Karolina Matuszewska: Urok poetyczny i prawda życia według Fredry

23 czerwca 2011

Rzecz o Ślubach panieńskich Aleksandra Fredry.

Śluby panieńskie / materiały PWST w Krakowie

Całkiem niedawno aktualność Ślubów panieńskich oraz znaczenie ich formalnego wykonania potwierdziła inscenizacja Jana Englerta z Teatru Narodowego. W tym sezonie po komedię Fredry sięgnęli studenci krakowskiej szkoły teatralnej. Dając utworowi swoją młodość i zapał, mają szansę ponownie wlać w niego trochę świeżości. Czy im się to udało – warszawska publiczność będzie miała okazję zobaczyć już pierwszego dnia festiwalu.

Na temat mistrzostwa Ślubów panieńskich pisano już wielokrotnie. Za każdym razem zwraca się uwagę na ich oryginalną lekkość języka, wielopoziomowy humor, dynamiczne prowadzenie akcji i intrygi, a także niezwykły urok i wewnętrzną pogodę tej komedii. Wszystkie te girlandy pochwał są jak najbardziej uzasadnione. Poświadczyć to może niesłabnące powodzenie sztuki na deskach polskich teatrów. Co jednak sprawia, że wciąż rozumiemy Śluby… i mimo prawie 180-letniej różnicy czasowej wciąż tak żywo do nas przemawiają? Chociaż warstwa czysto rozrywkowa tego tekstu wydaje się najistotniejszym jego walorem, nie jest to tylko i wyłącznie (choć może należałoby powiedzieć: aż) bardzo sprawnie napisana i naprawdę zabawna komedyjka obyczajowa.

Pierwsza wersja Ślubów panieńskich powstała w latach 1826-1827. Ostatecznie zredagowana w 1832 roku, miała swoją prapremierę rok później we Lwowie. Warto wyjaśnić krótko znaczenie tytułu sztuki. Śluby panieńskie, czyli Magnetyzm serca – bo tak brzmi jego pełna wersja – można uznać za wyraz triumfu wielkiego uczucia połączonego w sposób paradoksalny ze zdrowym rozsądkiem. Z jednej strony mamy magnetyzm, czyli pewne z ducha romantyczne przekonanie o niewidzialnej sile mogącej połączyć dwoje ludzi, z drugiej zaś ośmieszona zostaje praktyka zawierania małżeństw pod przymusem. Każąc pannom składać śluby, Fredro przyznaje im prawo do samodzielnego decydowania o własnej przyszłości. Jednocześnie jednak owe przyrzeczenia szybko tracą swoją moc. „Cóż śluby? Poszły!” – triumfalnie mówi Gustaw, kompromitując tym samym „kobiecą stałość niewzruszoną.” Aby nie popaść w tym miejscu w szowinizm i jawną dyskryminację (od której również Fredro był daleki), przypomnę, że motyw wrogości między płciami oraz prowokowania do łamania tego typu przysiąg pojawiał się w literaturze znacznie wcześniej. Wystarczy przywołać chociażby jedną z wczesnych komedii Shakespeare’a Stracone zachody miłości, w której sytuacja jest odwrotna: to mężczyźni wyrzekając się kobiet, stają się ich „ofiarami”.

Tematem komedii Fredry jest miłość. To bardzo ogólne stwierdzenie, ale chyba najlepsze, jakim można się posłużyć. Autor uczynił ją głównym podmiotem swej sztuki, a nie jedynie środkiem do wyrażenia czegoś zupełnie innego. Mówiąc o miłości jako takiej, Fredro przeciwstawia dwa jej rodzaje. Uczucie romantyczno-sentymentalne, którego uosobieniem jest ckliwy Albin, zostaje wyparte przez pełną wigoru i radości namiętność Gustawa. Autor, choć daleki od moralizatorstwa, wyraźnie opowiada się po stronie panicza z miasta. Jego siłę i sukces w zdobyciu ukochanej upatruje w młodości Gustawa, w jego temperamencie, uroku osobistym oraz pogodzie ducha. Romantyczna koncepcja miłości, która królowała w czasach powstawania sztuki, zostaje tutaj skarykaturowania i ośmieszona w postaci snującego się jak cień Albina. Podobny motyw widać również w Straconych zachodach miłości. Tak, jak Albin, kocha tam don Armado. Głos rozsądku Gustawa ze Ślubów… reprezentuje paź Ćma, który udziela swojemu panu miłosnych porad.

U Fredry widać wyraźnie, jak uniwersalnym tematem na przestrzeni lat jest miłość. To, czym żyją młodzi bohaterowie Ślubów…, kiedyś najprawdopodobniej łączyło panią Dobrójską i Radosta. Zakochany zawsze będzie niedojrzałym młokosem, którego dopiero miłość kształtuje. W Ślubach… Fredro uchwycił moment, w którym afekt zaczyna się rodzić. Pod jego wpływem obie pary – ale w szczególności Gustaw i Aniela – dojrzewają do dorosłego życia. Poniekąd komedia Fredry jest więc opowieścią o przechodzeniu od gry pozorów, fikcji i zabawy do szczerego i autentycznego uczucia. Gustaw z trzpiota i fircyka staje się rozsądnym młodzieńcem, który wie, czego chce, zaś Aniela dzięki swojej miłości staje się prawdziwą kobietą. Uczucie, którego wcześniej nie znali, pomogło im dorosnąć i poznać prawdę o samych sobie. To właśnie stanowi bodaj najistotniejszą myśl tego dramatu: najważniejsze tkwi w nas, trzeba tylko odważyć się po to sięgnąć.

Andrzej Łapicki napisał o Ślubach…, że jest to komedia dla młodych. Rzeczywiście, cała sztuka przesiąknięta jest energią i optymizmem młodego ducha. Stawia to jednak spore wymagania najmłodszemu pokoleniu aktorów. Tekst Fredry, dzięki swojej dynamice i pięknej frazie, jest niezwykle sceniczny. Ale to właśnie aktorska interpretacja gestu i słowa decyduje dzisiaj o powodzeniu tego dramatu w teatrze. W każdej z postaci da się wyróżnić jedną wiodącą cechę charakteru, co sugerowałoby, że są to jedynie płaskie typy. Jednak Aniela, Gustaw, Klara, Albin, a nawet pani Dobrójska i Radost to żywe figury, z których każda myśli, czuje i kocha na zupełnie inny sposób. W recenzji z warszawskiego przedstawienia z 1959 roku Wojciech Natanson zwrócił uwagę na wielostronność uczuciową Albina, który dotąd traktowany był wyłącznie jako karykatura ckliwego kochanka. W ujęciu krytyka Albin gotowy był nie tylko na górnolotne porywy serca, ale również na pojedynek z Radostem o ukochaną dziewczynę.

W podjęciu tego aktorskiego wyzwania pomocny okazuje się sam autor. Łapicki zwraca uwagę, że Śluby… to przede wszystkim komedia formy. Fredrowski wiersz, oparty na rytmach i aforyzmach, a przy tym tak naturalny i nie stroniący od dosadnych i pospolitych określeń, odpowiednio wypowiedziany sam wydobywa sensy. „Trzymajmy się rytmu wiersza, pilnujmy średniówki, a fraza sama nas zaprowadzi do puenty.” To kolejny dowód na to, że jest to tekst żywy, który pełnię swojego mistrzostwa zyskuje dopiero na scenie. Nie bez powodu tytuł artykułu Łapickiego Grajmy Fredrę brzmi jak apel do twórców. W czasach rozbuchanego postmodernizmu, brutalności i rzekomego kryzysu dramaturgii warto czasem wrócić do klasyki, która – choć dawno powstała – wcale się nie zestarzała.

Karolina Matuszewska

 

polecamy stronę MFST ITSelF:

http://www.festival.at.edu.pl/

 


[1] Akt 5, sc. 8

[2] Andrzej Łapicki, Grajmy Fredrę [w:] Aleksander Fredro, Śluby panieńskie, czyli Magnetyzm serca, Kraków 1998, s.6.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × 2 =