Justyna Gołęcka: „Zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie”

6 lutego 2014

Weselu Teatru Polskiego w Bydgoszczy w reżyserii Marcina Libery

Jeszcze nie ma trzeciego dzwonka, a aktorzy już gromadzą się na scenie, by zasiąść po dwóch przeciwnych stronach – panie w ukwieconych sukienkach po lewej, panowie pod muszką po prawej. Światło nie gaśnie, drzwi na widownię nie zostają zamknięte, a widzowie już częstują się kiszonymi ogórkami, jedzą, rozmawiają i tym sposobem wszystko się zaczyna – ciepło, z otwartymi ramionami, tak jak nakazuje polska gościnność. Bądź co bądź, jesteśmy na weselu!

Wesele /fot. Magda Hueckel

Wesele /fot. Magda Hueckel

Między jednym – a drugim kieliszkiem wódki – goście poznają się ze sobą, znajdują nić porozumienia, by wkrótce na znak przymierza rozbić puste kieliszki o podłogę i bawić się dalej. Alkohol leje się strumieniami, ale to nie przeszkadza ani zaproszonym, ani całemu przyjęciu. Niczym niezmącona zgoda, sielska i anielska, taka, jaką wymarzył sobie Pan Młody (Maciej Pesta) – dla zdrowia i nowej mody. Wspólne świętowanie to tylko pozorna, chwilowa przyjaźń. W powietrzu zaczynają unosić się cienie nieporozumień, niezabliźnionych ran i podziałów: „Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie”. Między stronami rysuje się wyraźny mur, a atmosferę pełną napięcia i oczekiwania podgrzewa rytmiczny stukot obcasów, zapowiadający jeszcze jedną powtórkę z narodowej historii.

Pierwsza część rozegrana jest po mistrzowsku. Aktorzy od pierwszych chwil dają się poznać, jako jednolity, dobrze dobrany zespół, przy czym każdy kreuje indywidualną postać dramatu. Jednymi z ciekawszych są Panna Młoda (Julia Wyszyńska) i Rachela (Joanna Drozda). Postawione obok siebie tworzą niezwykły kontrast. Jedna jest prosta i naiwna, nie obchodzą ją konwenanse, ale kiedy weselne buciki już uciskają, wskakuje w różowe kapcie z miękkiej pianki. Druga – wykształcona i świadoma swojej wartości, niezależna, na wysokich obcasach, w koronkowej bluzce z dekoltem na plecach, odsłaniająca gwiazdę Dawida – tatuaż na prawej łopatce.

Dzięki dopracowanemu ruchowi scenicznemu osiągnięto wrażenie wielkości wesela (wrażenie wzmocnione rozszerzeniem wesela na publiczność – i to dosłownie). Obok pierwowzoru Wesela, reżyser Marcin Liber i dramaturg Paweł Sztarbowski tworzą przeplatankę, która pozwala na osobistą wypowiedź. Z jednej strony jest to oczywiście wspaniała gwara wybrzmiewająca z ust chłopów, m.in. Czepca (Mirosław Guzowski): „(…) duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć”, a z drugiej wypowiedź Poety (Mateusz Łasowski): „Słowa, słowa, słowa, słowa”, najlepiej obrazująca konflikty między inteligencją a wsią. Jak fala powracają kolejne wersy piosenki Marka Grechuty Korowód. Trafne, ponieważ tych kilka zdań pozwala spiąć w klamrę przeszłość i teraźniejszość wyraźnie pulsujące nad wydarzeniami. Dzięki zdaniom odbija się nieco rozmyty, choć powracający jak echo obraz naszego rodowodu, wspólnej sprawy i pytań, na które nie było odpowiedzi. „Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą?”

Druga część to równie spójny fragment, choć nieuładzony i niewygodny. Stańczyk dzierży w ręku mikrofon – kaduceusz na miarę naszego wieku, narzędzie władzy w rękach mediów, a raczej środek głośnego pokrzykiwania i zamętu. Marcin Liber ujmuje w swojej wizji, wszystko to, co idzie za nami przez wieki naszej historii i to, czym karmimy się na co dzień. Po kolei odkrywają się nasze wady, naszą zaściankowość, nasze naśladowanie Zachodu (przecież lepszego, za którym naród i tak nie nadąży), jak również naszą naiwność wobec wszystkiego, z czym tak łatwo się oswajamy, z tą telewizyjną papką. Przesyceni tym wszystkim, bohaterowie dramatu wyraźnie mają dość: polityki, martyrologii, polskiego mesjanizmu, „malowanek częstochowskich”, dzwonu Zygmunta i tęczy. Mają dosyć antysemityzmu i wrogów wśród swoich. I w końcu dosyć krwi i matek, które zabijają własne dzieci. Scena staje się idealnym miejscem do konfrontacji, gdy w środku weselnej gorączki powoli obnażają się wizje, rządze, koszmary i nieuformowane pragnienia poszczególnych osób. Wszystko to, jest obrazem podświadomości i nieuciszonych lęków. Świat stoi na krawędzi, a ludzie idą z nim jak lunatycy. Marzenia o lepszym mają ukoić ból, pozwolić odciąć się na zawsze od, miejscami krwawej, historii. Postaci dramatu naznaczone są piętnem minionego wieku. Idąc za duchem Wyspiańskiego, reżyser pokazuje wprost wszystkie bolączki i współczesne tendencje, które kiedyś odbiją się czkawką.

Chochoł jest widmem wszelkiego zła, przybrany w ciało kobiety i czarną koronkową suknię, staje się przewodnikiem dusz zagubionych. Prowadzi rzesze nad przepaście, gdzie już tylko śmierć. Opętani, niepoczytalni krążą między sobą, szukając człowieka w sobie i w innych.

„Zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie

Zapatrzeni w słońcu, zapatrzeni w niebie

Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi

Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu”

Wesele na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy podsumowuje mentalność społeczeństwa. Nie potrafimy zapomnieć przeszłości, a co gorsza, uporać się z nią. Nie umiemy wyjść poza to, co minione, wciąż budujemy tożsamość na wspomnieniu wielkiego i uciemiężonego narodu. Snem jest nasze bycie, tańcem nasze zatracenie.

„Popiół tylko zostanie i zamęt?”

 

Justyna Gołęcka

Stanisław Wyspiański
Wesele

Teatr Polski w Bydgoszczy

Premiera 30 grudnia 2013

Reżyseria: Marcin Liber

Dramaturgia: Paweł Sztarbowski

Scenografia: Mirek Kaczmarek

Ruch sceniczny: Iwona Pasińska

Opieka nad słowem: Irena Jun

muzyka: Filip Kaniecki/MNSL, Korowód, sł. piosenki Leszek A. Moczulski, w wykonaniu Marka Grechuty

Kostiumy: Grupa Mixer

Asystent reżysera: Maciej Pesta

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 3 =