Katarzyna Orlińska: „Drogi Martinie…”

11 kwietnia 2014
Rzecz o banalności miłości /fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Rzecz o banalności miłości /fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

O spektaklu Rzecz o banalności miłości w Teatrze Dramatycznym

 

Martin Heidegger i Hannah Arendt. On – niemiecki filozof, autor Bycia i czasu, członek NSDAP. Ona – młoda studentka żydowskiego pochodzenia, później aktywnie zaangażowana w kwestie polityczne. Związek Arendt i Heideggera, czy raczej: Hanny i Martina, nie został ujawniony szerszej publiczności aż do roku 1982 – roku wydania obszernej biografii Hanny Arendt autorstwa Elisabeth Young-Bruehl. Od tego czasu historia romansu profesora i studentki oraz ich późniejszych kontaktów stała się żywo dyskutowanym tematem. O związku Heideggera z Arendt powstały opracowania, powieści, filmy (choćby świetna premiera z roku 2013, Hannah w reżyserii von Trotty, skupiająca się na postaci Arendt w czasie procesu Eichmanna) i sztuki teatralne, m.in. Totenauberg Elfriede Jelinek czy Rzecz o banalności miłości Savyon Liebrecht, przeniesiona na scenę w Teatrze Dramatycznym i okrzyknięta „najlepszym od lat przedstawieniem” (Dziennik Gazeta Prawna), „najciekawszą warszawską premierą ostatnich miesięcy” (Rzeczpospolita). Te superlatywy stawiają poprzeczkę bardzo wysoko. Może dlatego mam wrażenie, że niebezpiecznie się ona chwieje.

Nie zaprzeczam: Rzecz o banalności miłości w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego to dobry spektakl. Pozwala wybrzmieć głosom bohaterów na różnych poziomach narracji. Po pierwsze tytułowej banalności miłości w nieco naiwnej retrospekcji z marburskich czasów Heideggera i Arendt, gdzie późniejsza filozof polityki jako blond pensjonarka (w tej nieprzekonującej, choć przekonująco zagranej roli Martyna Kowalik) zakochuje się w profesorze filozofii, pisze doktorat i ostatecznie opuszcza Niemcy. W pełnej dramatyzmu, wykrzyczanej sekwencji zrozpaczona Arendt pisze kolejne listy, podczas gdy Heidegger wygłasza poddańczą mowę ku chwale partii nazistowskiej. Poziom historycznej odpowiedzialności jednostki wraca także w czasie teraźniejszym spektaklu podczas wywiadu Arendt z podającym się za doktoranta filozofii Izrealczykiem Michaelem. Niechęć Michaela do Arendt okazuje się mieć swoje podłoże zarówno w przeszłości, jak i w wydarzeniach współczesnych – zostaje poruszony proces Eichmanna i kontrowersyjne tezy Arendt na temat „banalności zła”. Arendt nie daje jednak zepchnąć się do defensywy i potrafi przywołać swojego oponenta do porządku, co sprawia, że tworzą dynamiczny duet, znacznie bardziej wiarygodny niż para Arendt-Heidegger.

Największym zarzutem wobec spektaklu jest bowiem właśnie rola Adama Ferencego: Martin Heidegger, wedle słów Arendt „ostatni niemiecki romantyk”, zostaje przedstawiony jako tchórz i prostak. Znika intelektualny wymiar relacji, zostaje naprędce naszkicowany romans. Natomiast sceniczna kreacja Skoczyńskiej jako refleksyjnej filozof politycznej oraz starzejącej się kobiety zdecydowanie od tej banalności ucieka. W jej wykonaniu Arendt jest zadumana, ale nie brak jej również ciętego języka. Ironicznymi komentarzami okrasza retrospektywy z idealistycznej młodości, zamiast czerni i bieli rozróżnia całą gamę szarości. Niestety, to za mało, by spektakl mógł zasłużyć na owacje. Rzecz o banalności momentami wypada banalnie, a w miłość trudno uwierzyć.

 

Katarzyna Orlińska

Reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski

Obsada: Halina Skoczyńska, Adam Ferency, Martyna Kowalik, Mateusz Weber

scenografia i kostiumy: Marta Dąbrowska-Okrasko
muzyka: Piotr Łabonarski

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two − 1 =