Malwina Miziarska: „Prawda jest zawsze silniejszym przekazem”

19 lutego 2012

wywiad z LILIANNĄ KRYCH.

Lilianna Krych

Malwina Miziarska: Skąd wzięła się u Ciebie pasja do muzyki? Masz w rodzinie tradycje muzyczne?

Lilianna Krych: Kompletnie nie. Rodzinę mam matematyczno- inżynierską, ale koleżanka mojej mamy ze studiów skończyła szkołę muzyczną. Namówiła ją, by posłała tam również swoje dzieci. Tak też się stało ze mną i z moimi dwiema starszymi siostrami- Izabellą i Weroniką. Jeśli na początku złapie się bakcyla, trudno potem z tego wyjść. Jak widać można zasiać muzycznego ducha w nie-muzycznej rodzinie.

M.M. : Kiedy zdecydowałaś, że chcesz zostać dyrygentką?

L.K. : Niektórzy namawiali mnie do zostania dyrygentką w klasie maturalnej. Twierdzili, że to by do mnie pasowało, a ja wówczas uznawałam tę myśl za kompletnie bezsensowną. Czułam, że jeżeli mam mieć do czynienia ze sztuką, to musi być coś bardzo konkretnego. Chciałam też pójść do szkoły teatralnej, ale nie udało się i teraz bardzo się z tego cieszę. Zupełnie „na przeczekanie” zdałam na teorię muzyki na Akademię Muzyczną i tam wybrałam jako przedmiot dodatkowy propedeutyka dyrygentury. Okazało się, że wcale nie jest tak, że dyrygent tylko macha ręką i nie uczestniczy w muzyce. Trzeba śpiewać albo grać, by czuć ją bezpośrednio – tak sądziłam do tamtego momentu. Jednak muzykę i dźwięki dotyka się całym swoim ciałem, także podczas dyrygowania.

M.M.: Jakie predyspozycje powinien mieć dyrygent?

L.K.: Jest parę ważnych cech. Musi dobrze wiedzieć czego chce i umieć określać swoje zapotrzebowania na daną chwilę w muzyce, będąc w tym bardzo pewnym siebie. Powinien także posiadać umiejętność przedstawiania swoich wymagań w określony sposób, ponieważ jeśli tego nie zrobi, to ludzie go nie zrozumieją. Poza tym musi umieć skupiać uwagę.

M.M.: A charyzma?

L.K.: Tak, ale to pojęcie dość szerokie. Powtarza się, że przywódcy mają charyzmę. To jest rodzaj przywództwa, ale można je pełnić na bardzo różne sposoby. Jedni są groźni, a inni łagodnością i kulturą zdobywają tę charyzmę czy wręcz autorytet. Musisz mieć coś takiego, żeby ludzie chcieli ciebie słuchać.

M.M.: Wspominałaś w jednym z wywiadów, że jako dyrygent będziesz się kształcić i dojrzewać przez całe życie. Masz może swoich mistrzów na których się wzorujesz?

L.K.: Wzorować się, to znaczy podziwiać różnych dyrygentów i uczyć się od nich praktycznych rzeczy. Natomiast spojrzenie na muzykę trzeba mieć własne. Nic nie kopiować, tylko samemu trzeba mierzyć się z muzyką, dać coś swojego, nawet jeśli jest to nieporadne. Prawda jest zawsze silniejszym przekazem. Interpretacja muzyczna musi być twoja i nie może być podrobiona. Możesz się uczyć techniki, sposobu prowadzenia próby, zwracania się do zespołu, pracy, rozplanowania czy techniki ruchowej. Na studiach miałam cudownego profesora Marka Pijarowskiego, a teraz jeżdżę na różne kursy dyrygenckie i oglądam koncerty. Byłam na przykład na koncercie Simona Rattle’a z filharmonikami berlińskimi – po prostu odlot! On dyrygował tak, że był cały w tej muzyce. Rodzaj pewnego „flow”- jak to teraz jest określane w psychologii. Albo Gustavo Dudamel- przyjechał do Teatru Wielkiego ze swoją orkiestrą wenezuelską i niektórzy byli oburzeni tym, jak on wykonuje Strawińskiego. Ich interpretacja była samym sednem życia i energią wyciągniętą z tej muzyki. Dudamel zrobił to bardzo prawdziwie, nawet jeśli grali za głośno i  natarczywie. Dla  mnie to było totalnie emocjonującym przeżyciem.

M.M.: Obecnie prowadzisz  Chór żydowski ClilChór Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego. Istnieje różnica w sposobie ich prowadzenia?

L.K.: Są kompletnie inne, dlatego mogę prowadzić oba naraz.  Chór Clil jest wyspecjalizowany w jednym kierunku. Mamy tutaj muzykę żydowską,  czyli jeden bardzo konkretny przedział muzyczny. Piosenki, język, melodie, a oprócz tego ludzi, którzy w większości są amatorami, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie umieją czytać nut i w wyniku tego praca przebiega zupełnie inaczej. Również na innego typu koncertach występujemy, związanych z religią, sprawami izraelskimi albo szerzeniem kultury żydowskiej. Natomiast Chór Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego wykonuje muzykę świecką i religijną z różnych epok – dawniejszych i współczesnych, powiedzmy z kręgu akademickiego pisaną przez młodych kompozytorów, studentów i absolwentów. Ponadto ten chór jest kameralny w założeniu, czyli liczy około dwudziestu osób, natomiast Clil może mieć i pięćdziesiąt osób i to zawsze dla niego będzie lepiej.

M.M.: Na co kładziesz nacisk w pracy z amatorami, ludźmi bez wykształcenia muzycznego?

L.K.: Mam swój prywatny cel, który polega na tym, by zaszczepiać wrażliwość na strukturę melodii, frazę, oddech, czas w muzyce i ciągłość dźwięków, które układają się w zdania. Są w trochę innym wymiarze niż słowa. Słuchania! To jest coś najtrudniejszego, by nauczyć ludzi podczas śpiewania własnej rzeczy umiejętności słuchania także tego, co dzieje się obok. Poczuć, że są częścią jakiejś większej całości. Znaleźć swoje miejsce, które jest bardzo ważne i nie jest solistyczne, ale niesamowicie istotne. Ludzie śpiewając w chórze myślą, że jeżeli dadzą mniej od siebie lub nie postarają się do końca, to nie będzie tego słychać. I nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Każde słowo, najmniejszy detal wpływa na całość. Praca artystyczna jest trudna i długa.

M.M.: Dlaczego zdecydowałaś się objąć chór Clil po swojej siostrze- Izabelli Goldstein ?

L.K.: Powód był prozaiczny, ponieważ moja siostra akurat wyjeżdżała. Ogłoszono konkurs na dyrygenta, usłyszałam również o tym od niej i w końcu zaniosłam im swoje CV. Byłam wówczas na trzecim roku dyrygentury i uznałam, że poznanie specyfiki innej pracy, z zespołem, z którym nie miałam jeszcze do czynienia, będzie mi przydatne jako doświadczenie. Traktowałam to jako praktyki, ale poza tym spostrzegałam jak bardzo może być cenne dla mnie samej, ponieważ mam korzenie żydowskie. Wiedziałam o tym od zawsze i słyszałam różne historie, ale nigdy bardziej nie wchodziłam w temat. Stwierdziłam, że mam jakby taką powinność, by lepiej poznać kulturę żydowską. Wzięłam chór i na początku nic nie wiedziałam. Zero muzyki, żadnej piosenki.

M.M.: Trudno było Ci zmierzyć się z autorytetem siostry i nastawieniem grupy?

L.K.: Na pewno był jeden, bardzo trudny moment – zaraz po nagraniu piosenek z getta łódzkiego. Stanowiło to zarówno ciężkie doświadczenie dla samego chóru jak i dla wielu ludzi, którzy przeżyli  tę historię osobiście. Nagranie zbiegło się również z odejściem mojej siostry i z jej wyjazdem. Ludzie byli wycieńczeni, potrzebowali wypoczynku od chóru i śpiewania. Z drugiej strony bardzo przeżywali to, że moja siostra wyjeżdża. Weszłam więc w sam wir, ale nie podchodziłam z nastawieniem, że teraz ja przejmuje chór. Raczej z myślą, że postaram się z tym chórem, podczas nieobecności mojej siostry, zrobić coś dobrego, aby po powrocie mogła go przejąć z powrotem, w co najmniej tak dobrym stanie jak zostawiła. A może nawet trochę lepszym?

M.M.: Podobno jesteś bardziej wymagająca od swojej siostry. Miałaś własne metody, które chciałaś wdrożyć albo inny sposób pracy?

L.K.: Nie wiem jak pracowała moja siostra, ponieważ nie przychodziłam na jej próby. Wiem, że bardzo dużo z chórem zrobiła i postęp podczas trzy letniego prowadzenia był ogromny. Sama traktowałam to jako naukę i poligon doświadczalny. Do tej pory wypracowuję swoje metody, układają się one w głowie, ale głównie są intuicyjne. Odrzucam to, co się nie sprawdza i próbuję zapamiętywać oraz utrwalać to, co przynosi dobre efekty.

M.M.: Wydaje mi się, że Twoje inne podejście słychać na ostatniej płycie Pieśni szabatowe. Dwie pierwsze, Chór Żydowski Clil oraz Piosenki z łódzkiego getta, są jakby składankami piosenek – oczywiście pięknie wykonanymi. Płyta Pieśni szabatowe wydaje się być dojrzalsza i tworzy pewną historię. Zostało uchwycone na niej to, co jest ujmujące w muzyce żydowskiej. Jaki był Twój zamysł w tworzeniu tej płyty?

L.K.: Płyta rodziła się w bólach, dlatego że było mnóstwo pomysłów. Oczywiście towarzyszyła temu radość, że możemy nagrać płytę i z otrzymania na to minimalnych środków. Potem było przerażenie, co z tym robić dalej i jak to ugryźć. Tematem są pieśni szabatowe, które można zrobić na milion sposobów. Żyjemy w Polsce, gdzie Żydzi mieli swoją wszechobecną kulturę od wielu wieków. Chciałam, by na tej płycie pojawił się akcent, który to podkreśli- stąd piosenki w jidysz. Niestety tylko dwie. Oprócz tego chciałam piosenek które pokazują różne momenty szabatu, jego zapowiedź Lekoved dem heylikn szabes, a także koniec Hamavdil. W tym jest także moja prywatna historia, gdy słyszę te piosenki. Opowieści o miejscu gdzieś w Polsce, gdzie zaczyna się szabat i tam właśnie wieje wiatr czy pada deszcz. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi może to się okazać kompletnie bez sensu.

M.M.: Ale właśnie dzięki tym zabiegom płyta tworzy integralną całość- chociażby przeplatający się motyw muzyczny Nigun śpiewany na kilka sposobów, przy odgłosach wiatru i deszczu. Ta opowieść muzyczna po prostu wciąga słuchacza.

L.K.: Bardzo się cieszę, ale niektórym to się nie podoba. Takich ludzi spotkałam już na etapie, gdy ta płyta była zrobiona i układaliśmy ścieżki. Kiedy odejmowaliśmy i dodawaliśmy efekty mówiono, że to bezsensu. Mam nadzieję, że aż tak bardzo nie zepsuje im to odbioru płyty. Może też znajdzie się parę osób, które usłyszą swoją własną historię, trochę albo kompletnie inną od mojej.

M.M.: A myślisz już o następnej płycie?

L.K.: Mam pomysł na kolejną, natomiast chór amatorski musi traktować płyty bardziej jako środek edukacyjny, by poznać jakiś temat, jako wyzwanie do nauczenia się kolejnych piosenek, układających się w program koncertowy. Dla mnie istotą istnienia chóru jest śpiewanie na koncertach i kontakt z publicznością, a płyta ma pomóc w zamykaniu pewnych etapów. Ten „etap szabatowy” był właśnie bardzo ciekawy, ponieważ w kalendarzu żydowskim następuje co tydzień. Można w każdym momencie i wszędzie wystąpić z tymi piosenkami na koncercie, na całym świecie. Teraz chciałabym zrobić coś typowo związanego z Polską- to znaczy piosenki w jidysz. Czy za rok, czy za dwa albo kiedy będą pieniądze i zbierzemy dostatecznie dużą liczbę osób.

M.M.: Czy oprócz CliluChór Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego działasz gdzieś jeszcze?

L.K.: Jestem na etapie zupełnego początku dyrygenckiego. Muszę się jeszcze bardzo dużo nauczyć, uczęszczać m.in. na kursy. Będę starała się dalej rozwijać. Być może pozwoli mi to wejść na profesjonalny rynek dyrygencki, ale wymaga to jeszcze trochę pracy. Co mi los zgotuje, będę z tego zadowolona. Sam kontakt z muzyką jest szczęściem w życiu.

M.M.: Czego byś sobie życzyła w najbliższym czasie?

L.K.: Hmmm… Wielu rzeczy. Chyba odwagi do wszystkich projektów, które rodzą mi się w głowie i by ta odwaga nigdy się nie załamywała. Także wytrwałych ludzi dookoła siebie.

M.M.: I dla potencjalnych chórzystów, którzy przeczytają ten wywiad. Dlaczego powinni przyjść na nabór do Clilu?

L.K.: Śpiewanie jest fantastyczną aktywnością. Pobudza ciało, umysł i emocje. Dla niektórych to pewnego rodzaju psychoterapia, relaks, daje energię życiową. Dlatego zawsze warto śpiewać, nawet w domu pod prysznicem, a w chórze jest o tyle lepsze, gdyż są projekty- można wystąpić na koncercie, dzielić tę radość z innymi. Śpiewanie w chórze żydowskim jest ciekawsze, ponieważ można poznać kawałek fantastycznej kultury muzycznej, która znika, a warto ją pamiętać. Można też mieć kontakt z językami, które zanikają jak ladino czy jidysz. Poza tym  chór żydowski jest świetnym konglomeratem różnych ludzi pod względem wieku, zawodu i poglądów. Sam w sobie jest grupą, która uczy tolerancji, akceptacji i otwartości na innych. I jest to przede wszystkim kontakt cały czas ze sztuką, co zawsze wzbogaca. Zapraszam!

Rozmawiała Malwina Miziarska

Lilianna Krych:

Dyrygentka i kierownik artystyczny Chóru Żydowskiego Clil

Ukończyła dyrygenturę symfoniczno-operową na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie prof. Marka Pijarowskiego (dyplom z Filharmonią Świętokrzyską w Kielcach, maj 2011). W 2009 roku na tej samej uczelni obroniła pracę magisterską z teorii muzyki.

Jest dyrygentem i kierownikiem artystycznym Chóru Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego, z którym realizuje projekty krajowe i międzynarodowe (m.in. Pasja wg św. Mateusza J. S. Bacha, Polska 2010/Holandia 2011 z udziałem chóru C.O.V. Haarlem).

Od stycznia 2010 roku prowadzi chór Clil – jedyny w Polsce amatorski chór żydowski, wykonujący muzykę w jidysz, po hebrajsku, w ladino i po polsku.

Była czynnym uczestnikiem kursów dyrygenckich: III Międzynarodowej Akademii Dyrygentów w Radomiu (maestro Jonatthan Brett, Radom 2011) oraz II Mistrzowskiego Kursu Dyrygenckiego (maestro Jerzy Salwarowski, Gdynia 2008). Dyrygowała w ramach Com’in Festival 2008, współpracowała z Filharmonią Dolnośląską w Jeleniej Górze (kwiecień 2010).

Zajmuje się także edukacją muzyczną na wszystkich poziomach oraz organizacją wydarzeń artystycznych. Działa w Stowarzyszeniu Artystów Euforis.

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Malwina Miziarska: „Prawda jest zawsze silniejszym przekazem”

  1. Angeline, 20 stycznia 2015 o 06:17

    hi!,I really like your writing very so much!
    proportion we keep up a correspondence more about your post on AOL?
    I need an expert on this house to unravel my problem.
    May be that’s you! Looking ahead to look you.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five + nineteen =