Karolina Ćwiek-Rogalska: Zrób sobie kupę

28 kwietnia 2012

O spektaklu Zrób sobie raj w reżyserii Kasi Adamik i Olgi Chajdas w Teatrze Studio w Warszawie.

zrób sobie raj materiały teatru

Sztuka zapierająca dech. Z zażenowania. Gdyby nie recenzencki obowiązek, z pewnością nie dotrwałabym do końca spektaklu, podczas którego opowieści o gównie przetykane są próbami mówienia po czesku, akcja kona spazmatycznie, a fabuła oddala się, nucąc pod nosem piosenki Vondráčkovej. No bo przecież co innego Czesi mają do zaoferowania, niż piwo i malowany dzbanek?

„Taka będzie ta sztuka. Na luzie, niewymuszona, podpatrzona, czeska. Bo czy w Boga trzeba wierzyć? Czy musimy sobie odpowiadać na pytania ostateczne? Czy nie lepiej po prostu napić się piwa? Czy nie lepiej mieć niespodziankę? Grupa bohaterów wyczekuje. A my z nimi. Z humorem, bo humor jest najważniejszy. W końcu jesteśmy w Czechach?” Takie oświadczenie dotyczące spektaklu znalazłam na stronie Instytutu Reportażu, który jest koproducentem tego przedstawienia. Wydaje mi się, że ostatni znak zapytania, najpewniej pomyłka redaktora, świetnie podsumowuje spektakl. W końcu jesteśmy w Czechach? No, niekoniecznie. Nawet, powiedziałabym, bardzo, bardzo nam do Czech daleko. Fabuła właściwie nie istnieje, to zbiór luźnych etiud – reżyserki, a zarazem scenarzystki, oparły swój pomysł teatralnej adaptacji książki Szczygła na przerobieniu ekranizacji Palacza zwłok Ladislava Fuchsa w reżyserii Juraja Herza. Zatem bohaterowie reportaży autora Gottlandu siedzą w poczekalni krematorium, w którym władzę sprawuje demoniczny „wielki kremator”, czyli wystylizowany na Karla Kopfrikingla (głównego bohatera Palacza zwłok, którego grał Rudolf Hrušínský) Redbad Klijnstra. W poczekalni siedzą: starszawy artysta, będący skrzyżowaniem kilku postaci, ale przede wszystkim mający cechy poety Egona Bondego (Stanisław Brudny), pani Halinka, znowu hybryda pisarki Haliny Pawlowskiej i umierającej na raka matki policjanta (Katarzyna Herman), młoda dziewczyna (Karolina Kominek), która snuje się eterycznie po scenie, żeby sprzedać kilka anegdot na temat religii w dość nieciekawym opakowaniu, jest też pojawiający się od czasu do czasu Chrystus, jest wreszcie nawrócony policjant (Piotr Ligienza).

Gdzie jest ten zapowiadany humor? Ciężko mi się go było dopatrzeć. Chyba że humor miał polegać na śmianiu się z Czechów w zawoalowanej formie „wcale się z Czechów nie śmiejemy”. Bo jak inaczej tłumaczyć dym, który ciągnie się za bohaterem Stanisława Brudnego (Egon Bondy umarł, ponieważ zasnął z papierosem)? Zabieg jest tak mało subtelny, że spektakl doskonale obyłby się bez niego. Albo projekcję video matki umierającej na raka, która prosi syna, by zaśpiewał jej nic innego, tylko Vondračkovą? Albo próby mówienia po czesku, jakie podejmują aktorzy? Faktycznie, tekst jest czeski, szkoda tylko, że mówiony mniej więcej tak, jak Polak wyobraża sobie czeszczyznę. Zrób sobie raj staje się zbiorem klisz i schematów: bo przecież jak Czech, to pijący piwo ateista i fan hokeja. Warto wspomnieć o absurdalnej scenie, nie mającej żadnego uzasadnienia w fabule, kiedy na scenie nagle pojawia się hokeista, któremu wręczają kij do gry – scena, mająca miejsce chyba tylko po to, żeby pokazać, że szanujący się Czech kocha hokej,  a „prosím“ to takie zabawne słówko, zwłaszcza z karykaturalnym akcentem? Bo jeśli miała to być aluzja do katastrofy lotniczej z 7 września 2011, w której zginęło m. in. czterech czeskich hokeistów, co wywołało ogromne poruszenie w Czechach, a przez kraj przetoczyła się fala żałoby, to była to aluzja nieudana. Ze sceny co jakiś czas padają krótkie wiersze Bondy’ego z nurtu fekalizmu w tłumaczeniu Leszka Engelkinga (dlaczego akurat tutaj zdecydowano się na przekład? dziwna jest ta niekonsekwencja, można było pozostać bez szkody wyłącznie przy języku polskim). Jaka jest jednak ich rola? Prawdopodobnie to ma być ten osławiony humor, kręcący się wokół gówna.

Kwestia religijności Czechów również opiera się na stereotypie: o religii (właściwie: o chrześcijaństwie, a może nawet wyłącznie o katolicyzmie) nic nie wiedzą, a jak wiedzą, to im się nie podoba, a jak spotykają Jezusa, to otwarcie mu mówią, że on przecież nie istnieje, więc kiedy są nieszczęśliwi, to ten sam Jezus (czy właściwie Jeszua, bo tak się przedstawia) mówi im, że sami sobie na to piekło krematorium zasłużyli. W tle lecą piosenki, biegają panowie i panie, ktoś co jakiś czas śpiewa czeski hymn (który, zdaje się, też ma być zabawny), widownia ziewa i popatruje z niedowierzaniem. W końcu wydaje się, że to już koniec, bo co jeszcze można wpleść w treść – czy raczej bez-treść – tego spektaklu. Ale wtedy światła się zapalają i jedziemy dalej z tym piwem, niby-humorem i co tam jeszcze autorkom przyjdzie na myśl. Spektakl jest nieprzemyślany, sprawia raczej wrażenie próby, a pomysł, na jakim został oparty – reportaż o tym, że wielu Czechów nie odbiera urn z prochami bliskich – nie wystarcza na 95 niemiłosiernie wlokących się minut. Może i bohaterowie czekają na zbawienie, ja na pewno czekałam na koniec tego przedstawienia.

Karolina Ćwiek-Rogalska

Zrób sobie raj (Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, koprodukcja: Instytut Reportażu )

na motywach książki Mariusza Szczygła

data premiery: 08-03-2012

reżyseria: Kasia Adamik i Olga Chajdas

scenariusz: Kasia Adamik i Olga Chajdas

scenografia: Magdalena Maciejewska

ruch sceniczny: Anna Hop

projekcje: Kuba Kwieciński

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

aranżacja muzyczna: Igor Przebindowski

Obsada: Katarzyna Herman, Karolina Kominek, Stanisław Brudny, Redbad Klijnstra, Przemysław Kosiński, Piotr Ligienza, Mateusz Jordan-Młodzianowski, Bogusław Kudłek, Jędrzej Taranek, Radosław Jamroż

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eleven + nineteen =