Karolina Ćwiek: Nasza historia odbija się w tej sztuce

29 czerwca 2011

Z członkami zespołu Akademie Umeni z Bańskiej Bystrzycy (Słowacja) o spektaklu Holuby i Šulek rozmawia Karolina Ćwiek

 

– Dlaczego akurat Podhradský? Dlaczego wystawiacie ten tekst?

– Skąd ten Podhradský?…

– Czy nie jest tak, że zgodnie ze zwyczajem, kiedy wystawia się spektakl w ramach akademii teatralnej, powinien być to tekst ważny dla wszystkich? Daje to szansę wykazania się tym, co umie się najlepiej.

– Sztuka została wybrana raczej ze względu na treść. To, co dzieje się w tej sztuce, wydarzenia, o których ona opowiada, właściwie nie dotyczą już nas bezpośrednio, ale… Opowiada częściowo o relacji słowacko-polskiej, więc jest także w pewien sposób „międzynarodowa”. Ale przede wszystkim mówi o tym, co się działo wtedy na Słowacji. O walce o język słowacki.

– Czy wy także widzicie aktora jako tego, który popularyzuje dany język i kulturę ze sceny? Myślicie, że to rola wciąż aktualna?

– Oczywiście. Cała sztuka mówi przecież tylko o tym. Nasza kultura, język i cała nasza historia odbijają się w tej sztuce. Podhradský zajmuje się przecież kwestią języka narodowego. I kultury.

– A nie sądzicie, że dzisiaj mówi się głównie o europeizacji, a kultura narodowa to pojęcie momentami niebezpiecznie pachnące nacjonalizmem?

– Być może tak jest. Są na pewno ludzie, którzy zrozumieją przedstawienie tylko jako sztukę, którą musimy zagrać. Są jednak też tacy, do których ta sztuka przemówi. Głównie ci starsi. Oni może lepiej o tym wiedzą. A ci młodsi, którzy o tym nie wiedzą, przynajmniej się dowiedzą. Ponadto w tej sztuce cała strona językowa jest dość skomplikowana, nie mówimy tylko w naszym języku, ale także w bibličtinie [słowacka redakcja literackiej czeszczyzny opartej na tłumaczeniu Biblii – przyp. rec.], po łacinie, po polsku. I właśnie teraz, grając to w obecnych czasach, możemy w jakiś sposób pokazać specyfikę każdego narodu – dzięki temu, co niesie ze sobą ta sztuka. Bez degradowania żadnego z nich. Pokazać, że każdy naród ma coś wyjątkowego, swojego. A w tej historii każda nacja ma swoje własne ważne miejsce. Myślimy, że to cenne.

– Ale czy jest możliwe, żeby publiczność na festiwalu zrozumiała ten tekst, skoro kontekst historyczny jest jej właściwie obcy?

– Raczej nie… Jeśli przyjdą młodzi – a tych zapewne będzie większość, to… Raczej za wiele im to nie powie.

– Ale skoro jest, jak mówiliście, jakiś pierwiastek uniwersalny w całej sztuce?…

– Oczywiście, prościej jest zrozumieć, kiedy się coś wie. Kiedy brakuje znajomości historii, ciężej jest się połapać, o co chodzi. My, jako studenci, zrozumieliśmy ze sztuki bardzo dużo w momencie, kiedy intensywnie nad nią pracowaliśmy. Ale każdy znajdzie tam coś, na czym może się skoncentrować. Ta inscenizacja jest robiona w dość niezwykły sposób, taki quasi-filmowy. Naszym zdaniem, zawsze znajdzie się coś, co widza zainteresuje czy przyciągnie jego uwagę. Wszystko dzieje się w kilku wątkach. Jest fragment, który rozgrywa się na polu bitwy, w czasie wojny, kolejny dzieje się na przykład między szturowcami [grupa skupiona wokół Ľudovita Štúra, słowackiego budziciela narodowego – przyp. rec.]. Są w tej sztuce rzeczy, które mogą widza zainteresować. Myślimy, że każdy z widzów znajdzie tam dla siebie jakiś wątek, który będzie śledził.

– A jak było z pracą nad przedstawieniem? Obowiązywała tylko wizja reżysera, czy wszyscy uczestniczyliście w pracy?

– Każdy znalazł tam coś „swojego”. W większości mieliśmy realizować wizję reżysera, ale kiedy zaczęliśmy pracować nad własnymi postaciami, większa część pracy spoczywała na nas, żeby to dopieścić, doszlifować. Więc wizja reżysera to jedna sprawa, a nasza własna praca to druga. Ważne było, by każdy zrozumiał i zrealizował swoją postać.

 

Karolina Ćwiek


polecamy stronę MFST ITSelF:

http://www.festival.at.edu.pl/

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − ten =