Julia Lizurek: Ciężkie jest mówienie

26 czerwca 2016

Rozmowa z reżyserem krakowskiej Sceny 21, byłym menadżerem Teatru Nowego SEBASTIANEM MYŁEK

Sebastian Myłek: Ciężko mi o tym opowiadać. Nie lubię też mówić za dużo o tym, co robię. Chcę, żeby widzowie zobaczyli spektakl, a nie czytali jakieś rozmowy.

Mewa/mat. archiwalne

Mewa/mat. archiwalne

CZĘŚĆ 1. POCZĄTEK

Julia Lizurek: Opowiedz mi o tym, jak zacząłeś zajmować się teatrem.

Po prostu od jakiegoś czasu miałem potrzebę, żeby zrobić swój spektakl. Jeszcze zanim zacząłem pracę w Teatrze Nowym. Wiem, że teraz dobrze by było, gdybym powiedział, że ktoś mnie popchnął do tego albo zainspirował. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Chodziłem do teatru, przyglądałem się temu, i w pewnym momencie pomyślałem, że też chciałbym to robić. Na początku zrobiłem spektakl Krystyna J. Znowu Premiera, który powstał jakieś trzy lata temu, może nawet cztery.

Ile lat miałeś?

Powiedzmy, że dwadzieścia pięć. Nie wiem – późno, wcześnie?

Postanowiłem zrobić moje urodziny w Teatrze Nowym i przy okazji coś przygotować, jakiś program artystyczny. Spektakl się spodobał, później się rozwinął. Na początku miał formę improwizowaną, stand-upową. Scenariusz oparty jest o teksty Krystyny Jandy na Facebooku – taki cytat performatywny z tej aktorki. Niedawno wróciliśmy do niego. Dostaliśmy zaproszenie do Gniezna od naszych znajomych ze Stowarzyszenia „Ośla Ławka”. Przyszło jakieś siedemdziesiąt osób w różnym wieku: starsze panie, młodzież szkolna. Bardzo to było dla mnie ciekawe. Podobało się. Pomyślałem, że ten spektakl to taka rozmowa międzypokoleniowa.

Taki teatr cię interesuje?

Nie wiem. Kiedy przygotowywałem Krystynę J., to myślałem, żeby to było coś luźnego, niezobowiązującego, dla znajomych.

Publiczność bierze duży udział w tym spektaklu. To od niej zależy jakiego charakteru nabierze. Jeśli widownia nie chce uczestniczyć, to przedstawienie wiele traci. Ostatnio odkryłem, że wiele osób zna teksty Jandy na pamięć. Były takie panie, które cały czas powtarzały kwestie za Rafałem Korzeniewskim (odtwórcą roli Krystyny J.) i wdawały się z nim w dyskusję.

Mewa/mat. archiwalne

Mewa/mat. archiwalne

CZĘŚĆ 2. DOŚWIADCZENIE

Jak trafiłeś do Teatru Nowego?

Poznałem ludzi, przygotowałem konferencję prasową i zaproponowali mi pracę. Nie myślałem, że będę tam pracował. Robiłem wtedy zupełnie co innego.

Jaka tam panuje atmosfera? Dominuje wyobrażenie, że w środowisku niezależnym panuje wspaniały, twórczy ferment, natomiast już w instytucjonalnych teatrach wszyscy walczą o stołki i pozycje.

Nie wiem jak to jest, nie chciałbym wyrokować. Ja tam żadnego spektaklu nie wyreżyserowałem. To co zrobiłem, zrobiłem sam, o własnych siłach, za własne pieniądze. To już o czymś mówi. Jako osoba, która nie skończyła studiów na Wydziale Reżyserii, byłem traktowany trochę mniej poważnie, jeśli chodzi o moje propozycje artystyczne.

Co ci dała praca w Teatrze Nowym?

Przede wszystkim poznałem wielu ludzi. I wiedziałem dzięki nim, jak się zabrać za robienie teatru. Nauczyłem się produkcji spektakli. Miałem okazję być asystentem reżysera Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym w Łodzi. To był fajny czas, poczułem klimat pracy nad spektaklem.

Co dało podglądanie profesjonalnych reżyserów?

Nauczyłem się podstawowych rzeczy: jak pracować z aktorem, jak się prowadzi próby, jak się przygotować do premiery, żeby to wyglądało profesjonalnie, nawet przy minimalnych nakładach finansowych. Dlatego też starałem się, żeby Mewa, mimo że jest spektaklem amatorskim, była na jak najwyższym poziomie. To, że robimy spektakl amatorski, nie znaczy, że robimy coś gorszego.

Mewa/mat. archiwalne

Mewa/mat. archiwalne

CZĘŚĆ 3. SPEKTAKL

W jaki sposób pracujesz z aktorem?

Opowiem na przykładzie Mewy. Pracowaliśmy nad nią bardzo długo, bo jakieś pół roku. Głównie z tego względu, że większość z aktorów wchodziła pierwszy raz na scenę. Przez trzy miesiące odbywaliśmy prace warsztatowe. Pracowaliśmy na początku na oryginalne Czechowa. Również z tego względu, żeby nie umknęło nam nic z tego, co chciał przekazać. Po tym okresie Joanna Oparek zabrała się za adaptację. Chcieliśmy opowiedzieć między innymi o młodych ludziach aspirujących do bycia artystami. To miała też być nasza wypowiedź o teatrze – kiedy kończy się teatr offowy, a kiedy zaczyna się instytucja.

To co daje off?

Ja nie chciałbym też tak dzielić na off i mainstream.

Myślałeś, żeby wykorzystać znajomości, które zyskałeś w teatrze?

Na razie działamy z Joanną. Znaleźliśmy porozumienie. Podoba jej się jaki mam pomysł na teatr. Ona ma podobny. Cieszę się, że taką osobę spotkałem. Joanna przygotowuje bardzo dobre adaptacje, a bez dobrego tekstu nic się w teatrze nie zrobi.

Tym, co mnie fascynuje w Mewie, jest stagnacja, odczuwanie lęków przed tym, co chce się zrobić.

Ten spektakl jest też o mnie. Potrzebowałem rozliczyć się z tym, co mnie denerwuje w tym środowisku. To są tacy artyści, którzy ciągle mówią, że coś zrobią, a tak naprawdę nic z tego nie wynika. Popadają w coś w rodzaju depresji i na tym się kończy ich twórczość. I to jest smutne, bo naprawdę mogliby działać. Ludzie aspirują do czegoś, a często to się nie udaje. Na przykład kilku z moich aktorów próbuje dostać się do PWST. Chociaż uważam, że powinni, to dostają się inni. To rodzi frustrację. O tym też jest spektakl.

Trochę przerobiliśmy Czechowa, ale robienie oryginału chyba nie miałoby sensu. Musieliśmy opowiedzieć o naszych tematach.

Co było anachroniczne dla ciebie?

Nie zastanawiałem się. Robię spektakle bardzo intuicyjnie. Nie mam gotowych założeń, jak ma on wyglądać. Wszystko wychodzi w trakcie prób. Dużo oczekuję od aktorów. Chcę, żeby to była praca zespołowa.

Tematem, który wybrałem z Mewy, było środowisko teatralne czy ogólnie artystyczne. I na tym się skupiłem, bo najwięcej mogłem o tym powiedzieć.

Chciałeś nabrać dystansu?

Nie wiem. (śmiech)

Chodzi ci teraz po głowie jakiś inny tekst, za który chciałbyś się zabrać?

Tak. Przymierzam się do Sztuki bez tytułu Garci Lorci. Znowu ten sam temat teatru. To już będzie trzeci spektakl o tym. O teatrze i życiu. (śmiech)

Nie ma się co oszukiwać, że do teatru chodzą wszyscy i będzie on narzędziem zmiany społecznej. Ale nie boisz się, że ktoś ze środowiska się obrazi? Nie czujesz, że musisz się podlizać?

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał. Szczególnie, że jeśli robię coś dla siebie, to nie jestem zależny od instytucji, budżetu, terminów. Mogę decydować sam o sobie.

A chciałbyś dostał budżet, aktorów, scenę i możliwość pracowania z nimi przez dwa miesiące?

Jasne! Trzeba wtedy stworzyć taką sytuację, w której interesy teatru nie będą sprzeczne z tym, co ja chcę zrobić. Można iść na kompromisy, ale nie zrobiłbym nic, co by mi nie odpowiadało. Wtedy zrobiłbym zły spektakl.

Najgorzej jest myśleć o sobie, że już się wszystko osiągnęło. Bo wtedy już się nic nie zrobi. Gdybym uznał, że zrobiłem coś genialnego, to byłaby to dla mnie porażka.

Miałeś kiedyś taką publiczność, która nie reaguje?

Najczęściej taka jest na Krystynie J. – trzeba poczuć konwencję tego spektaklu.

Zniechęca cię to?

Nie, to też stanowi wyzwanie. Nigdy nie można powiedzieć, że spektakl jest zły albo dobry. W każdym można znaleźć coś takiego i takiego. Nawet jeśli znajdziemy jedną dobrą myśl, motyw, to już warto to było zrobić albo obejrzeć. Nie chodzi tylko o to, żeby tworzyć rzeczy, które się podobają; dobrze, kiedy publiczność nie zgadza się na to, co widzi. Gadanie, że robię to tylko dla widzów, też nie jest do końca prawdą.

Czuję, że ciężko ci o tym mówić.

Ciężko wypowiadać jakieś deklaracje. Czytałem twój pierwszy wywiad z cyklu. Nie podobało mi się, co mówił ten pan, bo dla mnie to było o niczym. Przepraszam, to nie twoja wina. Najbardziej rozbawił mnie motyw z tym bieganiem po nocy.

Nie masz takich duchowych przeżyć?

Jestem bardzo konserwatywny, jeśli chodzi o pracę z aktorami.

Cały czas szukam tego, co chciałbym robić. Nie jestem zawodowcem, działam intuicyjnie. Na razie polega to na tym, że mam swoją koncepcję i staram się, aby aktorzy ją zrealizowali.

Czy można powiedzieć, że siła jest w waszym profesjonalizmie i zgraniu zespołowym? I tym, że chce się z wami być na scenie?

Podobało mi się na Festiwalu Epizod to, że nawet jury poczuło klimat – jeden z jurorów nawet usiadł na scenie, w dekoracjach. (śmiech)

Wracając jeszcze do tego jak pracowaliśmy nad Mewą, jednym z elementów prób były wspólne imprezy. Tam niekoniecznie rozmawialiśmy o spektaklu. Patrzyłem, jak ludzie się zachowują, jak mogą to przenieść na scenę. To było ważne, żeby się spotykali i zgrali.

Ale łatwo przegiąć z tymi imprezami, prawda?

Tak. Ale wiesz, impreza była raz w tygodniu, w pozostałe dni próby. Najwięcej zrobiliśmy w ostatnie dwa tygodnie przed premierą. Sam miałem problem z mobilizacją. Długo dojrzewałem do tego. Praca w pierwszych miesiącach rozłaziła się. Podejmowałem decyzję: tak, robię to, a później mi to nie pasowało, miałem wątpliwości, myślałem, że nie jestem gotowy. Ale kiedy zaczęło się to układać w jakąś całość, to też miałem więcej motywacji i energii.

Premiera wyszła jeszcze bardzo słabo. Mieliśmy problemy techniczne.

Czy miałeś sytuację, że ktoś odszedł, zrezygnował?

Odeszły z Mewy dwie osoby, ale na samym początku pracy. Nie wiem z czego to wynikało, ale podejrzewam, że mógł im nie odpowiadać mój system pracy, który był bardzo chaotyczny. Sam do końca nie wiedziałem, co chcę zrobić. To znaczy wiedziałem, ale nie potrafiłem im tego przekazać. Oni oczekiwali konkretów. A uważam, że na samym początku pracy nie można powiedzieć niczego konkretnie.

Jednak to jest naturalne, że ktoś odchodzi. Cieszy mnie bardzo to, że stworzyłem udany zespół, z którym mogę pracować, który rozumie i akceptuje to, co robię. Dzięki temu że oni wiedzą o moich wadach, ja sam mogę nad sobą pracować.

Często nie mówię rzeczy, które są dla mnie oczywiste. Okazuje się jednak, że nawet najbardziej jasne rzeczy trzeba wyjaśnić aktorom, realizatorom. Tego się uczę. To jest ten brak szkoły.

Ale w trakcie prób aktorzy często sami do tego dochodzili. Czasami, w pewnym momencie to się pojawia po prostu, jeśli czuje się siebie nawzajem.

Pracowaliśmy w ten sposób, że nie dawałem im całego tekstu. Chciałem, żeby wyobrażali sobie, co może się dalej stać. Żeby nie dostali gotowego materiału i nie popadli w schematy, z których będzie im później trudno wyjść. Starałem się, żeby jak najmniej wiedzieli. To im czasem bardzo przeszkadzało, ale później na scenie nie do końca grali postać, ale siebie w sytuacji postaci. Zależało mi na tym, żeby to było bardzo naturalne, filmowe.

To właśnie robi gigantyczne wrażenie w Mewie. Zwłaszcza gdy widzisz ją po tych spektaklach, gdzie aktorstwo jest koturnowe albo burzące czwartą ścianę. A takie spektakle ostatnio dominują.

Nie jest też tak, że nie ma w tym spektaklu kontaktu z widzem. Ale oni mieli wytworzyć swój świat, który publiczność obserwuje. Zarzucano mi, czego nie rozumiem, że często odwracają się tyłem, cicho mówią…. A chciałem właśnie, żeby oni byli w tym miejscu, rozmawiali ze sobą, a widz pozostaje świadkiem.

Dopiero ostatni monolog Piotra Sorina wypowiadany jest wprost. Do jednego, konkretnego widza.

To wyrywa nas z tego stanu otępienia, zawieszenia. Miałeś bardzo dużo szczęścia, że znalazłeś tyle osób, które ci zaufały. W tym jest twoja siła. Nie musisz tego mówić, napiszę to.

(śmiech) Długo nie wierzyłem, że mi się uda. Dużo pomogła nam Joanna. Udało jej się zrobić adaptację, która ma czechowowski klimat. Łatwiej mi było pracować dlatego, że miałem dobry tekst. Zmieniał się on oczywiście w trakcie prób.

Ufasz aktorom czy się z nimi kłócisz?

Jestem raczej spokojny i cierpliwy na próbach. Ale wiedzą w moim zespole, że tak się dzieje do pewnego momentu. Potrafię wybuchnąć. Czasami trzeba zapanować nad nimi. To, że mają jakieś pomysły, nie znaczy, że muszą zostać one zrealizowane – ja zawsze na koniec podejmuję decyzję. Potrzeba dyscypliny, bo czasami sceny się rozłażą z powodu zbyt wielu odległych od tematu myśli i sytuacje się rozpraszają. Ale ufam aktorom.

 

Mewa/mat. archiwalne

Mewa/mat. archiwalne

CZĘŚĆ 4. ŚRODOWISKO

Czujesz potrzebę sieciowania z innymi teatrami offowymi?

W tej chwili raczej nie. Zastanawiałem się nad tym, żeby pojechać do Łodzi [na pierwszy zjazd Ogólnopolskiej Offensywy Teatralnej – przyp. red.], zobaczyć jakie mają pomysły. Tylko dla mnie to jest cały czas mówienie, planowanie, a nie konkretne działanie. Nie mam potrzeby w tym uczestniczyć, bo muszę zrobić swoje rzeczy.

Może to ignorancja z mojej strony. Ale ja nie potrafię się jeszcze określić. Czy jestem twórcą offowym, czy w ogóle jakimkolwiek twórcą? Bo te spektakle stworzyłem z mojej własnej potrzeby. I znalazłem ludzi, którzy również chcieli. Nie zrobiliśmy tego, żeby jeździć na festiwale i wygrywać. Ta potrzeba dopiero później się zrodziła.

Rok temu była premiera Mewy. Teraz zastanawiam się, co dalej . Wiem, że przyjdzie taki moment, że poczuję: „zaczynamy”. Nie chcę sobie też narzucać dyscypliny, która każe mi produkować kolejny spektakl.

Nie wiem czy to znak czasu, czy zawsze tak było, ale kiedy się nie pokazujesz na festiwalach czy nie promujesz się w inny sposób to cię nie ma.

Można całe życie robić coś genialnego, czego nikt nie zauważy.

Jak mądrze się angażować?

Nie chcę za bardzo angażować się na zewnątrz. Myślę, że jeśli nasza sztuka będzie przemyślana, ciekawa i wartościowa, będziemy w stanie się „przebić”. Bo najczęściej inicjatywy, które służą takiej wzajemnej pomocy, kończą się na niczym. Im więcej ludzi, którzy to tworzą, tym bardziej się to rozprasza i znika. Też za dużo się zmienia w tym środowisku. Pojawiają się ludzie, którzy coś tam zrobią, ale później odchodzą. To nie buduje silnej społeczności, a raczej konkurencję pomiędzy teatrami. Ale nie wiem. Może ma to sens.

CZĘŚĆ 5. PRZYSZŁOŚĆ

Czy masz coś, co cię wciąga, inspiruje, sprawia, że zatrzymujesz się w biegu?

Nie zastanawiałem się nad tym. Mam poczucie, że czas za szybko leci. Teraz jest czerwiec, a mi się wydaje, że maj. Kiedy się przyzwyczaję, to będzie lipiec.

Zatrzymuje mnie spokój, kiedy jestem sam i mam nastrój na to, żeby myśleć o tym, co się zdarzyło. Wtedy przychodzą mi do głowy pomysły dotyczące tego, co chciałbym zrobić. Ale najczęściej, jeśli chodzi o pracę, muszę ją zacząć. Tak było z Mewą – dopiero w czasie prób wszystko, co działo się dookoła działo, przekładało się na to, co chcę zrobić. Wszystko mi się wtedy kojarzyło.

Planujesz teraz coś nowego?

Myślałem, żeby zrobić spektakl, który pokażemy jeden raz. Sztukę bez tytułu Lorci. Ale nie wiem. Może zagramy ją kilka razy. Chodziło mi bardziej o takie wydarzenie. Czytałaś ten tekst? Powstał w latach trzydziestych w czasie rewolucji w Hiszpanii. Autor zaznaczył, że ludzie zrozumieją, o co w niej chodzi za jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat. Teraz dla publiczności będzie niezrozumiała.

Dramat opowiada o relacji pomiędzy widzem a aktorem. Ale też o rewolucji. Autor zginął w tragicznych okolicznościach – został zastrzelony przez policję na rozkaz frankistowskich władz. Tekst się nie zachował. Jego przyjaciel odtworzył jeden akt na podstawie notatek. Chciałbym pomyśleć, co mogło się dziać dalej.

A chciałbyś podkręcać rewolucyjne nastroje, tematy?

Niekoniecznie. Bardziej zależy mi na badaniu relacji scena-widownia. I tam nie będzie „czwartej ściany”. Ale może się okaże, że kwestie rewolucyjne muszą się pojawić. Nie wiem. Tematy polityczne mnie interesują, ale sam teatr polityczny już nie.

Przygotowujesz się jakoś intelektualnie do robienia spektaklu?

Zazwyczaj wolę nie wiedzieć. Jeśli chodzi o Mewę, to oczywiście przeczytałem dramat Czechowa, ale głównie opierałem się na doświadczeniu własnym i aktorów. Bardziej polegam na tym, niż na literaturze. Oczywiście cały czas się coś tam czyta i siłą rzeczy się to wykorzystuje. Ale nigdy nie opracowuje listy lektur, które muszę przerobić.

Nic ciekawego.

(śmiech) Wybacz, nie stworzę jakiejś otoczki wokół tego.

Łapię się w tej rozmowie na tym, że już tyle wiem. Tyle artyści opowiedzieli mi o swojej pracy, że próbuję teraz te rzeczy wyciągnąć z ciebie, ale ich tam nie ma. Zatrzymały cię kiedyś twoje wyobrażenia?

Być może. Ale nigdy nie udaję, że coś jest prawdą – to tylko moje wyobrażenie jakiejś sytuacji. Nie mogę oczekiwać, że moja wizja zostanie w stu procentach zrealizowana. Zostaje z niej na przykład pięćdziesiąt procent, a druga połowa to to, co dali inni. Nie można zakładać, że rzeczy będą wyglądać tak a nie inaczej.

Mewa buduje wyobrażenie ciebie jako takiego oderwanego od świata artysty. A ty w ogóle taki nie jesteś.

O mnie powinno świadczyć to, co zrobiłem. Dlatego też chcę reżyserować spektakle. Nie potrafię opowiadać o rzeczach – umiem za to pokazać je na scenie poprzez inne osoby. Mogę o tym mówić, ale to nic nie będzie znaczyło. Nie czuję się za dobrze w takich wywiadach. Pewnie kiedy skończymy rozmawiać, pomyślę o innych sprawach, które powinienem był poruszyć.

Ciężkie jest mówienie.

To będzie tytuł.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − four =