galeriach, ani na rynku sztuki czy na uczelniach; nawet nie pretendowaliśmy to tego, żeby się pojawił. Tak się stało naturalną siłą rzeczy po latach. Wszedł na salony instytucji, galerii, uczelni. „I brzydkiej kurze trafiło się złote jajo”. Marina Abramović powiedziała w „Artystce obecnej”: „w latach sześćdziesiątych byłam artystką alternatywną, w latach siedemdziesiątych byłam alternatywną artystką, dziewięćdziesiątych – już mam dość!” Śmiech

Julia Lizurek: Macie jeszcze w pamięci teatr alternatywny o charakterze politycznym. Na czym polegałaby ta niezależność myślenia, o której mówił Arti? Jak to było w Panopticum?

Tomek Stefanowicz: Panopticum był najlepszym teatrem młodzieżowym w Lublinie. Praca w teatrze instytucjonalnym była poza możliwościami młodzieży, a kiedy zaczynałem współpracować z nimi, byłem nastolatkiem. Miałem wówczas poczucie, że nic nie przegrywam, a wygrywam wszystko. Wygrywałem wolność twórczą.

Przygotowując się do tego spotkania, siłą rzeczy porównywałem pracę w KTO i Panopticum. W tym drugim nie było żadnych zobowiązań finansowych, żadnych umów. Mieliśmy dostęp do sali i zadania do zrobienia. Natomiast mogliśmy pójść w zabawę i „nic-nie-robienie”, tarzanie i wyzwalanie emocji. I to często przynosiło bardzo ciekawe rezultaty artystyczne, z pewnością też pozwalało na głębsze poznanie się osób tworzących zespół, na co nie było niestety czasu w KTO.

Mieliśmy też wolność w doborze tematu: nie byliśmy zobligowani, żeby zrobić spektakl o czymś konkretnym. Dramaturg nie dyktował nam tego. Tematy proponowaliśmy my lub reżyser, zawsze jednak pracę nad konkretnym tekstem podejmowaliśmy za obopólną zgodą. Chcieliśmy robić teatr i to było najpiękniejsze.

Kuba Palacz: Lata dziewięćdziesiąte, po przemianach, były bardzo ciekawe. Teatry instytucjonalne były w ciężkiej sytuacji. Zamieniano je często na kasyna, bo teatry nie miały pieniędzy na swoją działalność. Miejscowa mafia miała używanie. Chyba nawet sztuka o tym powstała.

Problemem w instytucji był zakup projektora, bo nie było nawet kasy na sprzątaczki i aktorów. Nagle teatr offowy je wprowadził. Lepiej mieć projekcje niż budować scenografię, prawda?

Teatr instytucjonalny jest taką hydrą. Wyciąga z offu najlepszych ludzi, przekupując ich często, wciąga ich w ten establishment, z uśmiechem na ustach, klepiąc po ramieniu. A po jakimś czasie przerabia ich. Pamiętam jak Stuhr mówił: możecie brać udział we wszystkim, ale pamiętajcie, gdzie jest wasz główny korzeń, gdzie jest to, czym się zajmujecie, czyli teatr. Zawsze się będę pod tym podpisywał.

Istnieje jakiś rodzaj węzła i ciągłości, która łączy artystów. Są teatry offowe, które zniknęły, ponieważ ich ludzie poszli pracować do instytucji. Skończyła się pewna formuła. Teatr instytucjonalny zawsze wyciąga z offu to, co najlepsze. To jest bardzo niesprawiedliwe, choć pewnie naturalne. Większa komórka zasysa z mniejszej komórki.

Takie sytuacje dzieją się też na zachodzie się, gdzie jest więcej pieniędzy i ktoś, kto zostanie dostrzeżony, dostaje lepsze propozycje. W Polsce instytucje często walczą z teatrami offowymi. W latach dziewięćdziesiątych było to dostrzegalne, kiedy teatr instytucjonalny nie miał kasy. Teraz ma. Nadeszły nowe czasy, nowe sytuacje, nowe rozdania.

fot. Patrycja Wróbel

fot. Patrycja Wróbel

JL: O czym chcieliście wtedy mówić?

MD: Pamiętam, zresztą to dotyczy nas wszystkich, jak byłem na spektaklu La Futra dels Baus – ten teatr zrobił rewolucję w całym świecie niezależnym. Z jednej strony wrażenie robiła multimedialność ich przedstawień, z drugiej – sposób docierania obrazu. Okazało się, że nie trzeba myśleć linearnie. Można dotykać większej ilości tematów i niekoniecznie bezpośrednio się za czymś opowiadać, co jest teraz modne. Chociaż mody na pewne tematy zawsze istniały, nawet w teatrach nieinstytucjonalnych.

Istnieją różne rodzaje teatrów offowych. Tym co ja bardzo lubię w teatrze niezależnym, to powstawanie pewnej zbiorowości, procesów komunikacyjnych, relacji międzyludzkich. Mógłbym to nazwać kółkiem terapeutycznym. Często ten proces spotkania to nie tylko próba, spektakl, tylko same bycie z sobą. Czasami ma to wymiar sekciarski, ale bez wątpienia szczery. Teraz oczywiście ta zbiorowość również jest istotna, ale ważniejszy jest jej społeczny wymiar. Możemy się z różnymi ludźmi spotkać, zderzyć, czegoś od nich dowiedzieć i to jest ważne i ciekawe.

JL: Ciekawe jest to, że ważniejsza od tematów spektakli jest rodząca się zbiorowość, wspólnota.

TS: Całkowicie się z Maćkiem zgodzę. W teatrze w Lublinie mieliśmy swoją grupę, czuliśmy się bezpiecznie. Tym co mnie tam spotkało, była akceptacja. Natomiast w instytucji to było wejście w szeregi danej grupy. Nie zawsze i nie dla każdego było to możliwe. Jednak niektóre teatry instytucjonalne są również znane ze świetnych zespołów, w których ludzie się doskonale znają.

Głos z publiczności: Wydaje mi się, że teatr offowy ma teraz jeden podstawowy problem: nie ma zakazów czy odgórnie narzuconych problemów, których może on dotykać.

AG: To się powoli zmienia. Mamy teraz szansę powrócić do offu.

Jasne. Ale zastanawiam się czy teatr instytucjonalny nie stał się po prostu zamiennikiem offu, który zaczyna konfabulować.

AG: Oczywiście. Popatrzcie na Teatr Ósmego Dnia. To jest jedna wielka instytucja. Tamtej niezależności zobligowanej buntowniczą postawą już nie ma. „Artysta głodny jest bardziej wiarygodny”. Sztuka w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych musiała kombinować, stosować różne chwyty. Ona wojowała dla wyższych celów. Wtedy wystarczyło wykonać jeden gest na placu, ulicy i to groziło ciupą. My na razie żyjemy w bezpiecznych czasach, jesteśmy pozbawieni tego ryzyka – mamy inny rodzaj zagrożenia. Ale te czasy być może znów się zmienią i cenzura wróci, a artyści będą paleni na stosie.

I jeszcze a propos grup, które wykorzystują trybiki, ale nie wybijają sobie undergroundowych zębów. Dosłownie kilka tygodni temu spotkałem dwie bardzo ciekawe „efemeryczne grupy”. Artyści spotykają się w jakimś ustalonym miejscu, urządzają akcje w konwencji flashmoba – spadającej bomby. Uderzają w tematy zaognione: polityczne, wojenne, egzystencjonalne. Projektują coś na kształt efemerycznego pomnika. A potem znikają, są nieuchwytni, ale z tego co wiem, są dobrze dotowani przez swoje kraje. Taką grupą jest Non Grata, La Pocha Nostra czy enigmatyczny I’AMESH.

MD: Mam kolegów, którzy zastanawiają się nad tym jaki tytuł spektaklu wymyślić, żeby go wypromować. Z jednej strony można być kontrowersyjnym, a z drugiej – to komedie dobrze się sprzedają. Takie są potrzeby rynku. Czy możemy to jeszcze nazywać offem?

Inny problem: był taki moment na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych, kiedy zaczęliśmy się zastanawiać, o czym opowiadamy w spektaklach – mówię tu oczywiście w szerszym kontekście. Stara alternatywa schodziła na margines, bo polityczny kontekst, powiedzmy to, się chwilowo wyczerpał. Często jeszcze zostawała forma: widoczne były wpływy Kantora, Mądzika, Odinu czy grotowszczyzna. Część teatrów, „dinozaurów”, rzeczywiście zaczęła organizować się jako instytucje państwowe. Mówiliśmy o Teatrze Ósmego Dnia, ale także Cogitatur czy Kana, które były zależne od swojego interesu, na przykład restauracji, stowarzyszenia, fundacji, dotacji z miasta czy województwa.

Kiedy współorganizowaliśmy w Katowicach wraz z Marcinem Herichem festiwal teatrów niezależnych A Part w Katowicach, władze miejskie chciały cofnąć dotację, ponieważ w przedstawieniach niektórych teatrów pojawiała się nagość. Wcześniej nie było z nią problemu. Wspominaliśmy dzisiaj Teatr Terminus a Quo Edwarda Gramonta z Nowej Soli i spektakl Radżas, który widziałem na Festiwalu Malta, na rynku miejskim w Poznaniu, w samo południe. W tym przedstawieniu aktorzy zabijali rybę, a Pani Młoda w tańcu godowym wokół niej rozbierała się do naga.

Pojawiły się grupy w małych miejscowościach, które miały tematy dotyczące zbiorowości: np. w Skierniewicach, w województwie zachodniopomorskim i w przestrzeniach wiejskich: Szamocin, Michałowice, Węgajty, Sejny, Teremiski, Wolimierz. Opowiadały o swojej kulturze, o obrzędach, legendach, tajemnicach, konfliktach, ale również po prostu znalazły przestrzeń do niezależnego tworzenia i życia. A teraz, z powodu różnych zmian, pewnie znów wrócą tematy polityczne, a niezależność twórcza zostanie tylko pozorem lub marginesem. Dlatego ciężko mi powiedzieć co jest offem, a co nie. Wieloma znaczeniami obrosło słowo „off”, łatwo wypowiedzieć, trudniej znaleźć. To może jest to „luzactwo”. Off jest poza tym spotkaniem.

AG: Może warto przypomnieć kilka słów zastępczych: alternatywa, niezależność. Ale wtedy należy zapytać od czego: instytucji, pieniędzy, czy może chodzi o niezależność merytoryczną (czyli czy ktoś się wpierdziela w moje pomysły). Dla mnie najczystszą formą offu może być „teatr amatorski” – amare od „zakochany”, całkowicie oddany, uniezależniony i bezkompromisowy. Niedbający o udział w festiwalach czy nagrody. Pierwiastek offu możemy znaleźć jeszcze tylko w tych piwnicach. Przyznałem już: nie jestem już undergroundowym czy krytycznym artystą. Jednak jeśli ktoś naruszy moje pole decyzyjne, merytoryczne to odzywa się we mnie ten stary punkowiec i mówię „no fucking way”.

c.d.n.

tagi: , | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × 1 =