Karolina Matuszewska: Bóg mordu w stanie spoczynku

2 marca 2012

O spektaklu Bóg mordu w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Teatrze Ateneum w Warszawie.

Bóg mordu / fot. J. Domiński

Kiedy kilka dni temu wychodziłam z kina z najnowszego filmu Romana Polańskiego, nie rozumiałam, skąd ten powszechny zachwyt. Owszem, doceniałam precyzyjność adaptacji i wyraziste kreacje aktorskie, jednak wydawało mi się to zbyt małym uzasadnieniem dla zekranizowania francuskiego dramatu Yasminy Rezy. Zadawałam sobie pytanie (a przy okazji także wszystkim tym, którzy film wychwalali), co takiego kamera może zaoferować temu tekstowi. W poszukiwaniu odpowiedzi, której jakoś nikt nie był w stanie mi udzielić, trafiłam na warszawską inscenizację Boga mordu do teatru Ateneum. I wtedy wszystko stało się jasne.

Ostatnia sztuka Yasminy Rezy powstała w 2007 roku. To lekka w stylu, choć pełna napięcia między postaciami opowieść o pozorach i hipokryzji wpisanej w naszą cywilizację. Dwa kulturalne małżeństwa spotykają się, aby w przyzwoity sposób rozwiązać konflikt pomiędzy ich synami. Zwykła dyplomatyczna konfrontacja szybko przemienia się w otwartą wojnę, która ujawnia ludzkie słabości i siłę tkwiących w nas instynktów. Okazuje się, że warstwa zachodnioeuropejskiej kultury, którą tak lubimy się szczycić, jest w gruncie rzeczy bardzo cienka i wystarczy niewielki bodziec, aby porwać ją na strzępy. Bohaterowie wrzuceni zostają w sytuację, z której nie mogą wyjść. Wszystko rozgrywa się w jednym mieszkaniu, w czasie jednego spotkania. Nie ma żadnego przed, nie ma też po. Atmosfera sztuki jest na tyle gęsta i klaustrofobiczna, że prosty z pozoru konflikt zdaje się osaczać całą czwórkę i wymuszać na każdym z osobna instynktowne, a przez to prawdziwe, reakcje.

Izabella Cywińska, która wyreżyserowała warszawski spektakl, nieco rozbija tę strukturę. Wpuszcza w tekst powietrze, dzieląc sztukę na kilka oddzielonych wyciemnieniami światła scen. Opowieść staje się przez to lżejsza, ale jednocześnie traci coś ze swojego napięcia. Niejako w zamian reżyserka próbuje poszerzyć krąg osób włączonych w całą sytuację. Umieszcza widownię z czterech stron małej sceny. Dwa rzędy stoją zaledwie metr od przestrzeni gry. Na widzów pada część światła reflektorów, widzą też swoje odbicia w przyciemnianych lustrach umieszczonych na przeciwległych ścianach. Wszystko to przywodzi na myśl bokserski ring albo popularne w ostatnich latach telewizyjne show publicystyczne. Mamy stać się świadkami w sporze, wysłuchać argumentów obydwu stron, aby na koniec zadecydować, kto ma rację. Takiej oceny nie da się tu jednak wydać. Reza postarała się o to, aby jej bohaterowie nie byli jednowymiarowymi ani płaskimi figurami. Te pozornie nieskomplikowane postaci okazały się dużym wyzwaniem aktorskim, któremu nie wszyscy potrafią sprostać.

Cywińska dokonała bardzo dziwnego moim zdaniem wyboru obsady. Obydwie męskie role powierzyła, nie ma co ukrywać, gwiazdom Ateneum, a partnerowały im mało znane aktorki tego teatru. Panowie zdecydowanie wiedli prym, podporządkowując sobie całą przestrzeń sceniczną. Najbardziej wyrazisty był Artur Barciś kreujący postać cynicznego prawnika Alaina Reille nierozstającego się ze swoją komórką. W paru momentach brakuje mu jednak chłodnego dystansu do całej sprawy, jakby tracił swoją pewność siebie. Zupełnie niezrozumiałe jest także jego służalcze przepraszanie za dzwoniący nieustannie telefon służbowy. Pokorny ton kłóci się wówczas z sarkastyczną postawą i głoszonymi teoriami. Z kolei Michel Houillé Krzysztofa Tyńca to typowy konformista, który stara się połączyć małżeńską zgodę z brakiem otwartego konfliktu z gośćmi. Aktor trafnie wyczuwa tę nutę postaci dbającej jedynie o własny spokój i konsekwentnie za nią podąża. Snując się po scenie ze szklanką whisky, czujnie obserwuje rozwój sytuacji, aby w odpowiedniej chwili w nią wkroczyć bądź też dyskretnie się wycofać. Zdecydowanie gorzej wypadają obydwie aktorki. Zarówno Sylwia Zmitrowicz (Véronique Houillé), jak i Barbara Prokopowicz (Annette Reille) są nieprzekonujące w swoim rozumieniu kobiecości i matczynych obowiązków. Ich kreacje wydają się niekonsekwentne i powierzchowne. Nieco nadziei wzbudza pijana pani  Houillé oraz krótki monolog Annette skierowany bezpośrednio do publiczności, jednak dobre wrażenie, jakie wywołują, szybko znika w kolejnych scenach.

Publiczność, jak to na komediach ma w zwyczaju, śmieje się i dobrze się bawi, jednak czuć, że brakuje w tym przekonania. Chce się uwolnić tkwiące w nas całe pokłady dobrego humoru, ale po drodze tracą rozpęd i zamiast wybuchnąć w całej swej okazałości, zamieniają się w delikatny uśmiech na ustach. To zdecydowanie za mało. Bogowi mordu Cywińskiej daleko do Rzezi Polańskiego, w której genialny kunszt aktorski, umiejętnie wykorzystany przez reżysera, całkowicie wciągał widzów w przedstawianą historię. W kinie zamieniłam się w kibica: nie miałam problemu z aktywnym uczestnictwem w sporze, co chwila przyznając rację kolejnym bohaterom. Popierałam edukacyjne i kulturalne ambicje Jodie Foster, choć denerwowała mnie jako utopijna aktywistka; urzekała mnie zmysłowa kobiecość Kate Winslet; oburzałam się na bestialskie potraktowanie chomika przez Johnny’ego Reilly’ego i cieszyłam się wraz z kobietami, kiedy przeklęta komórka Christopha Waltza wylądowała wreszcie w wazonie z tulipanami. Wypite drinki i wzrastający chaos zawładnął w końcu i moim racjonalistycznym myśleniem. Pod koniec filmu byłam już tak skołowana, że zwątpiłam w jakikolwiek ład, obiektywizm czy szlachetne zamiary.

Tego wszystkiego zabrakło mi w spektaklu teatru Ateneum. Mieszcząca się w sztuce Rezy istotna diagnoza współczesnego świata, w Warszawie wybrzmiała bardzo słabo. Szkoda również tych czterech ról, które stanowią inspirujący i bogaty materiał do pracy aktorskiej. Nie chcę oceniać, czy to kwestia spoczęcia na laurach, polityki promowania gwiazd, czy raczej niedopatrzenia ze strony reżyserki, jednak na taki teatr od niechcenia szkoda mi czasu. Czasami wolę pójść do kina.

Karolina Matuszewska

Yasmina Reza

Bóg mordu

 

przekład: Barbara Grzegorzewska

reżyseria: Izabella Cywińska

scenografia: Marcin Stajewski

reżyseria światła: Mirosław Poznański

opracowanie muzyczne: Wojciech Borkowski

obsada: Barbara Prokopowicz, Sylwia Zmitrowicz, Artur Barciś, Krzysztof Tyniec

Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza Warszawa

premiera: 4.12.2010.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × five =