Katarzyna Siekańska: Niewyprasowani (?)

6 marca 2015
COHEN NOHAVICA/mat. prasowe

COHEN NOHAVICA/mat. prasowe

O spektaklu Cohen – Nohavica w reżyserii Mariana Opani w Teatrze Studio Buffo

Scena przypomina nocny klub. Przy barze śpi mężczyzna o siwych skroniach, zza lady barman spogląda na niego czułym okiem. Naprzeciwko ustawiono mały stolik, przy nim szczebiocące i wystrojone młode kobiety zaczepiają eleganckich gentelmanów z cygarami. W głębi jakaś para tańczy zmysłowy taniec. Czuć senność i okalający wszystko dym. Rozpoczyna się spektakl, wybrzmiewają kolejne piosenki Leonarda Cohena w polskich tłumaczeniach: I’m your man, Sisters of mercy, Bird on the wire, Everybody knows, Hallelujah… Szybko okazuje się, że spektakl nie został skonstruowany, ani pomyślany, jako spójna historia opowiedziana utworami Cohena i Nohavicy, ale jako teatralny koncert ich muzyki. Nie ma zatem postaci spajającej wszystkie wątki, nie ma znaczących interakcji pomiędzy aktorami. Gdy pojedynczy wykonawca śpiewa swoją partię, pozostali wcielają się w gości owego nocnego klubu, stając się żywo reagującą publiką. W drugiej części przedstawienia sceniczny lokal przemienia się w czeską hospodę. Kufle z piwem zajmują miejsce kieliszków z winem, uczestnicy biesiady przebierają się w słowiańskie stroje, mniej formalne czy eleganckie niż wcześniej. Podobnie jak w pierwszej części, aktorzy wykonują piosenki Jaromira Nohavicy jedną po drugiej: PetersburgFutbol, Minulost, Kometa, Darmodziej… Całość wieńczy chóralne wykonanie przaśnego Orangutana .

 

Wiele można zarzucić tej produkcji.  Przede wszystkim pojawia się wątpliwość, czy sceniczny blichtr i estradowa konwencja, w jaką ubrano piosenki obu znakomitych bardów, to odpowiednie tło dla ich twórczości? Ciekawy jest pomysł, aby tłem dla śpiewanych utworów uczynić charakterystyczne dla odrębnych kultur lokale. Jednak, zarówno w pierwszej jak i w drugiej części, scenografia i środki teatralne (choćby sposób bycia na scenie aktorów) są mocno schematyczne, stereotypowe, zbyt dosłowne, sztuczne. Kobiety w kusych sukienkach nachalnie i wulgarnie wdzięczące się do aktorów i widowni, mężczyźni zgrywający mafiosów z filmów klasy B, z pretensjonalnym nadętym i wszechwładnym wyrazem twarzy, sztuczne cygara, światło rodem z alkowy… Wszystkich tych znaczących elementów jest zbyt dużo i zbyt są nachalne. Aktorka śpiewająca kobiecą wersję piosenki I’m your man zakrawa o niesmak i śmieszność, czołgając się po ladzie baru do pijącego tam niewzruszonego mężczyzny. W części czeskiej występuje problem podobny, scenografia i elementy tworzące konwencję są nadmiernie dosłowne i zbyt krzykliwe. Tutaj jednak może nieco mniej jest to rażące. Trudniej jest przekroczyć granicę autentyczności i dobrego smaku w przedstawieniu słowiańskiej biesiady (mało kto zauważy, że jest za głośno, zbyt kolorowo) niż w inscenizacji klimatycznego wnętrza nocnego lokalu. Wszystkie te zabiegi inscenizacyjne odbierają utworom to, co jest ich istotą – głęboką intymność.

 

Kilkukrotnie w czasie trwania spektaklu można odnieść wrażenie, że aktorzy nie rozumieją  śpiewanych słów. Widzowie otrzymują ładny obrazek z wykonawcą, który zdaje się być bardziej skupiony na sobie samym, niżreści, której ma być pośrednikiem. Przez to, niestety, większość utworów została znacznie spłycona wraz z przeniesieniem ich na scenę. Najbardziej drażniącym przykładem tego niepowodzenia jest wykonanie w drugiej części Sarajewa według Nohavicy. Jedna z najbardziej poruszających piosenek tego autora traci swój czar i nieomal umyka uwadze widza.

 

Osoby, które znają dobrze twórczość Cohena i Nohavicy i spędziły z ich muzyką trochę czasu, mogą czuć się rozczarowane i skonfundowane. Bowiem tym, czego brakuje najdotkliwiej w przedstawieniu, jest szczery i uczciwy komunikat płynący ze sceny, możliwość porozumienia pomiędzy wykonawcą a odbiorcą dzięki poetyckim słowom.

 

Poza wszystkimi zastrzeżeniami, jakie pojawiły się tutaj, należy zaznaczyć, że najsilniejszą zasługą twórców jest doprowadzenie do dialogu pomiędzy utworami dwóch bardów, których podobieństwo wcale nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Reżyser spektaklu wielokrotnie w rozmowach o produkcji wspomina, że zdecydował się zaaranżować sceniczne spotkanie Cohena i Nohavicy, ponieważ obaj oni są tak samo „niewyprasowani” jak i on sam. To wdzięczne hasło i chętnie można się z nim zgodzić na poziomie teoretycznym, jednak patrząc na ostateczny efekt pracy nad tym przedstawieniem, można zapytać, czy oprawa sceniczna (aktorzy, scenografia) nie została w tym wypadku nazbyt starannie wyprasowana?

 

Katarzyna Siekańska

COHEN – NOHAVICA

Reżyseria: Marian Opania

Oprawa muzyczna: Janusz Stokłosa

Ruch sceniczny: Janusz Józefowicz

Obsada: Marian Opania, Agnieszka Matysiak/Iwona Loranc, Natalia Kujawa/Monika Węgiel, Piotr Machalica/Dariusz Siastacz/Jacek Koman, Arek Kłusowski/Marcin Januszkiewicz, Bartek Nosowielski/Krzysztof Dracz

Premiera w Warszwie, Teatr Studio Buffo – 28 listopada 2014

Premiera w Pułąwach, Dom Chemika – 13 grudnia 2014

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 − four =