Karolina Matuszewska: Dziwni Rumuni

2 kwietnia 2012

O spektaklu Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku w reżyserii Theodora Popescu w ramach projektu „Rumuńscy reżyserzy w TR Warszawa”.

Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku / materiały TR Warszawa

Oto jakie mogą być konsekwencje niewinnego z pozoru żartu opartego na narodowych stereotypach. Dorota Masłowska napisała tekst, w którym dwoje imprezujących Polaków udaje zagubionych Rumunów, terroryzując w ten sposób otocznie. Bo, jak powszechnie wiadomo, Rumun to ktoś biedny i niewychowany, bezzębny i rozpity bandyta, niemający pojęcia o podstawowych zasadach moralnych. Trudno więc nie czuć do takiego człowieka wstrętu. Pytanie, na ile jest to kwestia cech narodowych, pojawia się automatycznie, kiedy oglądamy spektakl na podstawie tekstu Masłowskiej w wykonaniu zespołu z transylwańskiego Târgu Mureş.

Kim zatem są bohaterowie? Odwracając perspektywę, Masłowska zakpiła sobie nie z obcokrajowców, ale z patrzących na nich tubylców. W jej sztuce nie ma żadnego prawdziwego Rumuna, który mógłby potwierdzić chociaż jedną z przypisywanych mu wad. Mamy tu samych Polaków, nikogo więcej, obnażających własną ignorancję, głupotę i bezmyślność, brak wrażliwości oraz problemy z porozumieniem które, bynajmniej nie wynikają z różnic językowych).  W rumuńsko-węgierskim spektaklu (aktorzy są Węgrami, Târgu-Mureş to dwujęzyczne miasto) ten aspekt wybrzmiewa jeszcze silniej. Poprzez wymieszanie etniczne twórców i granych przez nich postaci, nieistotne staje się, o którym narodzie mówimy, ponieważ problem zyskuje uniwersalność. Młodzi i szczęśliwi ludzie, mający wszystko i mogą sobie pozwolić na chwilę absolutnego szaleństwa, w którym nie muszą się z nikim ani z niczym liczyć, okazują się być jedynie zagubionymi w rzeczywistości nieszczęśnikami, bezradnymi wobec powszechnej znieczulicy i egoizmu.

Takie myślenie nasuwa sama decyzja o sięgnięciu po tekst Masłowskiej i zrealizowaniu go na kanwie odrębności narodowościowych. Niestety, zatarta została różnica pomiędzy udawaniem a obnażaniem właściwego „ja” postaci. Szczególnie dotkliwie odczuwa się to w wypadku Parchy, który ledwo trzyma się na nogach, wykrzywia twarz nieustannie, niezależnie od tego, czy akurat udaje Rumuna, czy ma chwilę słabości, kiedy dociera do niego jego beznadziejna sytuacja. Aktor, o ile ciekawie wykreował postać udawanego obcokrajowca, zawiódł dalej, wykorzystując identyczne środki. Jego partnerka grająca Dżinę również nie zachwyciła bogactwem różnorodności, jednak jej tym skromnym zasobem udało się stworzyć postać spójną i konsekwentną, której taneczne ruchy i zwiotczałe ciało współgrały z aktualnym stanem emocjonalnym. Na uwagę zasługuje natomiast postać Kierowcy. Groteskowy wygląd i wystudiowane ruchy znakomicie kontrastowały z przerażeniem i brakiem komfortu w sytuacji spotkania z dziwnymi osobnikami podającymi się za Rumunów.

Sam spektakl to około półtoragodzinny, psychodeliczny, momentami surrealistyczny trans. Silnie zrytmizowany, z muzyką trąbki graną na żywo, od pierwszej chwili wprowadza nas w przedziwny świat. Zdeformowane postaci, ubrane jak w kiepskich filmach pornograficznych, wiją się do rytmu w świetle kolorowych reflektorów. W takiej atmosferze mogłaby się odbywać jedna z narkotycznych imprez w Egoistach Mariusza Trelińskiego. Reżyser Theodor Popescu dokłada scenę, którą Masłowska świadomie pomija w swoim tekście, aby opóźnić właściwe rozpoznanie sytuacji. W spektaklu ten prolog od razu określa ducha całości. Do samego końca nie uwolnimy się z poczucia utknięcia w rozmazanej rzeczywistości, stworzonej podczas narkotycznego natchnienia. W tym duchu, choć kompletnie odmienna stylistycznie, będzie również ostatnia scena, w której ubrana w ludowe stroje grupa chłopaków odtańczy elektryzujący tradycyjny taniec. Wibracje podłogi wywoływane przez ich rytmiczne podskoki ogarniają także ciała widzów siedzących na scenie. Rytuał łączy wszystkich, niezależnie od pochodzenia czy wyznania, po raz ostatni próbując nawiązać dialog i poczucie wspólnoty. Okazuje się to niemożliwie: choć patrzymy na taniec zafascynowani, nie rozumiemy jego znaczenia. Ta piękna forma pozostaje dla nas obca, bowiem należy do zupełnie innej kultury.

Pytanie o granice naszej tolerancji pozostaje zatem otwarte. Chociaż tolerancja to chyba złe słowo. Nie chodzi bowiem o akceptację odmienności, ona bowiem automatycznie nasuwa skojarzenia z pobłażliwością i wyrozumiałością wobec czegoś słabszego, gorszego. Idzie raczej o świadomość zjawisk oraz umiejętność czerpania z nich. Tym bardziej, że każda kultura ma coś wartościowego do zaoferowania. Nawet przysłowiowi Rumuni, którzy robią piękny i mocny teatr.

Karolina Matuszewska

Dorota Masłowska

Dwoje biednych Rumunów mówiący po polsku

Teatr Narodowy z Târgu-Mureş, zespół „Tompa Miklos”

reżyseria: Theodor Cristian Popescu
scenografia: Judit Dobre-Kóthay
muzyka: Vlaicu Golcea
obsada: Dorottya Nagy, Orsolya Moldovan, Botond Benedek, Csaba László, Csaba Tollas

premiera: 30.03.2011

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 + 14 =