Katarzyna Siekańska: Oddawanie głosu i inne grzechy

24 czerwca 2015

O spektaklu Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert w reżyserii Łukasza Chotkowskiego z Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze

Nikt nie byłby mną lepiej/mat. teatru

Nikt nie byłby mną lepiej/mat. teatru

Spektakl Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert jest efektem współpracy reżysera Łukasza Chotkowskiego i dramaturżki Magdy Fertacz z więźniarkami zakładów karnych. Wymienione w programie jako autorki tekstu, pojawiające się również podczas przedstawienia na projekcjach kobiety z przeszłością, dostały od dwójki młodych twórców możliwość przeniesienia własnych doświadczeń na zrealizowany później tekst dla teatru. Projekt o dużym potencjale zaowocował jednak propozycją teatralną, którą ogląda się i analizuje z dużą niechęcią.

 

Najbardziej precyzyjnym słowem, jakim można nazwać układ scenicznej przestrzeni jest: „bałagan”. Na scenie ustawiono kilka krzeseł, plastikowe torby na zakupy, pianino, mikrofon, kamerę… Robocze światło, w jakim widzowie zastają tę rzeczywistość, podkreśla bezładny, roboczy charakter przestrzeni sytuacji. Spektakl rozpoczyna agresywny utwór muzyczny wykonywany na żywo przez trzyosobowy zespół DER FATHER, który będzie towarzyszyć aktorom w ciągu całego przedstawienia. Gdy wybrzmią ostatnie takty rockowej muzyki, na scenę wkraczają po kolei postaci. Wszyscy aktorzy – a są to i kobiety, i mężczyźni – noszą na scenie dworskie suknie stylem nawiązujące do mody elżbietańskiej Anglii. Następują kolejne monologi, w których sceniczne postaci dają wyraz swoim myślom i emocjom. Stopniowo monologi przeradzają się w interakcje.  Rozgrywane są sceny z więziennego życia, których tytuły wyświetlane są na ekranie zawieszonym ponad sceną – np. „Boże Narodzenie”, podczas których aktorzy przez kilka minut siedzą na wielkich pufach i mlaszcząc, jedzą landrynkowe cukierki.

 

O ile początkowa formuła monologów jest dla widza czytelna, o tyle pozostała część przedstawienia pozostaje formalnie niespójna i niekonsekwentna. Brak tutaj rzetelnej pracy dramaturgicznej. Twórcy spektaklu wykazali się wyjątkową nieumiejętnością w kreowaniu na scenie autonomicznego świata o określonych regułach i w posługiwaniu się ramami wyznaczonej konwencji. Takie – podstawowe – braki w obszarze warsztatu i rzemiosła czynią całą warstwę formalną wydarzenia niechlujną, nieinteresującą, niewiarygodną i nieczytelną. W efekcie niejasny staje się przekaz merytoryczny płynący ze sceny. Zamiast spójnego komunikatu został przedstawiony istny folwark haseł, historii i postaci godnych pod wieloma względami telewizyjnych paradokumentów, który operuje kategoriami sensacji i kontrowersji jako jedynym orężem.

 

Do listy słabych punktów należy dopisać również scenę, w której aktorzy angażują jednego z widzów do bezpośredniej interakcji na scenie. Zabieg ten jest absolutnie skandaliczny. Wybrany widz zostaje obrzucony wyzwiskami i oskarżeniami (z jakiej racji?!), postawiony na oczach kilkudziesięciu obcych osób w sytuacji upokarzającej. Co gorsza – scena ta nie ma najmniejszego sensu w ramach całości (która to – jak zaznaczałam – jest chaotyczna i niespójna), a jako autonomiczna sekwencja jest najzwyklejszym rozładowywaniem (prywatnej?) agresji aktorów na obcej osobie. Momentami można odnieść wrażenie, że sami aktorzy rozgrywający tę scenę, balansując pomiędzy agresywnym zaangażowaniem w sprawę, w której uczestniczą (a która ma na celu…?) a zakłopotaniem koniecznością improwizacji. Jedynym, co można podejrzewać jako uzasadnienie obecności tej sceny w spektaklu jest – niestety złośliwa – myśl, że reżyser za wszelką cenę chciał włączyć do swojego spektaklu interakcję z widzem. Cóż, tym razem zabieg ten stał się ostatnim gwoździem do trumny warsztatowej kompromitacji twórców.

 

Z materiałów, jakie autorzy zebrali podczas pracy z więźniarkami, mogłoby powstać – w zależności od montażu i pracy dramaturgicznej – kilka wersji spektaklu, każda o czymś innym. Niestety, reżyser i dramaturżka postanowili zrobić spektakl o wszystkich potencjalnie obecnych w materiale problemach naraz. W efekcie widzowie oglądają na scenie wielką krzykaninę – w żadnej sprawie.

 

Jeśli chce się obnażać niedoskonałości kulturowego systemu, poruszać tematy tabu, należy robić to mądrze i starannie – nie wystarczy wejść do zakładu karnego z kamerą. Tak zwane „oddawanie głosu” osobom, których nie dopuszcza się do publicznej debaty nie ma wartości samo w sobie, jako gest. Praca reżysera i dramaturga nie polega na „oddawaniu głosu” – to bywa zadaniem dziennikarza (chociaż nawet on dokonuje później montażu i korekty tekstu). Zadanie artysty teatru polega na umiejętnym opracowaniu danego materiału, jakiekolwiek nie byłyby jego źródła, konstruowaniu scenicznego świata i spójnego dzieła, budowaniu sensów. Nie wystarczy, żeby ktokolwiek powiedział cokolwiek na scenie, aby można było nazwać tę sytuację spektaklem, a tym bardziej – sztuką. Liczy się również sposób konstruowania opowieści, kompozycja, forma, warsztat, wartości estetyczne – których w tekście napisanym z porywu serca przez więźniarki na próżno by szukać. Prawdopodobna wartość terapeutyczna wydaje się zatem jedyną „wartością” tego projektu.

 

Formalnie spektakl Łukasza Chotkowskiego można zaklasyfikować do nurtu teatru faktu czy teatralnego reportażu/dokumentu. Jednak nawet te szczególne gatunki należą do obszaru sztuki teatralnej – medium rządzącego się określonymi prawami, którego ważnym elementem jest estetyka, poetyka, konwencja. Pod tym względem artystyczna natura projektu Nikt nie byłby mną lepiej jest kontrowersyjna.

 

Sztuka – w tym wypadku teatralna – nie powinna być lustrem rzeczywistości per se. Powinna być do niej komentarzem. Jeśli odrzucimy wymagania formalne i kryteria artystyczne w tworzeniu spektakli i ich ocenie, to czym pod względem przekazywanych sensów będzie różnił się dziennik telewizyjny od teatru faktu? Albo – z czasem – czym teatr będzie różnił się od rzeczywistości?

 

Katarzyna Siekańska

NIKT NIE BYŁBY MNĄ LEPIEJ. KONCERT

Ewa Kasińska/Mariola Sopel/ Kasiulek/ Kaśka D./ Kret/ Żmija

Reżyseria: Łukasz Chotkowski

Dramaturgia, układ tekstu: Magda Fertacz

Kostiumy: Konrad Parol

Muzyka na żywo: DER FATHER – Joanna Halszka-Sokołowska, Jerzy Rogiewicz, Daniel Pigoński

Obsada: Hanna Klepacka, Elżbieta Lisowska-Kopec, Przemysław Kosiński, Dawid Rafalski

Premiera: 17 maja 2014, Lubuski Teatr w Zielonej Górze

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 4 =