Julia Lizurek: Odnaleźć siebie

7 kwietnia 2016

Rozmowa z animatorem, liderem Teatru Kingdom of Curvy Fork, byłym aktorem Teatru Brama, teatrologiem, uczestnikiem Akademii Teatru Alternatywnego MAĆKIEM „MAŁYM” RATAJCZYKIEM

fot. Eduardo González Cámara

fot. Eduardo González Cámara

Pierwszy raz Maćka Ratajczyka zobaczyłam na Festiwalu Teatrów Niezależnych w Ostrowie Wielkopolskim, moim rodzinnym mieście. Teatr Brama z Goleniowa, którego był wtedy członkiem, gościł na tym wydarzeniu dwa razy: w 2009 i 2010 roku. Nie miałam jeszcze wtedy zbyt wiele wspólnego z teatrem, ale zapamiętałam żywiołowość, muzyczność i niezwykłą zespołowość grupy. Uczestniczenie w ich spektaklach było dla mnie niezapomnianym doświadczeniem. Zamarzyłam o podróży do tego zachodniopomorskiego miasteczka.

W październiku 2012 przeniosłam się do Krakowa. Na zajęciach na pierwszym roku teatrologii usłyszałam chłopaka odpowiadającego o swojej „bramowej” przygodzie. Po drugim roku studiów odwiedziłam w końcu Goleniów – wzięłam udział w offowym projekcie teatralnym organizowanym przez teatr. Zakochałam się w miejscu i ludziach, ale wciąż nie mogłam zrozumieć fenomenu tego miejsca.

Kiedyś Maciek opowiedział mi o tym, w jaki sposób znalazł się w teatrze. Miał trzynaście lat i wraz z grupą zbuntowanych kolegów próbował przerwać uliczną akcję Bramy. W którymś momencie poczuł na ramieniu dłoń Daniela Jacewicza – założyciela i lidera grupy, który kazał mu przyjść na zajęcia (strasząc wizją gorszych metod perswazyjnych). Tak się wszystko dla niego zaczęło.

Spotkałam się więc znów z Maćkiem, żeby opowiedział mi o tym, co stało się dalej.

Julia Lizurek: Jak wpłynęła na ciebie praca w Bramie? Jak ukształtowała twoje myślenie o teatrze, jako osoby, artysty? Co cię tam zatrzymało, co sprawiło, że zacząłeś pracować tam na stałe?

Maciek „Mały” Ratajczyk: Po całej akcji na moście przyszedłem na warsztaty i znalazłem się w grupie warsztatowej. Wyjechaliśmy do Rewala na warsztaty, które prowadził Marek Kościółek i Daniel Jacewicz. Trwały dwa tygodnie i w ostatnią noc przed wyjazdem zadziała się rzecz, która zadecydowała o tym, że zostałem w tej grupie.

Jak przebiegały warsztaty?

Przez dwa tygodnie pracowaliśmy nad pokazem, który miał być tylko dla nas, a nie dla publiczności. Jednak po pierwszym tygodniu wiedzieliśmy, że praca zaszła tak daleko, że po przyjeździe z Rewala zrobimy zamknięty pokaz w Goleniowskim Domu Kultury dla naszych rodziców.

Po pierwszym tygodniu było też widać, kto zostaje, a kto się wyłamuje. To był na tyle intensywny trening, że niektórzy się pochorowali, wrócili do domu, po kogoś przyjechali przerażeni rodzice. Wielu ludzi myśli, że jak idzie na warsztat teatralny, to będzie pracował nad tekstem, interpretacją, dykcją, artykulacją, a to był intensywny trening fizyczny. Nie mieliśmy jeszcze świadomości, że taka metoda wywodzi się z Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach (skąd Marek właśnie wrócił).

Jak dokładnie wyglądała praca? Czy ktoś odmawiał wykonywania ćwiczeń i poleceń?

W pracy z Markiem taka odmowa nie wchodziła w grę. On stosuje krzyki, wrzaski i jakieś pseudomotywacje, żeby jednak to zrobić.

Ale tej ostatniej nocy doszło do pewnego rodzaju, jak to później nazwał Daniel, „oczyszczenia”. Robiliśmy ten pokaz przed sobą nawzajem. Został on poprzedzony nocnym biegiem. Godzina druga, trzecia w nocy, mróz, minus siedemnaście, plaża. Każdy chciał dobiec jak najszybciej, żeby nie zamarznąć. Biegliśmy, biegliśmy, coraz dalej i dalej od miejsca pokazu. Na sali jednak zadziało się coś, czego nikt się spodziewał. Chyba nawet Daniel i Marek tego nie przewidzieli. Coś zaistniało. Nie potrzebowaliśmy żadnego wyjaśnienia, podpowiadania, nawet tych tekstów, nad którymi pracowaliśmy. Każdy używał własnych słów i robił to, co do niego należy, ale czuliśmy, że robimy to w grupie, że to jest nasze. To był moment przełomowy. To zaistnienie, zadzianie się zdecydowało o tym, że na pewno zostanę. Jakbym miał określić w strukturach teatralnych co to było… ciężko powiedzieć. Bo później w Goleniowie to już był pokaz pracy warsztatowej. To, co wydarzyło się w Rewalu było nie do powtórzenia. I później już też niczego takiego nie przeżyłem. Zostałem w tej grupie, żeby to powtórzyć.

Czy ktoś miał podobne doznania do twoich?

Tak. Stworzyła się komuna w tym uczuciu i to zadecydowało, że większość z tych osób została. To było na tyle mocne emocjonalne przeżycie w młodym wieku…

Ile miałeś lat?

To był styczeń przed moimi czternastymi urodzinami.

Zostałeś do matury w Bramie?

Tak. Przed maturą rozmawiałem z Danielem, że będę się wyprowadzał na studia, że będę znikać z teatru, że już raczej nie będę się tym w życiu zajmował. Bo chciałem studiować meteorologię i na te studia się dostałem w Gdańsku. Złożyłem już wtedy tam papiery.

Dlaczego meteorologię?

Tak mi się zamarzyło. Moim „planem B” była geologia. I na geologię złożyłem papiery w Krakowie. Faktycznie przez rok ją studiowałem. Byłem święcie przekonany, że już do teatru nie wrócę.

Ale któregoś dnia zadzwonił do mnie Daniel. Zaistniała potrzeba, żebyśmy jeszcze raz zagrali spektakl My. Powiedziałem: „Stary, nie ma szans, żebym przyjechał na próbę. Mam tyle nauki, matematyka, fizyka, chemia, biologia, mineralogia…” A on mówi: „Dobra. To my zrobimy próbę tutaj, a ty na Skype’ie.” (Śmiech.) I dopowiadałem swoje kwestie z Krakowa. Oczywiście doszło do tego przedstawienia. Wtedy zdecydowałem, że chcę wrócić do teatru, ale jeszcze nie wiedziałem w jaki sposób.

Jak się narodził twój teatr?

W mojej głowie narodził się dawno temu. Ta myśl chodziła za mną całe lata. Kiedy byłem pierwszy raz na Letniej Akademii Teatralnej w Stepnicy, u Michała Krzywaźni, skumałem się z Dominikiem Murachem. Powiedziałem mu w żartach: „Stary, kiedyś założymy własny teatr. Nazwiemy go tak od czapy Królestwo Krzywego Widelca.” On na to: „Spoko.”

Przez cztery lata nic takiego nie powstało. Przed festiwalem Bramat we wrześniu 2011 roku Daniel zaproponował mi, żebym coś zrobił. Performans, spektakl, koncert – zależało to całkowicie ode mnie. Zadzwoniłem do Dominika, powiedziałem mu, że Daniel dał mi wolną przestrzeń w programie na Bramacie. „Czy chcesz ze mną coś zrobić?” zapytałem. A on powiedział: „Dobra, spoko.” Ustaliliśmy, że grupę nazwiemy Kingdom of Curvy Fork.

Zacząłem zbierać różne teksty z Internetu, sam coś napisałem, Dominik też. W którymś momencie ustaliliśmy, że zamykamy strukturę spektaklu. Ale nie mieliśmy oświetlenia, dźwięku. Postanowiliśmy ściągnąć Piotrka Nykowskiego, żeby nam to światło zrobił. Zadzwoniłem do niego, zapytał: „jaki spektakl?”. „Zrobiliśmy z Dominikiem Murachem.” „Dobra, zrobię wam światło, pod warunkiem, że będę siedział na scenie przez cały spektakl.” „No, dobra. Jedziemy.” (Śmiech) I tak zrodził się pomysł, żeby Piotrek był jednocześnie włączony w spektakl, odpowiadając też za oprawę techniczną. On naprawdę steruje tym wszystkim ze sceny. (Śmiech)

Potrzebowaliśmy jeszcze muzyki, więc zadzwoniliśmy do Parola [Daniel „Parol” Żmudziński], żeby może na gitarze zagrał. Powiedział: „kurwa, zajebiście.” Nie mieliśmy co prawda wzmacniacza, ale gitara była.

Mieliśmy pierwszą i ostatnią próbę. W pewnym momencie wyciągnęliśmy Piotrka zza świateł, Parola zza tej gitary, Dominika zza stołu. Zadziało się. Struktura nagle zmieniła się w spektakl. Zanotowałem wszystko, co się wydarzyło. Oznajmiłem: „Dobra, widzimy się za miesiąc i gramy spektakl.”

To było przedstawienie zrobione na raz. Umówiliśmy się, że nigdy więcej go nie zagramy. Do tej pory zrobiliśmy to trzydzieści siedem razy. (Śmiech) I tak się zrodziła grupa oraz nowe projekty, także przy współpracy z innymi teatrami. Rok później powstała Zachodniopomorska Offensywa Teatralna i weszliśmy w jej struktury.

Jak się rodził temat Kaszpirowskiego, o którym mówisz? Od początku wiedziałeś, o czym będzie ten spektakl? Czy wyniknęło to z waszej współpracy?

Nie. Sens został taki sam. Zmieniła się tylko forma, bo ta, którą wymyśliłem wcześniej, była zajebiście nudna. Ja byłem z przodu, Dominik z tyłu i na tym się to kończyło.

Pytam o to dlatego, że kiedy ostatnio zapytałam o tematy spektakli, nawiązała się dyskusja o tworzeniu grup. Okazało się, że ważniejsze jest to, że spotykają się kumple, którzy mają szalony pomysł stworzenia teatru, niż to, co mają do powiedzenia przeciwko władzy, systemowi, układom itd.

Tak powstała grupa, natomiast sposób, w jaki pracujemy nad spektaklami, to jest zupełnie inna bajka.


Zmierzając na spotkanie z Maćkiem, przechodząc przez krakowskie planty, minęłam po raz kolejny starszą panią, która wpatrzona w kartkę z nutami wygrywała na flecie melodię. Zagadnęłam o nią mojego rozmówcę. Zasugerowałam, że prawdopodobnie jest ona ostatnią ostoją offu: nie dba o uznanie, publiczność, wielkie idee, a wzbudza zainteresowanie przechodniów swoim osobistym zaangażowaniem. A Maciek dodał, że przecież ona modli się pod maryjną figurą.

Przytaczam ten krótki epizod, żeby spróbować wytłumaczyć rozumienie przez Maćka działania w sferze teatru offowego. A w dużej mierze wynika ono z tego, w jaki sposób doświadcza on świata i ludzi w ogóle.

NAUKA

To po pierwsze. Żeby robić teatr, niezależnie jaki, trzeba znać jego przeszłość i tradycję, wiedzieć co ufundowało artystyczne formy i tematy. Jako jednego ze swoich mistrzów Maciek wymienia profesora Włodzimierza Szturca, historyka teatru i dramatu (przede wszystkim romantycznego), wykładowcę teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wydaje mi się, że refleksja nad poezją byłaby tym, co ich połączyło: pewna niedookreśloność, ulotność, tajemniczość, ale również precyzja tworzenia i analizowania tego, co się w niej oraz dzięki niej wydarza.

Trzeba dodać, że postawa naukowa niewiele ma wspólnego z suchym przekazywaniem wiedzy, a bardziej ze wzbudzaniem teoretycznej refleksji po praktycznych ćwiczeniach. W ten sposób Maciek prowadzi warsztaty, mając nadzieję na zarażenie kogoś nie tyle pasją do teatru, co skłonnością do krytycznego spojrzenia na rzeczywistość.

SAMODYSCYPLINA

Mówił o niej Eugenio Barba, założyciel Odin Teatret, na Akademii Teatru Alternatywnego, której Maciek jest uczestnikiem. Kiedy zaczynamy dbać o siebie, wyznaczamy sobie zadania i cele, które realizujemy, wtedy wszyscy nasi towarzysze i współpracownicy zaczynają robić to samo. Tak tworzy się wspólnota.

Samodyscyplina powinna być podstawą budowania tożsamości lidera grupy, wychowawcy i animatora kultury, którym Maciek się sam nazywa. Ona prowadzi też do uzyskania wiary w siebie i sens swoich działań. I choć taka filozofia sukcesu, którą on uprawia, może wydawać się czasami nieco nachalna, nie można mu zarzucić, że rzuca pustymi hasłami. Z nim ludzie chcą pracować: ze skromności tego nie powie, przez grzeczność nie zaprzeczy.

ENTUZJAZM

Nie wiem do końca jak nazwać pasję do teatru. Entuzjazm byłby jedną z form jej okazywania. Nie można się go nauczyć, ale można się nim zarazić. Off działa jak nieuleczalna choroba i gdyby nie, wspomniani już, Daniel Jacewicz i Marek Kościółek (kolejni mistrzowie), prawdopodobnie Maciek skończyłby jako geolog, a ja być może nigdy nie pojechałabym do Goleniowa. Podążanie offową ścieżką nie jest oczywistym wyborem życiowo-artystycznym. Być może stąd wyniknęły próby jego dostania się na krakowską PWST na wydział reżyserii. Ale, jak podkreśla Maciek, nie były one podyktowane chęcią zdobycia tam konkretnych umiejętności, a bardziej znajomości. Czyżby uczelnia wykradała zapał? Jak widać ani mnie, ani jemu o tym rozstrzygać.

Więcej o tym ogniu pisałam z okazji organizowanego przez Maćka festiwalu Kingdom of Art[1].

SAMOŚWIADOMOŚĆ

MMR: Jestem obecny teraz, wiem czego potrzebuje i jakie mam cele. Potrafię odróżnić cele od marzeń i wiem jakimi ścieżkami podążać, by osiągnąć cele i aby dojść do marzeń. Wiem jak wygląda moje ciało w przestrzeni, jak ono funkcjonuje i na co je stać. Co mogę zrobić dzisiaj, a na co muszę poczekać do jutra, bo dziś jeszcze nie mam tyle sił.

Z samoświadomości wynika potrzeba patrzenia w przyszłość, z jednoczesną świadomością tego, skąd się wyrosło. Problem z obecną offowością polega na tym, że zakorzeniona jest w przeszłości i to dawni mistrzowie ją napędzają i tworzą jej legendę. Ale też, na Akademii Teatru Alternatywnego, uczą jak korzystać z państwowych pieniędzy, organizować kulturalne wydarzenia i pobudzać do samorozwojowej aktywności.

Ta świadomość to nie tylko cecha pedagoga-animatora, ale niezależnego artysty, który uważnie obserwuje i przepuszcza przez siebie świat. I chce się dzielić swoimi wizjami. Może to jeszcze młodzieńcze ideały, a może artystowskie przekonania. Ale mi jakoś tej bezpretensjonalności i bezczelności ideowej tak bardzo ostatnio brakuje. Jeśli wam też: wiecie już kogo szukać.

Julia Lizurek

[1] http://www.teatrakcje.pl/julia-lizurek-w-poszukiwaniu-alternatywnego-wejscia/

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − 9 =