Julia Lizurek: Dziwoląg, masochista, wizjoner

20 października 2016

Rozmowa z Karolem Barckim, aktorem, performerem, liderem offowej grupy Pomarańcze w Uchu na Skarpie bez Kartki, członkiem Zachodniopomorskiej OFFensywy Teatralnej

Fot. Michał Więcław

Fot. Michał Więcław

Karol Barcki: Nagrywasz już? Bo nie wiem, czy jeść bułkę.

Julia Lizurek: Tak, ale jedz. Będę spisywać rozmowę, więc i tak nie ma to znaczenia.

Będziesz spisywać, jak jem bułkę.

1. ŹRÓDŁO – Teatr Brama, Goleniów

Na początku chciałam cię zapytać o Daniela Jacewicza, Marka Kościółka i relacje z nimi. Czy czujesz z nimi pokrewieństwo dusz? Mieli wpływ na ciebie?

Miałem taki podział w głowie, kiedy byłem w Bramie, że jest dwóch mistrzów. Jeden od rzeczy fizycznych, czyli Marek, drugi od wiedzy, kwestii teoretycznych, medytacji – to Daniel. Ich spojrzenia na świat się przenikały, łączyła je jakaś idea. Czerpałem z tego, że oni byli różni. Czuję się bardziej podobny do Daniela, ale więcej działam z Markiem.

Nie chciałeś działać z Danielem?

Nie, po prostu się rozminęliśmy. On wyjechał z Goleniowa. Jeździliśmy do niego do Szczecina i Srebrnej Góry. Był taki moment, że powiedział: „w lipcu będziemy robić spektakl My, z tymi, którzy przyjadą.” Nie dojechałem wtedy do Srebrnej Góry. Brałem później udział w różnych innych projektach Bramy: w Strzelewie, przy BRAMAT-ach, przy pracy nad Stacją Wspomnień. Pomarańcze działały z Bramą, ale nie spektaklowo (z wyjątkiem Małego [Maćka Ratajczyka] i Szymona Lechwara).

 

(naszą rozmowę przerywa telefon od Marka Kościółka)

 2. TEATR POLITYCZNY

Robicie coś razem?

Zaproponowałem mu wspólny projekt, może teraz nawet bardziej aktualny niż kiedyś. Wymyśliłem go dawno temu, na przełomie liceum i studiów. O neonaziście i Żydzie. (śmiech) Wpadliśmy na taki temat, bo mój kolega wyglądał jak Żyd. A ja jaram się takimi rzeczami jak komunizm, nazizm. Dla mnie to są fenomeny – w tym sensie, jak może ludźmi owładnąć idea wspaniałości, wyjątkowości ich państwa? Jestem patriotą, ale nie ortodoksyjnym. Jak ktoś powie, że hymn jest głupi, to się nie obrażam. Każdy ma prawo do swojego zdania.

Mówisz o zdrowym patriotyzmie, który nie prowadzi do nacjonalizmu. Co myślisz o obecnej sytuacji ideologicznej w Polsce?

To jest trudny temat, bo polityczny. A zawsze robisz sobie wrogów, kiedy mówisz o polityce, niestety. Po wyborach ustaliłem, że przez pół roku nie wypowiadam się na temat tego, co się dzieje. Daję rządzącym pół roku, żeby wprowadzili swoje plany, ustawy, pokazali, jacy są. Śmiałem się, kiedy działy się absurdy, ale nie miałem prawa mówić, że to najgorszy rząd. I teoretycznie dalej nie mam, ale widać rozdźwięk pomiędzy ich planami, a tym czego chcą ludzie. Żyjemy w takich czasach, że trzeba się liczyć ze społeczeństwem. Na przykład teraz wypłynęła kwestia ustawy antyaborcyjnej. A już wiem, że Kaczyński wrzucił ją do przemielenia, żeby była lepsza, żeby załagodzić sytuacje. Czy jest dobrze, czy źle? Nie wiem. Na razie tylko słyszę zapowiedzi zmian.

Wciąż się z tego śmiejesz?

To wciąż jest zabawne. W ogóle polityka i świat takie są. Wczoraj jedna pani z Nowoczesnej miała wykład na wiecu kobiet i mówiła: „precz z czymś tam, precz z czymś tam” i nagle, przez przypadek, powiedziała „precz z reżimem kobiet”. Nikt nie wiedział przez chwilę, o co chodzi. Ktoś krzyczy do niej: „… reżimem mężczyzn!” (śmiech) Oni są totalnie odrealnieni. Robią taki teatr – mam nad nim kontrolę taką, że może mi się nie podobać, mogę wyjść, a mogę zostać, siedzieć, obserwować, decydować, czy zaproszona grupa będzie rezydować w tym kraju przez cztery lata, ale to wszystko.

Myślę o tym, co powiedziałeś na ostatnim Festiwalu Młodości Teatralnej „Łaknienia” w Goleniowie. Że kiedyś byłeś wkurzony, a teraz już potrafisz mówić o swoim wkurzeniu, że nabrałeś dystansu. Na czym to polega? Czy podobnie jest ze śmiechem?

Zawsze chciałem robić teatr polityczny. Już w naszym pierwszym spektaklu mieliśmy takie sceny: krzyczący politycy obiecywali trzy miliony mieszkań. Ciężko było forsować te tematy mądrze, żeby to chwytało, zwłaszcza, że mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat, Mały [Maciek Ratajczyk] miał czternaście. W scenariuszach, które pisałem, pojawiały się totalne głupoty: bracia Jajczyńscy, Tusk, który siedział w szafie przez całe życie. Porzuciliśmy jednak pomysł ich realizowania, a zaczęliśmy wymyślać sytuacje bardziej performatywne.

3. ZACHŁYST POPKULTURĄ

Nie umieliśmy reżyserować samych siebie. Poszukiwaliśmy naszych poglądów i rzeczy, które nas zachwycały. Na przykład kultura zachodu, popkultura. O Grotowskim nie wiedzieliśmy nic. Nasz świat teatralny ograniczał się do tego, że słyszeliśmy o nim. Czy o Gardzienicach i ich etosie, z którego się czasem nabijaliśmy. To była taka krytyka naszych korzeni. Podobały nam się te śpiewy, ale też potrafiliśmy przewracać je na drugą stronę.

Słyszeliśmy też o Ósemkach, Artim Grabowskim…

Braliście to wszystko i przepuszczaliście to przez siebie.

Był Internet, YouTube…

Kulturowy śmietnik. Masz poczucie, że popkultura nim jest?

Nie, myślę, że jest fascynująca. Dużo osób, które znam, nie widziały Gwiezdnych Wojen, nie kumają ich, nie kojarzą nawet.

Naprawdę?

Tak, są tacy. (śmiech) Teatralny mainstream pokroju Warlikowskiego też bardzo czerpie z zachodu – zrywając z tabu popkultury w polskim teatrze. Dla mnie  sztuka popularna też jest pozytywna – pokazuje, że kultura nie jest wzniosła, a jest dla każdego. Istnieją superbohaterowie, statki kosmiczne i przebrani fani na konwentach fantastyki.

Warlikowski noob/fot. Karol Kolba

Warlikowski noob/fot. Karol Kolba

4. ZESPÓŁ

Opowiedz mi jeszcze o twoim zespole. Jesteś jego mocnym członem, reszta osób przychodzi i odchodzi. Wybrałeś taki sposób funkcjonowania czy raczej nie masz innego wyjścia?

Praca z samym sobą jest wygodna, bo odpowiadasz sam przed sobą. Nie masz do nikogo pretensji, że czegoś nie zrobił, że nic nie powstaje, bo to tylko od ciebie zależy. Ale fajnie, że są ludzie wokół mnie. Nie lubię być sam na scenie. Nie chciałem tego, ale w końcu musiałem. Pierwszy raz był straszny, kolejny już nie tak bardzo. Kiedy zacząłem działać w ten sposób, to pomyślałem, że to też jest droga. Innych ludzi dogania życie. Już nie mamy po siedemnaście lat, nie jesteśmy w liceum, nie możemy zajmować się teatrem non-stop, siedzieć po osiem godzin dziennie w teatrze na próbach, nie iść na zajęcia, a nic później z tego nie wynika. Trzeba mieć konkretny pomysł, środki, pieniądze – o to zazwyczaj rozbija się sprawa. Na przykład Paweł [Nykowski] pracuje, musi się utrzymać. Taka jest jego sytuacja i nie może sobie pozwolić, żeby pojechać na festiwal. A w większości tak gramy, więc nie możemy go wciągać w akcje na dłuższą metę. Jesteśmy rozrzuceni po różnych miastach: Poznaniu, Zielonej Górze, Kościanie, Goleniowie, Legnicy, Wrocławiu, Krakowie. Zawsze łapałem ludzi z różnych stron świata, kiedy czułem, że też mają taki sceniczny odlot jak ja. Zrobiłem na przykład z kolegą na Facebooku spektakl. Wymyśliliśmy go na czacie: tam powstał scenariusz. Dopiero kiedy się spotkaliśmy, zrobiliśmy próbę, stwierdziliśmy, że coś w tym jest, lekko to przebudowaliśmy i potem to graliśmy. To był taki spektakl, który chyba był przełomem: był performatywny, ale miał też w sobie teatralną opowieść.

5. SZTUKA PERFORMANCE

Pierwsze granie zawsze jest próbą tego, co gra albo nie w spektaklu. Nie umiem pracować nad sobą, zawsze robię wszystko na wariata, pomaga mi adrenalina, działanie na ostatnią chwile. Dzień przed spektaklem przychodzą do mnie najlepsze pomysły. Dodaję coś na półgodziny przed spektaklem. I w czasie jego trwania też jeszcze coś. Myślę: „genialne, jeszcze to wrzucę!”

Spaliłeś się tak kiedyś?

W sensie, że się śmiałem – to tak. Nie jestem jakiś doświadczony. Często też wkręcamy się nawzajem na scenie. Miałem raz powiedzieć: „oto moja talia kart”, a wyszło „oto moja kalia tart.” Kumpel to złapał i naśmiewał się ze mnie do końca spektaklu, nie przestając grać swojej postaci.

Jak się jest na scenie, to nie myśli się, czy coś trafia. Moje spektakle mają wprawiać w zakłopotanie, niepewność, a nie miły nastrój czy wkurwienie. „Do czego to zmierza?” „Co się wydarzy?” „O co tu chodzi w ogóle?” (śmiech) Pewnie tak było, że to, co wymyśliłem na poczekaniu było dużo śmieszniejsze od tego, co sobie zaplanowałem.

Czy zdarzyło się, że znajomi nie podeszli do ciebie po spektaklu? Spotkałeś się z kompletnym odrzuceniem?

Działaczy w offie jest coraz mniej i bez sensu wyrzucać swoich. Są ludzie, którzy cię wspierają, żeby cię nie zniechęcić. Często jednak krzywdzą, bo nie wiedzą, na ile jesteś odporny na krytykę. Daniel i Marek zachęcali nas do robienia swoich rzeczy, ale w czasie pierwszej edycji „Łaknień” w 2006 roku, na dyskusji po spektaklu z jury, chłopak z Teatru KUPA ze Szczecina (mieli spektakl ważny, o życiu, bo to byli studenci) powiedział: „ten wasz spektakl był nieprawdziwy, co to w ogóle było, przecież życie takie nie jest, jak wy pokazujecie…” Nasz spektakl był szalony, rozradowany, pełen energii, śmiechu, absurdu. A on: „przecież życie jest smutne!” Najeżdżał na nas strasznie. Wkurwiłem się i powiedziałem mu: „jeżeli ty masz takie życie, to ja ci współczuję.” Potrafiłem o siebie zawalczyć. Jeśli coś było moje, nawet niekoniecznie bardzo artystyczne, to to robiłem. Ale postrzegano mnie jako takiego taniego dziwoląga. Zanim powstał ZOT [Zachodniopomorska OFFensywa Teatralna], gadali na mnie „dziwoląg teatralny”. Krytykowali mój sposób robienia teatru. Naśmiewali się, nie popierali. Niektórzy nawet po latach przyznali się, że nie sądzili, że kiedykolwiek będą chcieli działać ze mną na scenie, a teraz na nią wspólnie wychodzimy.

To nie było łatwe. Sprowadzano nas na margines. Brama i [Teatr] Krzyk [Marka Kościółka] robili zajebistą sztukę, do której aspirowaliśmy. Próbowaliśmy nawet zrobić Zabawę w stylu Bramy. To był szczyt naszych marzeń. Chcieliśmy być tak fajni, tak dobrzy, ale ciężko szło. Nie wiedzieliśmy, jak się robi teatr i co to w ogóle jest teatr. Nie kumaliśmy tego zupełnie i po omacku staraliśmy się coś lepić swoim sposobem. Rzucanie w ludzi kiełbasą, dziwne stroje, smarowanie się dżemem po twarzy. W Smolarku to robiliśmy. Widziałaś?

Tak, w Krakowie. Chyba wam tam nie poszło.

Nie, zajebiście poszło, ale jury powiedziało, że to nie jest spektakl, tylko performance. Dlatego nie mogą nas ocenić i przyznać punktów.

Właśnie chciałam o to zapytać.

To było śmieszne. Powiedzieli: „kurde, to było zajebiste. Jakbyście pojechali do Pragi na festiwal performance’u to mielibyście jedno z lepszych miejsc. Ale my nie możemy wam dać oceny, ponieważ nie padło tam ani jedno słowo.” „Ale co miałem zrobić? Powiedzieć ze sceny, że robimy ten spektakl, bo mój kolega nie przyjechał i nie możemy zagrać innego?” „Tak.” (śmiech) Jeździliśmy na konkursy, publika się super bawiła, bo to było coś innego, zwariowanego, a jury siedziało i nie wiedziało, co się dzieje. Śmieszne jest to, że teraz tak się robi teatr: akcje z publiką, zbijanie „czwartej ściany”, opowiadanie o sobie (jak zrobił wczoraj pan Lech Raczak [założyciel legendarnego Teatru Ósmego Dnia]). Kurcze, byłem wizjonerem teatralnym. (śmiech) Widzę, jak teatry robią teraz to, co my cztery – siedem lat temu. Wtedy się z tego śmiali, a teraz to robią.

5. SZTUKA PRZEGRYWANIA

Miałeś moment zwątpienia w to, co robiłeś?

Pewnie. Jak byliśmy młodzi, zawsze chciało się dostać nagrodę, wyróżnienie, kasę, figurkę, cokolwiek. Jury omijało ten temat. Na festiwalu we Wrocławiu usłyszeliśmy: „Pomarańcze z nas zakpiły.” A po spektaklu podeszli do nas ludzie i mówili, że są zachwyceni. Czuliśmy dysonans. Broniło nas to, że jakaś część publiki dobrze się bawiła. Łapała ten temat, nie czuła się obrażona. Nie robiliśmy Hamleta po raz kolejny w ten sam sposób.

Jestem głupio uparty i walczę o stracone sprawy, bo wiem, że są moje. Mogę tkwić w błędzie i się do tego przyznać, ale nie będę zmieniać tego zachowania, ponieważ jest moje. Mogę rewidować pewne kwestie, ale nie umiem odpuszczać tego, co robię.

Ludzie dawali nam popalić, ale na przykład Jan Peszek na dyskusji festiwalowej opowiadał, jak był na naszym spektaklu i nie mógł się oderwać. Podszedł później do mnie i poprosił o nagrania spektakli, bo chciał je pokazywać swoim studentom. Powiedział: „ja chcę zrobić Hamleta w takim stylu.” Dla nas to było: „wow! Ktoś to kuma!”

Czy odwaga pomaga ci nabierać dystans do spraw?

Nasze działania nie były jakościowo przepracowane. Ale dobrze się bawiliśmy i nie mieliśmy nic do stracenia.

Młodzi twórcy, z którymi rozmawiam, boją się mówić w obawie, że nic nie wiedzą, nie mają sukcesów na swoim koncie, niewiele przedstawień wyprodukowali. Myślę, że to jest takie trochę korporacyjne myślenie: że musimy ciężko pracować, żeby choć trochę dorównać najlepszym. Ten strach tak paraliżuje, że nie jesteśmy w stanie realizować swoich planów.

Sprzeczny ze mnie człowiek. Jestem bardzo nieśmiały – mam problemy, żeby pogadać z rodzicami. Wstydzę się powiedzieć, że ktoś będzie u mnie nocował. Potem ktoś przyjeżdża i mama do mnie mówi: „czemu nie powiedziałeś, że ktoś przyjedzie? Burdel jest w domu.” Mam jakieś takie głupie blokady. A już nie mówię o obcych ludziach. Raczej jestem wycofanym słuchaczem, ale jak czasami się odpalam… Jestem chyba masochistą, że wchodzę na tą scenę. Parę dni przed graniem zawsze chcę to odwołać. Jadę ostatnim pociągiem, myślę, że nie dam sobie rady, nie ma opcji. Jak przyjeżdżam i mnie pytają czy wystąpię, to zawsze potwierdzam. Spoko, zobaczymy, co będzie. Na scenie już gram. Później cieszę się, że to zrobiłem, ale myślę sobie, że mogło być lepiej. Widzę potencjał, który nie został przepracowany.

Mogło zatrzymać cię to wahanie – czy pojechać.

Jestem trochę rozbity – robić ten teatr czy nie. To takie moje historie.

Odwaga – mówisz. Nasze pokolenie (piętnaście – trzydzieści pięć lat) boi się krytyki. Rozumiem, to nie jest fajne, kiedy ktoś mówi, że to co robisz to gówno. Później istnieją grupy, które siedzą w swoim towarzystwie i uważają, że tylko to, co oni robią, jest fajne.

Na „Krzykowiskach” [Festiwal „Krzykowisko” w Maszewie] można było pisać kartki z opiniami na temat przedstawień. Doszło do takiej sytuacji, że spektaklu jeszcze nie było, a już ludzie pisali, że chujowy. (śmiech) Jak ktoś wygra tysiąc złoty na festiwalu, to nagle jest kimś. Są tematy, które się sprzedają i młodzi dlatego robią o tym spektakle. Nie przyznają się do tego, ale to robią. Fajnie, gdyby ryzykowali. Mam szczęście, że poznaję kumatych ludzi – jak z Bramy czy z Teatru Kuropatwy. Oni mają taką możliwość ryzyka, bo mają nad sobą instruktora, który pozwala im mówić o sobie.
Któregoś wieczoru oglądałem krótkie wywiady Wojewódzkiego z Dawidem Ogrodnikiem albo Pawłem Małaszyńskim… Którymś z nich. Mówił, że wyrzucili go z kółka teatralnego, dlatego że na warsztatach udawał RoboCopa. Pani kazała mu stanąć pod ścianą. Zrobili głosowanie i wyrzucili go z tego kółka. Opowiadał jak spotkał tę panią na ulicy i powiedział jej, że skończył szkołę teatralną. Ona się tylko głupio uśmiechnęła i poszła.

Wraca temat Bramy.

Jak dobrze trafisz, jeśli masz szczęście, to spoko, a jeśli nie…

Trafisz na taką panią i zrezygnujesz.

Tak. Otworzyłeś się raz, chciałeś zrobić coś, co ciebie bawi, a pani się nie spodobało, bo to nie był Adam Mickiewicz, tylko ktoś inny… Hamlet. (śmiech)

Młodym brakuje konkretnej krytyki. Nie takiej, że orzekają, że robisz gówno, bo to jest naśmiewanie się i wywyższanie, ale że to i to jest dobre, to można wygrzebać. Tak na przykład jest na „Łaknieniach”, gdzie ludzie przyjeżdżają ze świadomością, że się czegoś nauczą, a nie że wyjadą z pieniędzmi.

Warto rzucać się na wielką wodę czy lepiej pracować metodą małych kroków?

Potrzebna jest baza. Trzeba pytać samego siebie o konsekwencje pewnych działań. Czy coś cię odrzuci, że nie będziesz w stanie tego teatru robić. Kto nie ryzykuje, ten nie je. Czasami trzeba dostać po tyłku. To ustawia do pionu, prowokuje do przemyśleń na temat tego, co się zrobiło. Nie koniecznie w kategoriach: dobre – złe. Jak ktoś się wkurwi, to może coś z tego jeszcze lepszego wyjdzie.

Ciebie właśnie teraz zaczęli w końcu uznawać.

Tak, to jest zabawne. Kiedyś – „dziwoląg” i „gówno”, a teraz to mnie legendą okrzykują. Co jest niesamowite, ale to abstrakcja dla mnie. Kiedyś uważałem, że to co robię, jest zarąbiste, świetnie się bawiłem, a teraz jest odwrotnie: ja myślę, że jest gówno, a ktoś myśli, że fajne. Role się odwróciły. (śmiech)

Zastanawiam się na ile „rozwój” nie jest słowem-wytrychem , oznaczającym sukces, bycie zauważonym. Masz poczucie, że twoje myślenie teatralne idzie do przodu?

Wiąże się to „małymi kroczkami”, o które pytałaś. Jestem naturszczykiem bez przygotowania, idę małymi kroczkami i każde moje kolejne działanie ma znamiona poprzedniego. Na przykład mój nowy spektakl, czyli Przekleństwo Teatru Brama, ma w sobie znamiona Moby DickaWarlikowskiego nooba. Łatwiej mi tak pracować, bo nie mam super wiedzy i super warsztatu. Muszę wybierać wtedy z siebie. Postawić sobie solidny fundament na tym, co wyszło na scenie. Na tym można budować już później obojętnie co. Nie wiadomo często czy to chlebak czy poznański dworzec. Niektórym się podoba, bo świeci w nocy, a niektórzy mówią, że to najgorsza bryła roku. Później myślisz, że może zburzysz dach i coś innego tam postawisz. Albo zaorasz to całkowicie i zaczniesz od nowa. Kiedy stworzysz coś swojego, masz pewność, że możesz to obronić.

Konieczne jest rozpoznanie siebie, by nikt nie zarzucił ci, że mówisz nieprawdę.

Nie potrafiłem mówić o sobie bardzo długo. Dopiero do tego dojrzewam, przestaję się tego wstydzić. Wszystkie teatry mówiły o swoich problemach, emocjach. Ja nie. Robiliśmy odloty w kosmosy, rzucaliśmy kiełbasą, chcieliśmy się wyrazić, ale nie gadaliśmy na scenie, że „mama mnie nie kocha” albo „jestem wkurwiony, bo straciłem kogoś”. Po jakimś czasie się to u mnie pojawiło. Pomyślałem, że zrobię spektakl o tym, że jestem studentem, ale mi nie wychodzi. Oblewałem się ketchupem, lodami… Z czasem zacząłem mówić wprost. W każdym razie, teraz mi jest łatwiej to robić.

Czuję, że jest wiele osób, które ma takie problemy jak ja, myśli jak ja, tylko uważa, że lepiej nie mówić o tym głośno, bo nie wypada.

To jest takie dobre samolubstwo?

Fajnie to brzmi.

Mówienie o sobie kojarzy mi się z unikaniem bycia wciągniętym w nurty estetyczne, ideologiczne. Kiedy mówię o sobie uwikłanym w te systemy, pokazuję, że coś jest z nimi nie tak, ale że istnieje szansa, by się od nich oderwać, odciąć.

Byłem ostatnio w Drawsku, we wrześniu. Poznałem chłopaka, który zapytał, czy można mnie gdzieś zobaczyć. Grałem wtedy spektakl Nie siedź na piłce, bo zrobi się jajo, który komentuje trochę sytuację polityczną i obecne podejście młodzieży do tych spraw, jej brak aktywności. Powiedział, że bardzo mu się podobało, że nie miał okazji z nikim na takie tematy porozmawiać. Chciałby to komuś pokazać.

Jeśli istnieje choć jedna osoba, z tysiąca nawet, która zakuma, co próbuję przekazać, to jestem szczęśliwy. To znaczy, że pomogłem komuś coś przepracować. Jeśli on uświadomi sobie, że to co myśli, nie jest najgorsze, to też może odważy się o tym komuś powiedzieć.

fot. Krzysztof Woźny

fot. Krzysztof Woźny

7. SZTUKA A ŻYCIE

Opowiedz mi na koniec o tym projekcie z Markiem Kościółkiem.

Nie mam żadnego projektu z Markiem! (śmiech) Zobaczymy. Ciężko mi coś powiedzieć, bo dopiero dziś będziemy o tym gadać.

Po dziesięciu latach mam takie poczucie, że chciałbym wrócić do podstaw. Być aktorem, mieć reżysera, który powie: „jesteś fajny”, „jesteś głupi”, „nie umiesz tego”, „idź biegaj”, „krzyknij”. Zdobyłem jakieś tam umiejętności, wypracowałem światopogląd, stylistykę, ale brakuje mi najważniejszego: samodyscypliny i pracy. Rodzice nas raczej tego nie wyuczyli. Kiedy miałem sześć czy trzynaście lat i chciałem pozmywać naczynia, mama mówiła: „nie! Ja pozmywam! Bo ja robię to lepiej.” Jak już byłem starszy, to miałem w głowie, że najważniejszym obowiązkiem jest nauka. Moja mama jest ze wsi i pracowała od rana na roli, doiła krowy, później szkoła, znów na pole, potem nauka i spać. Myślę, że dzieci od początku powinno się uczyć pracy, przekazywać odpowiedzialność, żeby potem nie było tak, że ktoś dorasta, ma dwadzieścia parę lat i nie potrafi sobie zorganizować czasu. Idzie do pracy i się męczy, bo już trzy miesiące pracuje, jest zmęczony tym, że musi wstawać. To ciekawe w tym pokoleniu, ale nie wiem do czego to doprowadzi.

Zauważyłam, że ostatnio ludzie sami sobie wymyślają dodatkowe obowiązki. Ciężkie treningi, restrykcyjne diety.

I ile wytrzymają na tej diecie? Tydzień, miesiąc. Jeden na sto jest w stanie pociągnąć to dalej. Są tacy, którzy potrafią pójść na uczelnię na dwa  zajęcia, wrócić do domu, narzekać: „jestem zmęczony” i zrezygnować z tych studiów. A są tacy, którzy robią dwa kierunki i jeszcze, kurwa, pracują na siebie. Chciałbym, żeby tego uczyli się ludzie w teatrze. Wyobraź sobie: wracasz z pracy i masz jeszcze tyle siły, żeby robić teatr. Ja wiem, że to może być męczące. Ale zmęczenie wypływa z mentalności. Ludzie nauczyli się, że jak wychodzą z pracy, to tak się czują.

Moi rodzice zaczęli jeździć na ryby, kiedy mają wolną chwilę. To jest fajne. Kiedyś, jak siedzieli w domu, chyba się nie dogadywali. Dalej się teraz kłócą, ale to nie są konflikty, którymi przejmowałbym się tak jak wtedy. Nie ma w tym niebezpieczeństwa, że zaraz ktoś pójdzie do sądu i powie: „nie mogę z nim wytrzymać.”

Tak jest też teraz w teatrze, w Bramie. Przychodzisz, uczysz się pisania projektów, organizowania wydarzeń. Kiedyś naszą największą odpowiedzialnością było posprzątać scenę. Obecnie młodzi sami wybierają zespoły na festiwal, sami je zapraszają, załatwiają technikę, jedzenie. Tak to powinno się odbywać.

Teatr przestaje być tylko miejscem popisu talentów artystycznych.

W teatrach offowych i mainstreamowych mamy aktorów. Dobrych aktorów, światło, kamery. Tylko w teatrze zawodowym brakuje najczęściej elementu społecznego. Dla mnie teatr offowy różni się tylko elementem edukacyjnym. Nie chodzi o opowiadanie o historii teatru, teoriach sztuki, ale o uczenie dzieciaków podstaw funkcjonowania, budowania kontaktów, na przykład z panią dyrektor, żeby załatwić szkołę do spania. Muszą to zrobić, bo chcą mieć festiwal. Bez sensu, żeby robił to za nich dorosły, bo on może kiedyś odejść z teatru. I co? Wtedy oni też, bo nic nie będą potrafili załatwić? Część, która nie ogarnie, pewnie przestanie robić teatr w ogóle.

Mieliśmy całonocne dyżury – pilnowaliśmy sceny na zewnątrz. Przychodziła jedna, dwie osoby z pięciu zadeklarowanych. Była to dla nas przygoda. Ale też: kiedy sama sobie coś wypracujesz, to lepiej to traktujesz. Bardziej to jest twoje.

Obserwuję, jak to było kiedyś, a jak jest teraz. Chciałbym cofnąć się z moją obecną świadomością w czasie, bo uważam, że zmarnowałem te dziesięć lat. Z tego powodu, że nie nabyłem podstawowych umiejętności, czyli planowania czasu, samodyscypliny (pracujemy od tej do tej, bez kawki, papierosków itd.)

Myślisz, że byłbyś w stanie dzielić się swoim doświadczeniem?

Nie, ja na razie mogę ponarzekać, jak to jest okropnie. Nie uważam, że mógłbym kogokolwiek, czegokolwiek uczyć. Mam jakąś tam wiedzę, swoje przeżyłem, spoko. Myślę, że młodzi powinni podważać nauki, które mają. Nie w tym sensie, że ktoś mówi ci, że Grotowski był dobry, a ty sobie myślisz: „gówno prawda.” Tylko: „ok, to jest fajne, ALE może popkultura też taka jest albo serial który oglądam.” Kiedy ktoś ci mówi: „nie idź do szkoły teatralnej, bo zawodowcy zniszczą twoją duszę!” (kiedyś był taki podział, teraz na szczęście coraz mniej osób tak sądzi). Później żałujesz, że nie zdawałeś, a chciałeś.

Mogłem przez pięć lat napierdalać teatr i może nie byłoby to proste, żeby zachować siebie takim, jakim jestem, ale przecież lepiej spróbować, nabyć umiejętności, niż zrezygnować i żałować. Gdybym miał teraz dyplom, mógłbym robić rzeczy, których nie mogę. Wiedziałbym jak modulować głosem, żeby mnie lepiej słyszeli, jak się poruszać. Znałbym metody wszelakie, nazwiska, których nie kojarzę. Aczkolwiek wczoraj ktoś mnie pytał o spektakl Warlikowski noob, czy myślałem o innych reżyserach. Odpowiedziałem, że tak i nawet mam tytuły. Na przykład: Wpuszczono mnie w Jarzynę albo Biorę to na Klatę. Jestem gotowy na wszystkie potyczki z każdym. Spoko.

Chciałbym się cofnąć w czasie. To moje marzenie. Jestem nostalgiczny, lubię patrzeć w przeszłość. Z całą świadomością, którą mam teraz, mogę powiedzieć, że obecnie chciałbym być teatralnie pod kimś. Szukam sobie kogoś takiego. Ale też jestem już starszy i to mnie wkurza, bo nie mam czasu. Mam „życiówkę”. Muszę zapłacić za mieszkanie, nakarmić kota. I już sobie nie mogę ot tak pojechać do pana Marka, pana Edwarda Gramonta albo pana Daniela, powiedzieć: „mam taki pomysł i napierdalamy tydzień albo dwa.” Niestety. Ale chciałbym. „Masz tutaj teksty i wyciągaj ze mnie, co chcesz.”

Kiedyś byłem nieśmiały, niekumaty, omijałem pewne zajęcia. Nie chciałem śpiewać. Wstydziłem się, bo nie miałem głosu. Musiałbym parę lat ćwiczyć, żeby coś tam zaśpiewać. Człowiek za młodu ucieka, nie uczy się, a później na starość już jest teoretycznie za późno. Nie masz czasu, bo sobie tak mówisz. Masz obowiązki, rodzinę. Nie powiem rodzicom: „rzucam studia, bo może dostanę zwrot kasy za podróż na festiwal.” To nie jest dziewiętnasty wiek, że tułasz się po kochankach i salonach, robisz sztukę, piszesz wiersze i dostajesz za każdy po pięćdziesiąt złotych. To tak nie działa. Jest dwudziesty czwarty dzień miesiąca, a do dwudziestego miałeś wpłacić pieniądze za czynsz. Przychodzi do ciebie pani i pyta: „to co robimy?” Co miesiąc muszę zapłacić albo nie mieszkam. (śmiech) Kotu nie wytłumaczysz, że może nie jeść przez dzień lub dwa. Będzie spał przez chwilę, a później znów ci będzie miauczał.

(znów rozmowa zostaje przerwana. Adam Ziajski, kierownik poznańskiej Sceny Roboczej, gospodarz drugiego zjazdu Ogólnopolskiej Offensywy Teatralnej zaprasza nas na obrady grupy)

Dziękuję.

Jeszcze kiedyś moglibyśmy porozmawiać.

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 2 =